piątek, 20 stycznia 2017

Żużyte - masło shea, żel pod prysznic, szampon / done&dusted - shea butter, shower gel, shampoo

Zużyte do ostatniej kropli, opakowania wyrzucone. I co ja mogę na temat tych kosmetyków ciekawego powiedzieć?

Masło shea Ministerstwo Dobrego Mydła - to mój must have. Używam niemal notorycznie. Kluczowy przymiotnik to nierafinowane, inaczej mówiąc surowe. Takie jest najbardziej wartościowe. Nadaje się dla mnie, dla dziecka, do twarzy, do ciała, do rąk, do stóp. To taki kosmetyk klucz. Używać w dowolnych ilościach. Tym razem sięgnęłam po słoiczek Ministerstwa Dobrego Mydła. Polecam w ramach rozszerzenia oferty następnym razem włożyć to masło do większego słoiczka. Takie familijne opakowanie XXL przyda się w każdej rodzinie.

Żel pod prysznic Santaverde - Już go pokazywałam na blogu. Nie mogę się mu oprzeć. Jest drogi, ale to najlepszy żel por prysznic, jaki miałam. Jest odpowiednio gęsty, treściwy, a nie taki lejący się, rozcieńczony. To taka moja fanaberia od czasu do czasu. Zwykle następny po nim żel pod prysznic jest bardzo tani, żeby zachować jakąś równowagę finansową (albo przynajmniej jej pozory;)).

Szampon John Masters Organics mięta & wiązówka błotna - nie, no błagam, co to za nazwa?! Ja rozumiem, że to termin botaniczny, ale czy nie brzmi lepiej dosłowne tłumaczenie - słodka łąka? Taki szampon o nazwie mięta i słodka łąka od razu lepiej się kojarzy. Botanicy nie sądzili, że nadając zielsku tak niewyjściowe imię skrzywdzą ileś tam lat później szampon, który upodobał sobie w składzie jego wyciąg. Szampon jest do przetłuszczającej skóry głowy. No i tu mam pewien problem. Bo mięta daje uczucie świeżości, ale nie zauważyłam efektu nieprzetłuszczania się na dłużej. Po dwóch dniach wyglądałam tak, że chciałam umyć włosy. A to nic nowego. Liczyłam, że ten szampon wydłuży ten termin do 3 dni. Także następnym razem wybiorę jakiś inny szampon Johna. 

______________________________________

Done and dusted. Empty jars, bottles thrown away. What can I say about these skincare products?

Shea butter by Ministerstwo Dobrego Mydła - it's a must have for me. I use it almost all the time. The key adjective is raw, unrefined. That means good quality. For me, my baby, for face and body, for hands and feet. It's a kind of basic skincare. You can use it as much as you need. This time I had a jar of shea butter from Ministry of Good Soap. Next time, please put it in a bigger jar. Such XXL package will be useful in every family.

Shower gel by Santaverde - it's been already on my blog. I can't resist it. It's expensive but it's also the best shower gel I have ever had. Thick, jelly, which is very efficient. I use it occasionally. The next one after Santaverde is usually a very cheap shower gel, as I need to keep my finances on balance (or just pretend I do;)).

Shampoo by John Masters Organics mint & meadowsweet - it has very bizarre Polish translation which reminds me some kind of a mud stuff. Anyway it does not sounds good for an organic shampoo. Botanists should mind that before the name herbs they discover, because those herbs might end up in skincare products. Anyway this is a purifying  shampoo for greasy scalp. But it does not work for my greasy hair. I  wash my hair every second day. And I expected with this shampoo to extend this term to 3 days. Next time I will choose another product from John.


niedziela, 8 stycznia 2017

AURELIA - probiotic skincare - pielęgnacja probiotykami


Jednym z moich noworocznych postanowień jest pisanie bloga w dwóch językach - po polsku i angielsku. A więc zaczynamy. Jest jeszcze jeden powód, dla którego chciałam, aby ten post był także po angielsku. Kosmetyki, o których dziś piszę dostałam od zaprzyjaźnionego sklepu z luksusowymi eko kosmetykami do pielęgnacji i makijażu w Salo, we Włoszech. To malowniczo położone miasteczko nad jeziorem Garda i jedyny taki sklep w tamtym rejonie. Więc jeśli wybieracie się na wakacje do Włoch nad Gardę, to szczerze polecam wstąpić i coś kupić. Z domu możecie zamówić przez internet - wysyłają do Polski. Mają sporo marek, których u nas nie ma, więc macie okazję poznać nowe organiczne marki kosmetyczne.

