wtorek, 18 grudnia 2012

Ziaja - nie, dziękuję

A szkoda, bo lubię polskie firmy, staram się je promować, testować i używać. Podobała mi się nawet filozofia firmy - od 20 lat na rynku, proste opakowania, przystępna cena. Ale ten skład! Dramatyczny! I z czasem wcale nie jest lepiej. Wiele firm (wcale nie ekologicznych) już nie używa np. rakotwórczego składnika o nazwie Diazolidinyl Urea. Tymczasem widuję go głównie w produktach Ziai. Właśnie oderwałam z Twojego Stylu próbkę kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym 30+. Mój target i chcę nawilżenia. Niestety ten krem nie nawilży mojej skóry, a kwas hialuronowy jest pod koniec listy INCI, tuż przed konserwantami (phenoxyethanol i całe litanie parabenów). To przykład składu, gdzie olej makadamia jest zabity przez PEG-i, oliwa z oliwek wyparta przez zapychający silikon. Krem oparty jest o Isononyl Isononanonate - chemiczny emolient, który daje ładny poślizg na skórze i nic więcej. Może być też potencjalnym składnikiem wywołującym alergie.
Z takim składem Ziaja jeszcze przez długi czas nie zagości w mojej łazience.



niedziela, 16 grudnia 2012

Atelier Amaro

Kuchnia molekularna do tej pory kojarzyła mi się z lodami zrobionymi przy pomocy ciekłego azotu. Aż trafiłam do jedynej w Polsce restauracji z gwiazdką Michelina. Co prawda jeszcze wschodzącą (restauracja dostała tzw. rising star, w przyszłym roku może liczyć na prawdziwą gwiazdkę), ale w Polsce nikt przedtem nie spełnił surowych wymogów przewodnika Michelin.
Menu w Atelier Amaro było tego dnia co najmniej intrygujące. Wszystko w małych porcjach płus połączenie składników na pierwszy rzut oka niepasujących do siebie. Śledź nie przypominał zupełnie supermarketowych matjasów i gdybym nie przeczytała, to nie wiedziałabym, że jem śledzia. Zupa-borowik przybrała formę borowikowego cappuccino. I faktycznie wyglądała jak kawa. Do tego zamiast chleba herbatnik piernikowy.
Zakochałam się w foie gras, która okazała się musem okrytym pierzynką z okruszków piernikowych. Nigdy nie sądziłam, że takie połączenie będzie zjadliwe, a po prostu rozpływało się w ustach. Uwieńczeniem molekularnego gotowania był halibut na parze na kaszy jaglanej, przykryty pianą z żurawiny. Wyglądało to jak typowa piana do kąpieli w kolorze czerwonym (zdaje się, że tylko kolor pozostał z żurawiny). Taką pianę życzyłabym sobie do kąpieli zamiast cocamide DEA (rakotwórczego składnika pieniącego zawartego w większości płynów do kąpieli). Piana miała bardzo delikatny zapach żurawiny i stanowiła zdecydowanie element dekoracyjny, bo najeść się tym nie dało. Natomiast halibut nie był tak po prostu gotowany na parze. On był w kąpieli wodnej w temperaturze 42 stopnie Celsjusza przez 12 minut. Moja zdecydowanie niemolekularna płyta ceramiczna nie potrafi robić takich rzeczy.
Na deser kawałek bezy lodowej, która się rozpadała nie jak beza, gdy chciałam ją przekroić widelczykiem. Do tego było jeszcze coś z kaszy manny i ciepły sos czekoladowy. Nie wiem, co tam robił rokitnik (który do tej pory znałam tylko jako składnik jednego z moich ulubionych kremów do rąk), ale było pyszne!
Takimi oto daniami (momentami;)) delektowałam się w piątek, a dziś zrobiłam zwykłą pastę z sosem beszamelowym i serem pleśniowym. Makaron gotował się w 100 stopniach Celsjusza, sos dojrzewał w podobnej temperaturze. Do tego lampka australisjkiego Shiraza. Sama sobie przyznałam gwiazdkę za dobry obiad!


