środa, 24 sierpnia 2016

Przegląd prasy: amerykańskie ELLE lipiec 2016

Oto fantastyczny przykład rzetelnego dziennikarstwa zza oceanu. W lipcowym numerze amerykańskiego ELLE jest świetny artykuł o eko kosmetykach. 

Już 10 lat temu redakcja ELLE zaczęła przyznawać nagrody najlepszym kosmetykom naturalnym. U nas 10 lat temu dziennikarki nawet nie wiedziały, że takie kosmetyki w ogóle istnieją, ewentualnie pisały jako ciekawostkę, jak sobie w kuchni ukręcić krem. Ok, nie winię ich za to, bo sama wiem, jak trudno było wówczas sprowadzać kosmetyki naturalne, głównie przez zagraniczne sklepy internetowe. Ale od osób piszących artykuły do prasy wymaga się więcej - przede wszystkim researchu, a potem rzetelnej i merytorycznej publikacji, bo czytelnik chce się dowiedzieć czegoś nowego.

Amerykańskie dziennikarki cały czas się kształcą i przyznają w tym artykule, że kiedyś trzeba było szukać firm, które produkują prawdziwie naturalne kosmetyki (obawiam się, że nasze dziennikarki niestety nie czytają składów, co widzę po kosmetykach, jakie ilustrują ich publikacje). W lipcowym numerze redakcja ELLE prezentuje wyższą półkę kosmetyków naturalnych (czyli to, co najbardziej lubię). Podkreślają, że kosmetyki są bardziej wyrafinowane, jest większy wybór, lepsza jakość i pokazują najlepsze eko kosmetyki wybrane przez panel ekspertów, do makijażu, do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. I co najważniejsze - wszystkie mają dobry skład.

Co daje ten artykuł? Oczywiście rozeznanie rynku. Choć nie wszystkie z prezentowanych kosmetyków są dostępne w Polsce, to warto zapoznać się z niektórymi nieznanymi (przynajmniej dla mnie) markami i je zapamiętać na przyszłość. 
Kilka z nich można u nas kupić:
- ILIA w Organicall i Rose Town
- Physicians Organic Formula w internetowym Douglasie
- Tata Harper, Juice Beauty, Rahua w Warsztacie Piękna
- Weledę chyba wszyscy używający kosmetyków naturalnych znają:)

Chciałam też zwrócić uwagę na końcówkę artykułu - Co sprawia, że kosmetyk zostaje "Green Star"?
Każdy z kosmetyków prezentowanych w tym artykule na łamach ELLE musi być bez parabenów, ftalanów i SLS-ów. Ponadto przy produkcji kosmetyków nie wolno naruszać równowagi ekologicznej, co jeszcze szczególnie ważne np. przy produkcji oleju palmowego (tu nie chodzi tylko o eko surowiec, ale też o to, żeby nie niszczyć przy okazji środowiska naturalnego i całego ekosystemu). Kosmetyki nie mogą też zawierać pochodnych ropy naftowej.

Jednym słowem świetnie przygotowana publikacja, wszystkie prezentowane kosmetyki spełniają te kryteria. Podoba mi się też hasło: przechodzenie na kosmetyki naturalne nie oznacza, że mamy chodzić bez makijażu.

Polskie dziennikarki piszące o urodzie - uczcie się od najlepszych!









niedziela, 21 sierpnia 2016

Marokańska róża REN Skincare

REN Skincare to wyższa półka kosmetyków ekologicznych. Nie ma ich w popularnych drogeriach internetowych. W Polsce są do nabycia tylko w perfumerii Galilu - stacjonarnie w Warszawie, Krakowie i Gdańsku, a także przez ich stronę internetową. To niszowa perfumeria, która ma w ofercie także kilka marek eko, choć tego nie podkreślają.

Znam tę markę jeszcze zanim się pojawiła w Polsce. Strona w Wielkiej Brytanii wysyła także do Polski. Kosmetyki są drogie, rzadko goszczą w mojej łazience, ale zdecydowanie są warte swojej ceny. Tym razem chciałam Wam pokazać krem do ciała ujędrniający o zapachu marokańskiej róży.