Mam dwa produkty angielskiej marki AURELIA - cleanser i olejek na noc. To wysokiej jakości pielęgnacja dla zaawansowanych (żeby nie powiedzieć starszych;)). Po pierwsze, młoda skóra raczej nie potrzebuje tak kompleksowej pielęgnacji, a poza tym młode dziewczyny wydają więcej na makijaż niż na pielęgnację. Jak już mamy swoje lata i kilka zmarszczek, to dopiero doceniamy odpowiednią pielęgnację - i to jest produkt dla takich kobiet.

Cleanser ma za zadanie usunąć makijaż i zanieczyszczenia. Ale ja go używam po demakijażu płynem micelarnym. Wolę, żeby ten produkt usunął resztki makijażu i dogłębnie oczyścił twarz. Jest drogi, więc nie chcę go zużywać na zmywanie pudru i tuszu, co i tak muszę zrobić wieczorem. Nakładam go na suchą oczyszczoną skórę i delikatnie wmasowuję. Zmywam wodą lub dołączoną muślinową szmatką. Piany żadnej nie ma. Cleanser ma konsystencję kremu, ale skóra go nie wchłania, więc łatwo się zmywa wodą.

Po osuszeniu twarzy, nakładam olejek. Na początku używałam go za dużo. Kilka kropli naprawdę wystarczy. Zapach olejku jest przyjemny, ale intensywny, więc jeśli się go nałoży za dużo, to rano poduszka pachnie olejkiem. Nie warto w ten sposób tracić cennych składników, takich jak olej ze słodkich migdałów, olej konopny, olej z kiełków pszenicy, oliwa z oliwek i wiele innych olejów i olejków. Lista składników jest tutaj absolutnie idealna. Nie ma tu nic niepotrzebnego dla skóry. Nakładam go na twarz, szyję i dekolt.

Pełną listę składników i więcej info o marce znajdziecie tutaj: Aurelia. Te produkty to zdecydowanie luksusowa półka eko kosmetyków. Trzeba za to zapłacić, ale możecie być pewne, że każdy składnik będzie dla skóry odżywczy. Tu nie kupujemy reklamy, tylko coś dla skóry, co będziecie uwielbiać.

Dziękuję Green Soul Cosmetics i przesyłam serdeczne pozdrowienia z mroźnej Warszawy!

_______________________________________________________________

One of my New Year's resolution is posting in Polish and English. So here we go. There is also another reason I want this post to be in Polish and English. The skincare I want to show you today is a gift from my friend's organic cosmetics store in Salo, Italy. Beautiful place at Garda Lake and one of a kind store with luxury organic skincare and make-up. So when you're planning your holidays at Garda Lake, don't forget to drop by and do some shopping. If staying at home, don't worry - they ship to Poland. They have many brands not available in Poland, so you will have something organic and something new.

I have got two products of English brand named AURELIA - miracle cleanser and cell repair night oil. This is a high-tech skincare for advanced (not to say matured;)). First, young skin doesn't need such complex technology and mostly - when you're young you spend more money on make-up rather than skincare. When you're old enough you take care of your skin and wrinkles, so this one is definitely for you.

The cleanser's main task is to remove impurities and make-up. But I use it after removing my make-up with my cleansing water. I want this product to remove the rest of my make-up and to work better and deeper. It's expensive, so I don't want to waste it for just removing powder and mascara, which I have to do anyway in the evening. So I apply it on dry skin with my fingertips and massage gently for few seconds. I remove it with water or using enclosed antibacterial bamboo muslin cloth. There is no foam, it's like a cream, but skin does not absorb it, so it's easy to remove it with water only.

After drying my face, I apply the night oil. At first, I put too much. Few drops is enough and the smell is nice but intense, so if you apply too much, you will smell it the morning after on your pillow. And it would be a waste of precious ingredients such as sweet almond oil, hemp seed oil, wheat germ oil, olive oil and many other oils. This ingredient list is absolutely perfect. There is nothing your skin would ignore. I apply it on my face, neck and decollete. 

Full ingredient list and more info about the brand you can find here: AureliaThese products are definitely luxury organic skincare. That's something you have to pay for but you can be sure that every ingredient is really nourishing for your skin. You don't buy an advertisement but something for your skin that you will love. 