wtorek, 11 grudnia 2012

Włoska robota

Włochów nie kojarzyłam specjalnie z kosmetykami ekologicznymi. Moja nieoceniona koleżanka mieszkająca w Anglii poprosiła mnie o zakupy w sklepie internetowym farmavit.pl. Koszmarna grafika sklepu mnie zniechęciła, ale skupiłam się na szukaniu konkretnych produktów. Target - Argital. Kosmetyki z certyfikatem BDIH. Niespecjalnie wyszukane opakowania. Tubki proste, wręcz oldskulowe. Na wypróbowanie kupiłam 3 rzeczy: płyn do higieny intymnej, krem do stóp i pastę do zębów wybielającą w kolorze czarnym (sic!).
Płyn do higieny intymnej ma kwas mlekowy na trzecim miejscu, a tuż za nim olejek z drzewa herbacianego i olejek z mięty pieprzowej. Tak dobrego składu jeszcze nie widziałam. Mięta ewidentnie chłodzi i odświeża. Płyn jest dość gęsty, ma konsystencję typowego żelu pod prysznic, ale prawie się nie pieni. Jednak zupełnie mi to nie przeszkadza.
Krem do stóp z kolei pachnie mięta i lawendą. Jest tłusty i szybko się wchłania. Nie przepadam za zapachem lawendy, ale tutaj mi nie przeszkadza. Na zimę w sam raz.
Czarna pasta do zębów o działaniu wybielającym brzmi jak oksymoron. Właściwie jest ciemno szara. Nie zawiera fluoru (jestem wychowana na fluoru, więc nie rezygnuję z niego całkowicie, tylko używam naprzemiennie z pastami z fluorem, np. elmex). Na trzecim miejscu (po wodzie i glicerynie) mamy glinkę białą, potem sól morską, gumę ksantanową, olejek z mięty pieprzowej, olejek anyżowy i propolis. Czyli kolejny doskonały skład. Nie zauważyłam spektakularnego efektu wybielającego (może powinnam pić mniej czerwonego wina;)), ale bardzo ładnie odświeża. Niestety brudzi umywalkę i trzeba po niej na bieżąco sprzątać.


niedziela, 9 grudnia 2012

Miód + owoce + alkohol

Miód oraz wyciągi z roślin i owoców nie są tylko moimi ulubionymi składnikami w kosmetykach. Są również doskonałe w nalewkach. Własnego bimbru nie pędzę. Kupuję wódkę i spirytus, a potem przy pomocy paru innych składników produkuję własne nalewki. Zajęcie bardzo poprawiające humor, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Samo zalanie owoców wódką nie gwarantuje jeszcze sukcesu. To dopiero początek. Najważniejszy jest tutaj czas. Trzeba zaglądać do słoików, potrząsać nimi i czekać. Potem przefiltrować nalewkę (co trwa zwykle kilka dni) i znowu czekać.
Dla chętnych początkujących podaję przepis na gruszkówkę: 4 gruszki (obrane, bez gniazd nasiennych, pokrojone w ósemki) zalewamy w słoiku (najlepszy jest słoik dwulitrowy) litrem wódki (czystej, żadne smakowe, zwykle używam wyborowej). Można dosłodzić miodem (2 łyżki), ale gruszki same w sobie są słodkie, więc nie trzeba. Jeśli nie mamy zaprzyjaźnionego pszczelarza, zanim kupujemy miód oglądamy słoik, czy przypadkiem to nie jest mieszanka miodów spoza UE. Najlepsze są miody z polskich pasiek.
Wróćmy do nalewki gruszkowej - słoik z gruszkami zalanymi wódką odstawiamy w ciemne miejsce i co kilka dni wstrząsamy słoikiem. Po 3 miesiącach kupujemy lejek do butelek i papierowe filtry do kawy (najmniejsze i najtańsze). Nalewka jest wtedy mętna i trzeba ją dobrze  przefiltrować. Dlatego używamy 2 filtrów naraz. Jak filtry się zapchają i nalewka już bardzo wolno kapie do butelki, to trzeba wymienić na 2 nowe. Filtrowanie trwa kilka dni i nie da się tego przyspieszyć. Dzięki temu w butelce znajdzie się klarowna nalewka. Niestety nie możemy tego jeszcze wypić, bo nalewka musi odstać w butelce co najmniej pół roku. Wiem, że brzmi to zniechęcająco, ale warto od czegoś zacząć. Na następne Boże Narodzenie będzie jak znalazł.