Ten zapach uwodzi od pierwszego powąchania. To nie jest jakaś tam róża z kwiaciarni, czy popularna w hydrolatach róża bułgarska. To głęboki różany zapach, który kojarzy mi się z ciepłym zachodem słońca. Nie byłam w Maroko, ale tak sobie wyobrażam zapach tamtejszego wieczoru. Róża jest olejkowa, intensywna, południowa, ale nie dusząca. Zapach długo utrzymuje się na ciele, więc można potraktować ten krem jak perfumy.

Kojarzycie kremy do ciała perfumowane z tej linii zapachowej, co perfumy? Wiele producentów perfum ma je w ofercie, z tym że normalnie są to beznadziejne i uczulające balsamy oparte o parafinę, parabeny i ftalany (jakoś ten zapach trzeba utrzymać). W przypadku REN jest zupełnie inaczej - nie dość, że rewelacyjnie odżywczy skład, to jeszcze piękny naturalny różany zapach. Naturalność zapachu gwarantuje producent, który podkreśla na opakowaniu, że zapach jest w 100% pochodzenia naturalnego, czyli żadnych syntetycznych dodatków. To nie jest wcale takie oczywiste nawet w kosmetykach naturalnych, bo znam wiele firm z dobrym składem, które mają sztuczne zapachy (np. babydream z Rossmanna). 

Konsystencja jest bogata, gęsta. Za pierwszym razem nałożyłam zbyt wiele balsamu i zostały białe smugi, które na szczęście się wchłaniają po jakimś czasie (nie śmiałabym wycierać nadmiaru ręcznikiem, bo po prostu szkoda by mi było tego kremu). Jest tak, jak pisze producent - to jest bogaty krem do ciała. 

Krem odżywia i wygładza. Jeżeli lubicie różane aromaty, to warto sprawić sobie taki prezent. Słoiczek starcza na długo, co rekompensuje wysoką cenę. Jeden taki kosmetyk w zupełności zaspokoi apetyt na różany zapach. Ja właśnie się nim delektuję.




sobota, 20 sierpnia 2016

Moje nowości - atw beautylab

O tej firmie kilka razy już słyszałam, zdjęcia kosmetyków przewijały mi się w internecie na różnych forach. W końcu postanowiłam się z nią zapoznać. 

Lubię polskie marki i cieszy mnie, że na rynku kosmetyków naturalnych jest ich coraz więcej. Nie mam pojęcia, co znaczy skrót atw. Nie jest to może najszczęśliwsze rozwiązanie, ale w końcu liczy się skład, który w tych produktach jest jak najbardziej w porządku. Minusem jest tu jednak to, że nie znalazłam listy składników na stronie internetowej. Dla firmy produkującej kosmetyki naturalne to powinna być podstawa. Deklaracje, czego kosmetyk nie zawiera to jedno, a lista składników to drugie. Ja zawsze czytam listę INCI i chcę mieć do niej dostęp.

Mam dwa produkty od atw beautylab - płyn do higieny intymnej i peeling do twarzy.

Płynów do higieny intymnej nie ma sporo na rynku eko kosmetyków. Tym bardziej cieszę się, że ten jest naprawdę dobry. Delikatny, wygodny w użyciu (pompka, która w tego typu produktach jest dla mnie niezbędna), dobry skład, nic nie podrażnia, ma nienachalny delikatny zapach. Niczego innego od płynu do higieny intymnej nie oczekuję. Mam też dla niego jeszcze jedno zastosowanie. Czasami myję nim twarz i też doskonale się sprawdza. 

Peeling do twarzy ze skałką wulkaniczną - nie wiem, dlaczego nazywa się profesjonalny. Nie widzę w nim nic niezwykłego, w sensie profesjonalnego, w odróżnieniu hmmm.... no właśnie, od czego? Czy to produkt używany w gabinetach kosmetycznych? Czy inne peelingi są amatorskie? No dobra, nie będę się znęcać dalej nad nazwą.