Thank you Green Soul Cosmetics and warm regards form very cold Warsaw!




sobota, 31 grudnia 2016

Prognoza na przyszły rok

Puls Biznesu na koniec roku sobie zażartował i postawił szokujące prognozy na Nowy Rok w różnych dziedzinach gospodarki. Jest też o kosmetykach.

Grupa posłów chce złożyć projekt zakazujący reklamy kosmetyków, bo te mają negatywny wpływ na młodzież. Opakowania mają być białe, niczym się nie wyróżniać, żeby nie kusiły do zakupu. Informacja o liście składników i danych producenta ma mieć ograniczoną powierzchnię. Od zasady będą pewne wyjątki. Producent, który jest na rynku 25 lat i zatrudnia Polaków w pewnych przypadkach może mieć kolorowe logo na opakowaniu. 

Wyobraźcie sobie Sephorę, która wygląda jak apteka, na półkach same białe opakowania!

Pojechali po bandzie redaktorzy z Pulsu Biznesu... Powinni to opublikować 1 kwietnia, a nie podnosić ludziom ciśnienie pod koniec roku.

Takiego projektu ustawy oczywiście nie ma i nie spodziewam się, że kiedykolwiek będzie. Ale skoro już mowa o kosmetykach, to chętnie życzyłabym sobie pewnych zmian w prawie w tym zakresie. 

Dobrze byłoby, gdyby lista składników była bardziej czytelna, dostępna, i żeby więcej się o niej mówiło. Żeby przekaz marketingowy nie robił z nas idiotów, konsumenci byli bardziej świadomi swoich wyborów, a kosmetyki dla dzieci nie zawierały kontrowersyjnych składników.

A Wam życzę na Nowy Rok udanych zakupów kosmetycznych - skutecznej pielęgnacji i efektownej kolorówki, oczywiście bez żadnych toksycznych składników:)


czwartek, 29 grudnia 2016

Świąteczne eko prezenty 2016

Prawda jest taka, że część kosmetycznych prezentów dostałam od Świętego Mikołaja, a część sama sobie podarowałam. I muszę przyznać, że obdarowywanie siebie sprawia mi ogromną przyjemność. Prezenty trafione, takie, jakie chcę, jakich akurat potrzebuję i dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam. Jedyne, czego mi brakowało w te Święta, to śniegu, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Choinkę postawiłam na zielonej od deszczu trawie.

Nie widać wszystkiego na zdjęciu, ale postaram się wszystko tak opisać, żeby można było się zorientować, co ukryłam pod tą mini choinką. Od razu rzuca się w oczy papierowa torebka z mojego ulubionego amerykańskiego sklepu Whole Foods. Kto się wybiera za ocean, to gorąco polecam. Jeżeli nawet nie planujecie dużych zakupów kosmetycznych, to warto wstąpić choćby po pomadki ochronne do ust. Zużywam jej w dużych ilościach, dlatego lubię mieć zapas i zawsze mam kilka pod ręką. Jedną z moich ulubionych marek jest Dr. Bronner's. W Polsce ta marka jest chyba dostępna, ale nie w pełnym asortymencie i nie jest tak popularna jak inne zagraniczne eko marki. Mam 3 pomadki - miętową, limonkową i bezzapachową. Miałam już miętową i bezzapachową. Zielona to moja nowość i nie mogę się doczekać, kiedy zacznę jej używać. Jest też nowa pomadka The Honest Company. Właścicielem firmy jest Jessica Alba, która zbudowała tę markę od podstaw i jest naprawdę eko. Podoba mi się, gdy gwiazdy (nie jakieś tam celebrytki, które wciągają gratisy na proszonych imprezach i robią z siebie wieszak na product placement, ale prawdziwe gwiazdy, takie hollywoodzkie) promują eko kosmetyki albo same je produkują. Wiem, że jest to prawdziwe, bo mają już kasę i jeśli inwestują w eko markę, to robią to z przekonania, a nie z powodu mody czy intratnego kontraktu reklamowego. 

Pod pomadkami jest dobrze znany (choć akurat słabo widoczny na zdjęciu) polski peeling cukrowy do ciała od Phenome. To sprawdzony porządny produkt, który znam od wielu lat. Jest mniej tłusty od innych dostępnych na rynku, o podobnej recepturze (cukier plus oleje), co uważam za zaletę. Nie zawsze mam ochotę być cała tłusta po peelingu i ślizgać się przy wyjściu z wanny. Tutaj nie ma takiego ryzyka. Skóra jest gładka, ale nie tłusta. I o to chodzi.