środa, 5 grudnia 2012

Neal's Yard Remedies

Ta brytyjska marka wyrasta na mojego ekologicznego faworyta, jeśli chodzi o pielęgnację. Kosmetyki drogie, niedostępne w Polsce (można zamówić przez internet np. z feelunique.com), a mimo to mogłabym brać wszystko w ciemno (gdyby tylko mój budżet to udźwignął). Każdy kosmetyk Neal's Yard Remedies, który do tej pory miałam, jest wart swojej ceny. Jednym z ich bestsellerów jest krem kadzidłowy (Frankincense Nourishing Cream). Oczywiście kupiłam go w ciemno i nie miałam okazji wcześniej choćby sprawdzić intrygujący mnie zapach. Ale kadzidło kusiło, choć brzmiało dość ryzykownie. Krem faktycznie pachnie kadzidłem, ale o dziwo, zapach jest wręcz lekki, w ogóle nie jest duszący, czego się obawiałam. Świetnie nawilża, szybko się wchłania. Według INCI nie posiada żadnego magicznego tajnego składnika. To po prostu dobrze skomponowana mieszkanka olejów i wyciągów roślinnych (słonecznikowy, jojoba, nagietek, słodkie migdały, morela, ogórecznik). Od szyi po czoło nie ma żadnych podrażnień, alergii, czy wyprysków. Aktualnie mój ulubiony szklany słoiczek w łazience.

Drugim moim hitem NYR jest miodowy krem do rąk. Jestem fanką miodu. Kupuję duże słoiki tylko od sprawdzonego pszczelarza. Piję pyłek kwiatowy i słodzę miodem gryczanym nalewki. Nie znoszę miodów w supermarketach z wdzięcznym napisem: mieszkanka miodów z krajów UE i spoza. Spoza jest tu kluczowe. Bo to zwykle oznacza chińskie pszczoły-podróbki, które starają się wytłuc nasze własne owady. Miód staje się towarem deficytowym. Tym bardziej doceniam krem z miodem do rąk. Na mróz nie ma nic lepszego. Miękki, ciepły, rozgrzewający, tłusty, ale dobrze się wchłania się, delikatnie pachnie miodem. A w składzie jeszcze olej z nasion orzechów brazylijskich. I jak tu nie pożądać NYR? London calling...


piątek, 30 listopada 2012

Wyzwanie - ekologiczna kolorówka

Nie jest trudno znaleźć kosmetyki ekologiczne do pielęgnacji, ale kosmetyki kolorowe to już inna sprawa. Nie ma standów w perfumerii. Trzeba szukać w internecie, kupować kolory w ciemno. Nie jest lekko, ale to nie oznacza, że nie można zrobić całego makijażu tylko przy pomocy kosmetyków ekologicznych. Proszę bardzo:
Korektor pod oczy polskiej firmy Pixie Cosmetics. Ma kremową, ale dość twardą konsystencję, niewielka ilość maskuje cienie pod oczami. Do tego podkład - krem koloryzujący firmy 100% Pure. Niestety do nabycia tylko przez internet z USA. Dostałam go od koleżanki. Kolor wybrałam całkowicie w ciemno, a okazał się idealny. Świetnie się rozprowadza, nie tworzy maski na twarzy.


Podkład trzeba teraz zmatowić. Idealnie matujący jest puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody. Jest całkowicie transparentny, ale nie polecam stosować go bez podkładu, bo wygląda się blado. Dobrze matuje też polski puder firmy Jadwiga. Ma lekko beżowy kolor i dodatkowo działanie przeciwbakteryjne. Bardzo wydajny. Do torebki nadaje się puder w kamieniu. Green People kupiłam na feelunique.com.
Mam też ekologiczne cienie od Alterry (kupiłam w Niemczech) i Almay (do nabycia w Anglii, dostałam od mojej nieocenionej koleżanki z Londynu, która też używa wyłącznie kosmetyków naturalnych). Oba cienie są bladoróżowe, lekko rozświetlają, oko wygląda świeżo. Róż Almay w kolorze cegły jest tak delikatny, że nie da się z nim przesadzić i wyglądać jak mieszkanka Moskwy.