To delikatny peeling, który w mojej ocenie mógłby mieć trochę mniej intensywny zapach (to wzbudza moje wątpliwości co do naturalności tego zapachu, ale niczego nie przesądzam). Drobinki do twarzy są w sam raz, nie za drobne, ale i nie za ostre. Twarz po użyciu nie jest ściągnięta, ani zaczerwieniona. Faktycznie nawilża, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe, jeśli chodzi o peeling. Nie zauważyłam jednak jakiegoś spektakularnego wygładzenia, a drobne krostki nie zniknęły. 

Jeśli miałabym ponownie sięgnąć po któryś z tych produktów, to na pewno będzie to płyn do higieny intymnej. Wpisuję ten płyn na listę moich ulubieńców kosmetycznych. 


A tak wygląda skład żelu do higieny intymnej:


czwartek, 11 sierpnia 2016

Co zabrałam na wakacje w tym roku?

Wakacje z dzieckiem to zupełnie inne pakowanie niż wakacje tylko dorosłych. Małe dziecko wymaga  zabrania wielu rzeczy, więc trzeba nauczyć się pakować kompaktowo. To samo dotyczy szczególnie kosmetyków, bo kilka małych buteleczek mało nie waży i nagle kosmetyczka robi się (nie wiadomo jakim cudem) bardzo ciężka.

Chciałbym Wam pokazać kilka kosmetyków, które zabrałam ze sobą na wakacje. Oczywiście to nie jest cała moja letnia kosmetyczka, ale te produkty, które nadają się zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Są wielofunkcyjne i nie obciążają nadmiernie bagażu. Można ich używać na różne sposoby i nadają się dla wszystkich członków rodziny. Żaden nie ma intensywnego zapachu, co latem postrzegam jako zaletę. Wolę morską bryzę i jod nad morzem.

Oto mój letni multifunkcyjny niezbędnik:

1. pianka do mycia ciała mikkolo NOVA - fantastyczna kremowa pianka do mycia. Zwykle pianki są lekkie i mam wrażenie, że uciekają mi w rękach zanim zdążę się umyć. Z tą jest inaczej - nie wiem, w czym tkwi sekret tej konsystencji, ale jest obłędnie kremowa, czyli wiem, że coś konkretnego nakładam na dłoń, a po chwili miękko rozprowadza się po całym ciele. To był przebój tegorocznych wakacji wśród wszystkich członków rodziny, starczyło dla mamy, taty i dwóch dziewczynek. Starsza (9-latka), która nie zawsze lubi prysznic, tym razem była co wieczór pierwsza w kolejce, żeby tylko móc jej użyć. Pianka cieszyła się takim powodzeniem, że skończyła się wraz z końcem naszego wyjazdu. Piankę mam stąd.

2. krem dla dzieci calendula Weleda - klasyka gatunku i klasyka kosmetyków eklogicznych. Używam tego kremu od urodzenia Tosi. Jest świetny dla niemowlaków, ale również dla mnie. Jest gęsty, ale niezbyt tłusty. Dla mnie świetny pod oczy, dzięki czemu nie musiałam brać osobnej tubki dla siebie. Weledę sprowadzam z Austrii.

3. krem do rąk Melissina KucaMagicneTrave - ja nie potrafię powtórzyć nazwy firmy i chyba powinni ją zmienić, bo nie umiem jej też wymówić;) To chorwacka marka, a nazwa produktu w oryginale to krema za ruke. Trochę czeski film, ale skład w porządku, marka fajna, więc nie będę się nabijać. Bez kremu do rąk nie ruszam się z domu. Mam zawsze jakiś w torebce. Ten dobrze nawilża i pachnie lekko cytrusowo. Krem można kupić tutaj.

4. maść z cynkiem Zink-Salbe Bioturm - apteczne ekologiczne niemieckie solidne mazidło. Wielofunkcyjny produkt na odparzenia pieluszkowe, na trądzik, na drobne otarcia i podrażnienia. Oprócz zastosowań dziecięco-Tosinkowych stosowałam go na wakacjach jako krem na noc na twarz i szyję. W Polsce nie widziałam tej maści, ale bez problemu można kupić na ecco-verde.