W czarnym pudełeczku jest zestaw miniaturek kosmetyków mineralnych earthncity. Nazwa dla mnie trudna do zapamiętania (choć nie mam problemów z angielskim), ale kosmetyki świetne. Miałam już ich puder rozświetlający. Był bardzo wydajny i rzeczywiście rozświetlał (dlatego trzeba z nim ostrożnie postępować, żeby się za bardzo nie świecić). Teraz dodatkowo będę mogła wypróbować podkłady, korektor i oczywiście pędzel. Przyzwyczaiłam się do pudrów i podkładów mineralnych i sypka konsystencja nie jest dla mnie problemem. Wyjątkiem jest korektor. Nie ukrywam, że wolę w kremie, więc nie wiem, jak sobie poradzę tutaj. Ale się tym zbytnio nie martwię, bo w razie czego zużyję tę miniaturkę mieszając z pudrem.

W łososiowym woreczku był dezodorant Fine. Niemiecka niszowa marka - zrobili perfekcyjnie dezodorant w kremie. Dołączona jest do niego drewniana szpatułka, która ułatwia aplikację i ma swoją eko historię (szpatułki powstają na warsztatach terapeutycznych w Berlinie). Ma szansę zdetronizować mój numer jeden (jeśli chodzi o eko dezodoranty w kremie), tj. soapwalla. Po pierwsze pięknie pachnie - zapach Vetiver Geranium jest ziołowo-perfumowo-niszowy. Nie jestem dobra w opisywaniu zapachów, ale ten jest dla mnie niski, głęboki, wytrawny, momentami ostry, szybko wyczuwalny, ale nie kłóci się z perfumami. Co ciekawe, utrzymuje się cały dzień. Ładnie się rozprowadza pod pachą, nie osypuje się, ma zwartą konsystencję, coś na kształt miodu, ale się nie klei. Za to blokuje wilgoć, bo jak chcę spłukać ręce, to widzę, jak woda spływa i muszę go dobrze zetrzeć z dłoni, co bez mydła zajmuje sporo czasu. W tym tkwi też sekret tego dezodorantu - działa bardzo dobrze. Ok, wiem, że jest zima, ale nie czuję ani potu, ani przykrego zapachu pod swetrem, czy wełnianą sukienką. Nie zostawia też śladów na ubraniu. Słoiczek jest mały, ale widzę już, że starczy na długo.

Na koniec klasyka gatunku - niemiecka Lavera. Tutaj nie znam kosmetyku, który by mnie zawiódł. Marka ma nieprzyzwoicie dobrą jakość w porównaniu do ceny. Uważam, że spokojnie mogliby podnieść ceny o 100% i dalej byłoby to warte zakupu, bo to naprawdę doskonałe eko kosmetyki. Znam ten rynek dość dobrze i wiem, że za 30 zł trudno znaleźć równie dobry balsam do ciała, jak to mleczko z żurawiną i olejem arganowym. Czuję, że tutaj zużyję dość szybko całą tubę. Zapach bardzo delikatny, nietrwały. Konsystencja w sam raz - to mleczko, ale nie tłuste (mimo oleju arganowego), dzięki czemu szybciej się wchłania, choć trzeba je dobrze rozetrzeć, jeśli się nakłada za dużo (to ja tak robię, bo po prostu lubię ten balsam do pierwszego użycia). Na zimę będzie świetny. Błyskawicznie nawilża. Używam go też jako kremu do rąk. 

Nie ma to jak trafione eko prezenty. Cóż, czasami warto wyręczyć Świętego Mikołaja i po prostu cieszyć się tym, co się naprawdę lubi.



wtorek, 13 grudnia 2016

Pierzga, czyli super witaminy pszczół

Kto ma pszczoły, ten ma nie tylko miód, ale i pierzgę. Kilka lat temu dostałam od znajomego pszczelarza kawałek plastra z ula z tymi charakterystycznymi wzorkami i wypustkami, i tam właśnie ukryta była pierzga. Co to w ogóle jest?

Oględnie rzecz ujmując, pierzga to zapluty i ubity przez pszczoły pyłek kwiatowy wymieszany z miodem. A fachowo mówiąc - to coś najcenniejszego w ulu. Mieszanka witamin, mikroelementów i przeciwutleniaczy. Same biologicznie aktywne składniki. No więc wracając do podarunku od pszczelarza, to dał mi pierzgę w czystej postaci, żebym sobie ją wydłubała z tego wielkiego plastra. A że zapracowana byłam i w kółko odkładam to na później, wsadziłam plaster do zamrażarki i... w końcu o nim zapomniałam. 

