poniedziałek, 26 czerwca 2017

Na słońce nie tylko dla dzieci / Sun protection not only for kids

Pakowanie na wakacje wymaga dobrej organizacji i nauczenia się pakowania kompaktowego. Zwłaszcza gdy lecimy samolotem. Jednym z elementów takiego pakowania są kosmetyki, które może używać cała rodzina. Nie ma miejsca na osobne kremy na słońce dla mnie i dla dzieci. Ale to nie oznacza, że wszyscy mają jeden kosmetyk. Oto nasz wakacyjny zestaw, które właśnie przebywa z nami we Włoszech.

Zacznę od najmocniejszej ochrony – czyli dla dorosłych do twarzy, a dla małych dzieci do całego ciała. W tym roku mamy krem SPF 50 – filtr oczywiście mineralny firmy EQ do nabycia tu. To marka stworzona przez surfera (o polsko brzmiącym nazwisku Franck Bywalski), który nie tylko podróżuje po całym świecie z deską, ale przede wszystkim dba o siebie i środowisko naturalne. Krem z filtrem ma certyfikat ecocert, jest w 100% mineralny i nie zagraża rafom koralowym. Dla tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą – filtry chemiczne niszczą rafę koralową. W ciągu 48 godzin od kontaktu rafy z filtrem (a to się dzieje, gdy koło takich raf pływamy posmarowani kremem z filtrem chemicznym), rafa staje się biała i obumiera. Warto więc pomyśleć o filtrach mineralnych nie tylko w kontekście własnej ochrony zdrowia, ale i otaczającego nas przepięknego środowiska naturalnego, które niestety sami niszczymy.

Krem na słońce EQ SPF 50 ma lekką konsystencję, oczywiście bieli, ale nie jest tępy do rozsmarowywania i dlatego właśnie szybko go polubiłam. Nie ma zapachu. Posmarowałam nim swoją twarz i całą Tosinkę (na zdjęciu są jej klapki i najnowsze okulary słoneczne).

Dodatkowo stosujemy niebieski sztyft EQ SPF 50. To zabawa dla dzieci, bo barwi skórę na niebiesko, ale ta zabawa jest bardzo praktyczna – od razu widać, co jest posmarowane. Stosujemy więc na strategiczne miejsca, takie jak nos czy uszy. Tosia jest zachwycona, bo sama się tym maluje, a ja jestem zachwycona, że sobie nie spali nosa. Sztyft jest wodoodporny – faktycznie nie zmywa się po kąpieli w basenie.

Dla siebie mam jeszcze spray Lavera SPF 20. Stosuję go do ciała – tu nie potrzebuję 50-tki, bo chcę wrócić lekko opalona do domu. Spray ułatwia aplikację, bo konsystencja jest trochę tępa. Po wyjściu z wody wszystko się zmywa, więc trzeba nałożyć ponownie.

Minęła 14.00, najbardziej intensywne słońce właśnie się kończy, a więc wybaczcie, idę zjeść coś lekkiego – mam ochotę na carpaccio z ośmiornicy, a potem zmykamy nad wodę. Ciao!



Putting all the vacation stuff in one suitcase requires good organization and compact skills. Especially when we fly by plane. One of my secrets to compact packing are cosmetics that can be used by the entire family. There is no space for separate sun creams for me and for children. But that doesn’t mean everyone has one cream. Here is our vacation set that is now with us in Italy.

Let’s start with the strongest protection - that is for adults – face, for kids – face and body. This year we have SPF 50 cream – mineral sunscreen form EQ. This brand was created by a passionate surfer and world traveler (with Polish roots I guess when I heard his surname – Franck Bywalski), who cares about his body and the environment. This is 100% mineral sunscreen, certified by ecocert and safe for coral reefs. If you still don’t know about it – chemical sunscreens are toxic for the aquatic environment. Coral reefs will turn white and die within 48 hours when exposed to the chemical elements of sunscreen. And this happens when we swim by the reefs covered with chemical sunscreen. So think about it when you will buy your next sun protection cream.