5. krem z filtrem SPF50 Algamaris Biarritz - świetny filtr z algami. Dla mnie służył jako krem z filtrem do twarzy (szkoda mi było tak dobrego składu do całego ciała). Głównie to filtr dla dzieci, niezwykle łagodny, bez zapachu. Więcej o dziecinnym zastosowaniu i dołączonej do niego uroczej koszulce do opalania dla niemowląt tutaj.

6. mus do ciała na ratunek wytwórnia mydła - odurzałam się codziennie zapachem oleju konopnego (to na szczęście jeszcze legalne;)). To naturalny zapach tego oleju, a nie żaden aromat, żeby była jasność. Olej konopny jest bazą lekkiego musu, ręcznie robionego w niewielkiej polskiej manufakturze kosmetyków naturalnych. Mus służył całej rodzinie, jest świetny dla suchej skóry. Tatę łagodził po opalaniu, ja oczywiście odurzałam się naturalnym zapachem nawilżając nogi, a Tosinka uwielbiała się bawić nim wsadzając paluszek do słoiczka i robiąc wcierkę za uchem. Po kilku dniach zauważyłam, że ma niezwykle miękką skórę za prawym uchem, gdzie go używała. Mogę więc stwierdzić, że mus nadaje się także dla małych dzieci. Do nabycia tutaj






piątek, 5 sierpnia 2016

Dziecko na słońcu

Przed słońcem się chronimy, ale też nie przesadzamy i nie siedzimy non stop pod parasolem słonecznym. Trochę witaminy D jest wszystkim potrzebne, zwłaszcza dzieciom. Nie zmienia to faktu, że krem z filtrem mineralnym towarzyszy mi od dawna, a Tosi od tych wakacji. 

W zeszłym roku, gdy miała pół roku, nie opalała się w ogóle i siedziała (głównie leżała i spała) w namiocie. W tym roku namiot nie jest już tak atrakcyjny, a dziecko ciekawe świata. Aktualnie rozpoznajemy trawę pod stópkami. Piasku się boimy, a od wody uciekamy. 

Tak więc krem z filtrem musi być, jak również odpowiedni strój na plażę. Na małym dziecku nie eksperymentuję - krem z filtrem mineralnym SPF 50 na wakacjach to podstawa.  Aktualnie używamy Algamaris od Biarritz z wyciągiem z różowych alg. Oczywiście ja też się nim smaruję. Nie jesteśmy w tropikach, tylko na Mazurach, ale młoda skóra wymaga szczególnej pielęgnacji. 

Jednak zanim się posmarujemy, Tosię trzeba nad jezioro odpowiednio ubrać. W zestawie z kremem jest urocza koszulka z długim rękawem. Ten długi rękaw niech Was nie odstrasza. Koszulka jest wykonana z lekkiego szybkoschnącego materiału, a jej zadaniem jest ochrona przed słońcem, a nie ciepłe okrycie. Do tego obowiązkowo kapelusz z dużym rondem na głowę. Na pieluszkę zakładamy gustowne figi kąpielowe. W ten sposób mamy najbardziej odkryte nogi, które smarujemy kremem. 

Krem z koszulką jest do nabycia w sklepie organicall.pl tutaj

A tak się prezentuje Tosia na wakacjach:


sobota, 23 lipca 2016

Prehistoria

Odkryłam niedawno swój własny stary artykuł, jaki ukazał się na portalu zeberka.pl kilka lat temu.

Po latach wydaje mi się zabawny, choć wiele rzeczy wciąż jest aktualnych. Możecie zobaczyć, jak wyglądały moje początki z kosmetykami naturalnymi, jak trudno było je dostać, wybór na rynku niewielki, zwłaszcza kolorówki. Moim sukcesem był wówczas tusz do rzęs bez parabenów.

Na portalu zeberka.pl był (nie wiem, może jeszcze nawet jest) cykl pod hasłem: "wasze kosmetyczki". Dziewczyny przysyłały zdjęcia swoich kosmetyków z opisem, dlaczego akurat te kosmetyki używają. Długo się zastanawiałam, czy w ogóle do nich napisać, ale w końcu sfotografowałam kosmetyki na pralce (tak, tak, białe tło to blat pralki - takie były moje początki zdjęć kosmetyków:)) i wysłałam do redakcji podpisując się moim drugim imieniem (Elżbieta), jakby to miało stanowić jakąś ochronę danych osobowych. Wiek podałam prawdziwy (!). 