Pierzgi nigdy nie wydłubałam samodzielnie. Kupowałam później miód z pierzgą, ale mi za bardzo nie smakował, wolę delektować się samym miodem. Pierzga nadaje gorzki smak, więc należy ją traktować jak lekarstwo, a nie jak coś słodkiego.

W końcu trafiłam na kapsułki z ekstraktem z pierzgi od beepearl i postanowiłam się wzmocnić przed zimą. Zaczęłam je brać akurat w dniu, kiedy podejrzanie często kichałam. W ramach uderzeniowej dawki wzięłam dwie (raz dziennie). Jeszcze przez dwa kolejne dni brałam po dwie dziennie, a potem przeszłam na jedną kapsułki dziennie. Kończę właśnie opakowanie i mam się bardzo dobrze. Mróz, odwilż, deszcz mi nie straszne. Oczywiście wspomagam się moją ulubioną kaszą jaglaną na śniadanie, ale wierzę pszczółkom, że ta ich zapluta pierzga naprawdę działa.


niedziela, 11 grudnia 2016

Żużyte - Vianek i Mokosh

Zużyłam, dno ujrzałam, więc mogę się podzielić wrażeniami. Dziś na tapecie żel pod prysznic Vianek oraz peeling do ciała Mokosh.

Żel pod prysznic to produkt, od którego nie oczekuję zbyt wiele. Oprócz składu chcę, żeby się dobrze rozprowadzał, nie był tępy na skórze. Niektóre ekologiczne żele mają taką tendencję i mimo dobrego składu ich nie aprobuję. Nie będę się męczyć z galaretką, która tylko spływa po ciele. Na szczęście Vianek jest w porządku. Łatwo się rozprowadza, dobrze mydli i szybko spłukuje. 

Nie przeceniałabym natomiast jego właściwości nawilżających. Takowych - szczerze mówiąc - nie zauważyłam. Nie rozpaczam jednak z tego powodu, bo jak już wcześniej pisałam, nie oczekuję zbyt wiele po żelu pod prysznic. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że ten żel nie wysusza skóry, więc jest to jego niekwestionowany plus. Jeżeli chcę porządnego nawilżenia, to muszę potem zastosować olej albo balsam do ciała.

Vianek ma dobry skład, przyzwoite działanie i to mi wystarczy za niewielką cenę. To taki żel, który kupuje się w drogerii bez szczególnego zastanawiania się. Marzy mi się, żeby tego typu kosmetyki były łatwo dostępne w każdej drogerii i zastąpiły te wszystkie Palmolive i inne Nivea, po których skóra robi się swędząca i sucha jak papier.

Peeling Mokosh - jak o nim teraz pomyślę, to od czuję zapach kawy i pomarańczy. Ten zapach jest obłędny. Filozofii tutaj nie ma wielkiej, bo peeling oparty jest o fusy z kawy, które pozyskać nie jest wcale trudno. Można wziąć garść fusów z ekspresu ciśnieniowego, wymieszać z żelem pod prysznic i będzie tani peeling. Ale to nie to samo. Poza tym intensywny kawowo-pomarańczowy zapach jest unikatowy. 

Od czasu do czasu mam ochotę na taki gadżet. Wiem, że fusy mogę sama ukręcić na peeling, ale nie o to chodzi. Tu mam wszystko gotowe, pięknie zapakowane, przyprawione olejami roślinnymi i olejkami zapachowymi. Samo sięganie do ciężkiego szklanego słoja jest już przyjemne. Aromaterapia działa już jak go odkręcam. Peeling jest kremowy, tłusty. Świetnie wygładza skórę. Nie trzeba używać po nim żadnego balsamu do ciała. Skóra jest gładka, nawilżona i oczywiście pachnie kawą i pomarańczami. Polecam szczególnie zimą. Teraz jest sezon na takie luksusy!