Ekologiczne kredki do oczu niczym nie ustępują tym zwykłym. Mam dwie czarne kredki: alva (kupiona w sklepie ze zdrową żywnością Organic Farma) i Alterra (nabytek z Niemiec). Alva jest bardziej miękka, ale przez to łatwiej się rozmazuje. Alterra jest twardsza i kreska jest ostrejsza. Kredki UNE make up przez krótki czas były do nabycia w Douglasie w Arkadii w Warszawie, ale niestety stand (jedyny ekologiczny) został zlikwidowany. Jedna jest matowa beżowa i świetnie się sprawdza jako korektor, a druga bardziej błyszcząca zawiera mieniące drobinki. Lekko rozświetla oko.

Tusz to niestety najsłabsze ogniwo ekologicznych kosmetyków kolorowych. Alterra (z Niemiec) daje efekt naturalny. Zbyt naturalny. Prawie nic nie widać na rzęsach. Trochę lepiej prezentuje się 100% Pure. Rzęsy dają się pomalować, ale pod koniec dnia mam pod okiem pandę (tusz się osypuje). Wciąż szukam idelanej naturalnej mascary. Nie jest lekko.

Za to pomadki są całkiem niezłe. I wiem, że wraz z nimi nie zjadam ołowiu. Alterra w pięknym koralowym kolorze, Dr. Hauschka beżowo-złota i błyszczyk Alterry, który niestety znika błyskawicznie i trzeba często powtarzać aplikację.
Na zakończenie krótki przegląd pędzli: do różu niezastąpiony Essence, do pudru kanadyjski Blusche i dostępny w Rossmannie EcoTools.

środa, 28 listopada 2012

Bądź kreatywna!

Estee Lauder ogłosiła konkurs: bądź kreatywna! Łącz kolory, wybieraj stroje, kompletuj dodatki!.... Wybieram stroje, kompletuję dodatki codziennie rano przed wyjściem do pracy. Ale łącz kolory w wydaniu Estee Lauder to hazard zdrowotny. W najlepszym wypadku ucierpi na tym moja cera. Podkład zawiera silikony, więc może mi zapchać pory - wypryski gotowe. Cienie do powiek i pomadki mogą być nasycone nie tylko kolorami, ale i ołowiem. Tusz do rzęs z parabenami, lakier do paznokci z dibutylem ftalanu. A nie, przepraszam, Estee Lauder postanowiła w 2004 roku usunąć rakotwórczy dibutyl ftalanu z lakierów do paznokci. Ale zaraz, zaraz.... Estee Lauder chwali się, że od 20 lat wspiera kampanię na rzecz walki z rakiem piersi. Ciekawa ta walka - z jednej strony wspieramy badania nad lekarstwem na raka piersi, a z drugiej strony produkujemy kosmetyki zawierające rakotwórcze składniki. Może wypadałoby uświadomić konsumentki, na czym ta walka polega? Może za jakiś czas kolejne składniki okażą się rakotwórcze i amerykański koncern będzie je usuwać z kosmetyków oznaczonych różową wstążką?
Tymczasem ja jestem kreatywna - codziennie szukam kosmetyków kolorowych, których skład nie będzie dla mnie jak rosyjska ruletka. Parabeny są szkodliwe albo i nie. Badania trwają (jak to ładnie mówią w Komisji Europejskiej), a ja nie chcę być królikiem doświadczalnym.
Bezpieczny podkład i puder najłatwiej znaleźć - kosmetyki mineralne. Odcieni tyle, że nie mogę się zdecydować i wciąż zamawiam przez internet nowe próbki. Cieni do powiek też nie brakuje wśród kosmetyków mineralnych, a przynajmniej wiadomo, że bez ołowiu. Gorzej sprawa wygląda z tuszem do rzęs - moja kreatywność została wystawiona na ciężką próbę. Sprowadzałam tusze ekologiczne nawet z USA. Nie jest łatwo. Zwykle są bardzo delikatne, nietrwałe i pod koniec dnia się osypują (panda pod oczami). Ale się nie poddaję, w końcu jestem kreatywna! Jeżeli już bardzo chcę nieekologicznego tuszu, to przynajmniej dbam o to, żeby był bez parabenów. Przed operacją oczu kobietom nie wolno robić makijażu przez 48 godzin. Więc z moim oku przez cały tydzień tkwią resztki tuszu. Dlatego staram się robić kreatywne przerwy od makijażu w weekendy.
Kreatywnie też szukam ekologicznych błyszczyków i pomadek. W końcu je zjadam od rana do wieczora i nie mam ochoty konsumować tablicy Mendelejewa z metalami ciężkimi na czele, bo zostaną mi w wątrobie i nerkach przez najbliższe 20 lat.
Droga Estee Lauder, czy jestem wystarczająco kreatywna, żeby dostać nagrodę? Nie?! I bardzo dobrze, bo nic od Ciebie nie chcę. Jak zostanie wprowadzona linia z ecocertem, to pogadamy. A tymczasem idę kreatywnie poszukać nowych marek kosmetycznych, które zapewnią mi równie kolorowy makijaż, ale bez uszczerbku na zdrowiu.