Cały artykuł możecie znaleźć tutajKilka kosmetyków już zniknęło na rynku, innych już nie używam, są też takie, których trzymam się do dziś. Ale po kolei:

1. Biochemię Urody lubię cały czas, ale nie kupuje już olejku myjącego. Nie wiem, jak teraz, ale wtedy w zestawie był emulgator, który później uznałam za zbyt szkodliwy, żeby go używać i poszukałam innych produktów. Natomiast masła, oleje, czy hydrolaty z Biochemii Urody wciąż polecam. 

2. żel pod prysznic Calendula Babydream - był bardzo fajny, niestety zielonej serii Babydream już nie ma, a szkoda, bo to były niezłe produkty.

3. Bananowa odżywka The Body Shop to jeden z nielicznych produktów w ich ofercie, które są ok pod względem składu (nie licząć serii z ecocertem). 

4. Szampon Babydream - wciąż jest ok i wciąż jest do kupienia w Rossmannie.

5. kapsułki Dermogal - szczerze? już z nich wyrosłam, są fajne, ale zapach nie powala (żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie), a na rynku jest mnóstwo olejków do twarzy z pięknym naturalnym zapachem, więc jest w czym wybierać.

6. tisane - już go nie używam, bo ma w składzie propylene glycol, a balsamów do ust ze znacznie lepszym składem jest teraz bez liku.

7. diaderma Karotten Ol - to też moje początki z olejami do twarzy, ten był o tyle śmieszny, że barwił twarz na lekko pomarańczowo, a przy tym był strasznie tłusty, miał dość intensywny zapach, dziś nie jestem pewna, czy był faktycznie naturalny.

8. serum z witaminą C z Biochemii Urody - też znalazłam z czasem lepszy odpowiednik z USA, ręcznie robione, z prostym składem.

9. krem pod oczy Nutriganics The Body Shop - nie mam zastrzeżeń, ma certyfikat ecocert, wciąż jest dostępny.

10. krem Physiogel - nie wiem, co ma w składzie, już od dawna go nie używam, mam dużo lepsze eko kremy do twarzy, polskie i zagraniczne.

11. krem na słońce Babydream - przede wszystkim ma filtry chemiczne, więc dziś odpada, wtedy nie było łatwo o same minerały (były kremy z filtrem mieszanym - chemiczne i mineralne).

12. krem Diacneal - był świetny na pryszcze, ale Avene zaczęło przy nim majstrować i go ulepszać. Aktualna wersja Triacneal to już nie to samo.

13. krem Calendula Babydream - niestety wycofany z oferty Rossmanna, szkoda, bo miał cynk wysoko w składzie i bardzo go lubiłam.

14. olejek Babydream fur Mama - wciąż lubię ten zapach, używałam go wówczas, choć nawet nie planowałam ciąży, polecam bez względu na rosnący brzuszek.

15. arganowy krem do rąk Dr. Scheller - już go nie widzę w Polsce, czasami jakieś uszkodzone opakowanie w TK Maxx, był naprawdę niezły.

16. deodorant The Body Shop - też już go nie ma w ofercie, był bez parabenów, bez aluminium, ale cały skład nie był idealny.

17. perfumy Alberta Ferretti - do dziś pamiętam, jak je kupiłam na lotnisku w Mediolanie wracając ze służbowego wyjazdu. W Polsce do dziś ich nie ma, ale w międzyczasie poznałam zapachy niszowe i nie sądzę, żebym tę fiolkę do nich zaliczyła.

18. kredka cielista MAC - używałam jej jeszcze do niedawna, skład daleki od ideału, ale miękka, świetna jako korektor punktowy i do linii wodnej oka. Jednak do rozjaśniania spojrzenia odkryłam ostatnio żółtą kredkę Zuii, więc cieszę się, że jest godny następca.