środa, 7 grudnia 2016

Zielony Beyond Organic Skincare

Kiedy we wrześniu zrobiłam to zdjęcie, dopiero zaczynałam używać dwóch kosmetyków Beyond Organic Skincare z Warsztatu Piękna. Tonik już całkowicie zużyłam, a dezodorant właśnie się kończy. To dobry czas na recenzję obu kosmetyków. A przy okazji wspominam ciepłe wrześniowe popołudnie nad jeziorem Garda, gdzie wówczas zawiozłam oba kosmetyki, żeby im zrobić zdjęcie;) 

Zacznę od dezodorantu, bo to trudniejszy temat. Toczą się dyskusje w internecie na temat ekologicznych dezodorantów, aluminium, skuteczności (często wątpliwej) i desperacji fanek kosmetyków naturalnych, które szukają produktu idealnego z idealnym składem i najlepiej w cenie do 15 złotych. Odpowiadam od razu - takich dezodorantów nie ma. W ogóle nie ma tanich kosmetyków naturalnych z bardzo dobrym składem. To się po prostu wyklucza. Nie można zrobić kosmetyku super jakości i sprzedawać go w cenie zwykłego masła shea (do tego najczęściej rafinowanego).

Wróćmy jednak do moich dzisiejszych kosmetyków. Oba są w cenie poniżej 70 zł. Czy to dużo, czy mało - odpowiedzcie sobie same. Ja cenię sobie wysoką jakość i skuteczność. Dezodorant Beyond Organic Skincare jest w kulce, czyli klasyka gatunku. Zawiera ałun potasowy (potassium alun). Tu zaraz zaczną się pytania i wątpliwości co do tego ałunu. Tak, tak... Też czytałam, że ałun jest bardzo podobny do aluminium i dlatego nie powinien się znajdować w eko dezodorantach. Z drugiej strony znam firmę Beyond i wiem, że są bardzo ortodoksyjni, jeśli chodzi o skład. Tam nie ma lipy, tylko drogie składniki, naprawdę wyselekcjonowane. Dlatego postanowiłam zaczerpnąć wiedzy u źródła, o co chodzi z tym ałunem.

Zawartych w tym dezodorancie soli mineralnych ałunu potasowego nie wolno wrzucać do tego samego worka, co glin i aluminium. Dlaczego? Bo cząsteczki ałunu mają negatywny ładunek jonowy, przez co nie są w stanie przejść przez ściany komórkowe, czyli nie wnikają w skórę. Dlatego ten ałun nie będzie się kumulować w organizmie, co ma miejsce w przypadku glinu. Nie jestem chemikiem, ale to wyjaśnienie do mnie trafia. 

Dlaczego tyle o tym pisze? Bo ten dezodorant działa. To prawda, że nie sprawdzałam go w największych upałach. Zaczęłam go używać we wrześniu, ale aż do dziś sprawdza się bardzo dobrze. Przy okazji widać, że jest ekonomiczny - to małe opakowanie starcza naprawdę na długo. A sam dezodorant działa przez cały dzień. Nie ma zapachu, nie zostawia żadnych smug na ubraniu. Jest neutralny, co mi bardzo odpowiada. Zaliczam go do swoich dezodorantowych faworytów i polecam z czystym sumieniem.

Obok dezodorantu nad basenem stoi tonik Beyond o lekko ziołowym zapachu. Mój nos lubi taki zapach, ale wiem, że nie każdemu może on odpowiadać. Trzeba do niego dojrzeć, czyli odzwyczaić się od sztucznych zapachów chemicznych. Wtedy docenia się to zielsko. Poza tym ten zapach sprawa, że ja od razu lepiej się czuję i mam wrażenie, że moja skóra szybko chłonie ten tonik. Są toniki, które pozostawiają na skórze coś w rodzaju smugi, jakieś warstwy. Ten taki nie jest. Skóra go pije, od razu i w całości. 

Na początku stosowałam spryskiwacz, ale z czasem... się zepsuł, więc zmuszona byłam przerzucić się na wacik. Nad opakowaniem trzeba jeszcze trochę popracować, ale prosty, a zarazem bogaty skład (tylko 5 składników) to rekompensuje. Uważam wręcz, że mógłby być droższy, bo w takiej Sephorze pierwszy lepszy chemiczny tonik Clinique z byle jakim alkoholem kosztuje drożej. 

Marka Beyond jest dla mnie wyjątkową marką niszową, nawet jak na kosmetyki naturalne, bardzo wysublimowaną i dopracowaną. Oni mają gdzieś PR, opakowania, czy marketing sieciowy. Nie znajdziecie blondynek na instagramie z ich kremami przy twarzy. Po prostu robią kosmetyki bardzo dobrej jakości i tyle. Mają proste składy, ale nikt ich nie podrabia, bo wcale nie jest tak łatwo zrobić te kosmetyki. To pielęgnacja dla zaawansowanych. Nie dla każdego.