The sun cream EQ SPF 50 is lightweight, of course makes the skin white, but it’s easy to apply and absorbs quickly, so I quickly fell in love with it. It’s also fragrance free. I rubbed it to my face and applied to Tosinka (you can see her flip-flops and new sunglasses at the picture below). In addition, we use EQ SPF 50 blue stick. It’s a great fun because it paints you face blue but this is also very practical. You can see what parts of your face are protected – such as nose or ears. Tosia was delighted putting on her blue make up and I was delighted she has a good sunscreen. The stick is waterproof - it didn’t wash off after swimming in the pool.

For myself I still have spray Lavera SPF 20. I apply to my body - I don’t need SPF 50 all over my body and I want to have a little tan when going back home. Spray is easy to apply. After getting out of the pool I must put it again.


It’s nearly 2.00 p.m., so the most intense sun is about to end, and so excuse me, I’m going to eat something light – I think of the octopus’ carpaccio and then we are going at the lake. Ciao!



piątek, 16 czerwca 2017

Coś do ciała na lato / Bodylotions for the summer


Gdy na zewnątrz jest 25 stopni Celsjusza, nie chcę nic tłustego do ciała, ale jakiś lekki balsam. Mam tutaj 3 zużyte produkty do ciała. Choć na zdjęciu na denka nie wyglądają, to już są w koszu. Wszystkie zużyte do końca, więc mogę sporo o nich powiedzieć. Kolejność ma znaczenie – zaczynam od najlepszego.

1. Santaverde – aloesowy balsam do ciała. Bardzo lekki, nietłusty, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. A mimo to jest bardzo odżywczy – aloes dobrej jakości po prostu dobrze działa. Santaverde to marka, która mnie nigdy nie zawiodła, tak samo jest w przypadku tego balsamu. Skóra jest dobrze nawilżona, nogi gładkie, łydki nie są suche i skóra się nie łuszczy. Nie mam zastrzeżeń do tego kosmetyku. Początkującym z kosmetykami naturalnymi może się nie spodobać naturalny zapach aloesu, ale wytrawny ekologiczny nos go doceni. Co też ważne, tutaj nie ma olejków eterycznych i żadnego zapachowego podkręcania.

2. Mydlarnia cztery szpaki – mus do ciała. Firma specjalizująca się w mydłach, ale oferta poza mydła już wykracza. Mus – jak w nazwie – jest faktycznie puszysty. I właśnie dlatego nadaje się na lato. To nie jest żadne ciężkie i tłuste masło. Mus jest wypełniony powietrzem jak bąbelkowa czekolada. Pachnie ciastem z cynamonem. Zapach jest dość intensywny, więc może nawet zastąpić perfumy (które w tropikalnej temperaturze stają się dla mnie zresztą nie do zniesienia). Na skórze pozostawia jednak lekko tłustą warstwę, więc trzeba chwilę odczekać z ubraniem. Zaskakująco szybko się skończył, co akurat dowodzi jego lekkiej konsystencji.

3. Pure Natural Touch Ma. Chon - balsam do ciała o zapachu mango.  Nie mają swojej strony internetowej, więc nawet nie mam co podlinkować. Produkty pojawiły się na poprzedniej edycji targów Ekocuda. W przypadku tego balsamu do ciała boleśnie się przekonałam, jak okropny może być sztuczny zapach, który w miarę zużywania tego balsamu robił się coraz bardziej intensywny. Skład wydawał się być świetny: masło shea, olej makadamia i olejki eteryczne. Eteryczne to one jednak chciały być. Moim zdaniem jest tam ordynarna syntetyczna kompozycja zapachowa, której miałam z czasem serdecznie dosyć. Skończyło się na tym, że używałam go tylko do stóp, byle dalej od nosa. Mieszanka masła shea i oleju makadamia też nie była jakoś wyjątkowo udana. Tego balsamu nie polecam. 