19. kredka do brwi MAC - już nie używam, aktualnie wspomagam się brązowym cieniem, ale dowiedziałam się o nowej kredce do brwi Felicea i zamierzam ją nabyć (słyszałam, że jest miękka, a na takiej mi zależy).

20. błyszczyk do ust bezbarwny Smashbox, który wydobywa naturalny kolor - już nie moja bajka, od dawna nie używam.

21. podkład Toleriane La Roche Posay - kiedyś ten skład wydawał się przyzwoity, dziś mam bardziej wyśrubowane standardy, a poza tym jest dostępna eko kolorówka, nie tylko minerały.

22. puder bambusowy z Biochemii Urody - jeden z lepszych matujących pudrów, jaki kiedykolwiek miałam. Polecam do dziś. 

23. róż (pseudo)mineralny Maybelline - linia wycofana, chyba za wprowadzanie błąd konsumentki, że to było sprzedawane jako kosmetyki mineralne, a minerałów tam chyba w ogóle nie było, ewentualnie jakieś śladowe ilości.

24. lakier Chanel nr 18 - od 20 lat go uwielbiam (tak, tak, pojawił się na rynku w 1996 roku, dokładnie pamiętam, jak go kupiłam po raz pierwszy). Skład oczywiście beznadziejny, ale ten odcień jest nie do podrobienia. Nie używam go rzadko, więc się tak bardzo nim nie truję. 

25. lakier Inglot - to można powiedzieć ekologiczna marka lakierów do paznokci, już od dłuższego czasu chwalą się, że nie używają w lakierach do paznokci formaldehydu, toluenu, kamphory i innych typowych dla tego typu produktów toksycznych składników.

26. tusz do rzęs Maybelline - w czasach, gdy Lancome, Dior i inne tusze miały po 5 parabenów, ten nie zawierał ich w ogóle. Oczywiście są sztuczne woski, ale z naturalnym tuszem nie jest łatwo. Żaden eko nie pomaluje mocniej rzęs.

27. maseczki z aspiryny używam cały czas, w niezmiennej formule.

Co ciekawe (zwłaszcza dla znajomych dziewczyn z portalu wizaż.pl), ten artykuł był dla mnie inspiracją do założenia niedługo potem wątku o kosmetykach ekologicznych na forum, który dziś doczekał się już 12-tej części i wciąż zyskuje nowe czytelniczki. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy:)






środa, 20 lipca 2016

Nowości od Felicea

Cieszę się, że przybywa ekologicznej kolorówki. Jeszcze parę lat temu nie było praktycznie wyboru. Moim sporym osiągnięciem było znalezienie tuszu do rzęs bez parabenów i odkrycie pudru bambusowego (do dziś uważam, że nic lepiej nie matuje). 

Teraz mamy nie tylko zagranicznych dystrybutorów, ale i polskie marki. Jedną z nich jest Felicea. Do tej pory używałam ich błyszczków. Moim ulubionym jest różowy. Już kilka osób się o niego pytało, więc z przyjemnością odpowiadałam, że to eko.

Teraz będę testować pierwszy znany mi ekologiczny puder w kamieniu. Wiele z nas już się przyzwyczaiło, że ekologiczna kolorówka to przede wszystkim sypkie minerały. Ja zawsze szukałam dalej, bo od samego początku nie pasował mi np. korektor pod oczy w proszku. A jak się chce, to się znajdzie.

Teraz spodobał mi się puder w kamieniu w prawdziwej puderniczce z lusterkiem, co też było rzadkością. Z tego właśnie powodu żałuję, że nie ma lusterek w różu i cieniach do powiek, które też są nowością. 

Puder ma uniwersalny kolor i jest dobry do wykończenia makijażu. Róż w odcieniu ceglanym stosuję oszczędnie (na zdjęciu kolor jest bardziej nasycony niż w rzeczywistości). Jestem ostrożna z tym kolorem. Poszaleć mogę z różem, ale z kolei taki koralowy lepiej modeluje. 

Jasny cień jest świetny pod łukiem brwiowym. Na szczęście nie jest perłowy. Myślę, że bardziej uniwersalne kolory to będzie egzotyczna pistacja i złota czekolada - może takie duo w kolejnej odsłonie?