Done&dusted – my three body balm empties. Best, middle and something to avoid. One of them has synthetic fragrance which makes it not natural cosmetic (and they call it pure natural touch!). The best for me is Santaverde aloe vera body lotion sensitive – good ingredients, good quality. This German organic brand has never let me down. I can also recommend light mousse vanilla and cinnamon from small Polish brand Mydlarnia Cztery Szpaki. Smells nice and it’s easy to apply. The last one (and the worst) is a body balm with synthetic mango fragrance. I’m happy that it’s gone. I feel cheated by the producer – there are no essential oils only.




niedziela, 11 czerwca 2017

Bielenda – zielony listek nie pomoże / a green leaf will not help


Jest sobie taka Bielenda, która ma w logo zielony listek. To nie listek początkujących, bo firma na rynku jest od 25 lat. Nie jest to też listek oznaczający naturalny skład. Ale najciekawsze jest oczywiście to, czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Wzięłam pierwszy z brzegu kosmetyk, żeby Wam to wyjaśnić. Mamy płyn micelarny algi morskie. Cera wrażliwa. Wrażliwa to ja jestem, zwłaszcza na skład. Odwróćmy buteleczkę i zajrzyjmy, co piszą na odwrocie. Ale zanim przeczytacie listę składników, proponuję spojrzeć na nazwę producenta. Co tam mamy?

Bielenda. Kosmetyki naturalne Sp. z o.o. S. k. Tak, tak, kosmetyki naturalne. Co? Jak?! No więc informuję tych, którzy jeszcze mają jakieś wątpliwości, że to nie są kosmetyki naturalne. Co o tym świadczy? Oczywiście lista składników (tuż nad tą kuriozalną nazwą producenta): Propylene Glycol, Disodium EDTA, 3 (słownie: trzy!) parabeny i na deser sztuczny zapach. Wysoki Sądzie, nie mam więcej pytań.

No i co z tym zrobić? Ano unikać tych kosmetyków. Ale zaraz zapytacie – czy to zgodne z prawem? Odpowiedź nie jest prosta. Wiem, jestem prawnikiem i teraz mówię jak prawnik, ale postaram się to wyjaśnić jak najprościej. W polskim prawie nie ma definicji kosmetyku naturalnego, czyli nie ma prawnych kryteriów, że można nazwać dany produkt kosmetykiem naturalnym, jeżeli w składzie ma to i to, albo nie ma tego i tamtego.

Dobra wiadomość jest taka, że jesteśmy co raz bardziej wyedukowane i mniej więcej wiemy, co rozumiemy pod tym pojęciem. A więc mamy taką definicję nieformalną, ale ugruntowaną przez wielu konsumentów, którzy zwracają uwagę na listę składników, starają się świadomie kupować i unikają składników, które są nieakceptowane przez wiodące międzynarodowe organizacje certyfikujące kosmetyki naturalne. I na tej właśnie podstawie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mógłby w mojej opinii tutaj interweniować. Natomiast sprawność działania urzędów to już zupełnie inna historia.

Wniosek jest oczywiście jeden, który powtarzam Wam przy każdej nadarzającej się okazji. Nie ufajmy deklaracjom producenta. Czytajmy listę składników, bo tylko z niej możemy się dowiedzieć, czy kosmetyk jest faktycznie naturalny, czy nie. A zielonym listkiem niech sobie Bielenda zakryje tę swoją nazwę, bo wstyd.



Greenwashing is everywhere. Let’s have a look at Polish brand Bielenda. They have a green leaf in logo, but the worse is the full name of the producer is: Bielenda. Natural cosmetics Ltd. It couldn’t be worse. I have shown you the ingredients list of one (randomly picked) of their skincare products. Propylene Glycol, Disodium EDTA, 3 (in words: three) parabens and artificial fragrance. Your Honor, I have no further questions.