niedziela, 18 listopada 2012

Aspiryna wielofunkcyjna

Dostałam dziś opakowanie amerykańskiej aspiryny. Gdy ktoś znajomy leci do USA zawsze proszę o przywiezienie pudełeczka. Jest dużo tańsza niż dostępna w Europie. Jednak tabletka jest trochę mniejsza, więc śmiało można brać 2 naraz (nie dotyczy uczulonych na aspirynę). Poza tradycyjnym zastosowaniem w bólach głowy, przeziębieniu, czy leczeniu objawów picia wina poprzedniego dnia, aspiryna to fantastyczny peeling do twarzy. 6-7 tabletek aspiryny amerykańskiej (3-4 europejskiej) rozgniatam łyżeczką na proszek. Dodaję niecałą łyżeczkę wody, żeby zrobiła się z tego papka (za dużo wody spowoduje, że peeling będzie spływał z twarzy). Nakładam papkę na umytą i osuszoną twarz, omijając okolice oczu i szyi. Trzymam ok. 10 minut. Potem delikatnie masuję twarz palcami i spłukuję. Efekt wygładzenia jest natychmiastowy.

środa, 14 listopada 2012

Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników

Czy będąc kobietą po trzydziestce należy się ostrzykiwać botoksem? Kobieca prasa daje mi dość mały wybór: albo botox albo drogie kremy. Ponieważ mdleję na widok strzykawki, skazałam się na drogie kremy. Jednak pewnego dnia kryzys zweryfikował zawartość mojej łazienki i zostałam postawiona przed koniecznością skreślenia jednego zera z ceny kremu. Znaleźć krem za 300 zł jest dość łatwo, ale za 30 już nieco trudniej. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób znajdę idealny krem dla siebie. Mogę obejrzeć słoiczek i powąchać krem (o ile tester się nie zagotuje na podświetlanej półce w drogerii). Mogę wsadzić palec do słoika, gdzie przede mną było 45 innych paluszków i tipsów, a następnie zaaplikować sobie ten koktajl bakterii na twarz. Zamiast wygładzenia zmarszczek należy oczekiwać uczulenia albo trądziku. 

Czym więc mam się kierować kupując kosmetyki i czego się po nich spodziewać? Czy mają ładnie pachnieć, wygładzać zmarszczki, czy może dobrze wyglądać w łazience na półce? Najlepiej wszystko naraz. Idealny krem ma pachnieć jak drogie perfumy, likwidować zmarszczki w jedną noc i mieć zgrabny słoiczek. Nie znalazłam niczego takiego do tej pory, ale intensywnie poszukuję, podobnie jak miliony kobiet na całym świecie. I dalej oglądam reklamy, gdzie kobieta o nieokreślonym wieku bez mrugnięcia okiem zapewni mnie o trwałym efekcie wygładzenia skóry. Zapomniała tylko dodać, że photoshopem.

Zawiedziona stanem portfela (żegnaj creme de la mer!) zaczęłam sceptycznie spoglądać na mój nowy tani krem, który miał zastąpić dotychczasowego "bentleya" kosmetycznego. Szukałam na opakowaniu czegoś, co mnie przekona do tej drastycznej zmiany. I nagle drobnym drukiem zobaczyłam napis: SKŁADNIKI (INCI). Dalej było litanie składające się z łaciny i chemii. Z chemią skończyłam w liceum, a z łaciną na I roku studiów. Jednak postanowiłam rozszyfrować tę tajemną listę (nie było łatwo, ale o tym później). Od tego momentu nic nie było już takie same (na szczęście tylko w drogerii). 

Lista składników INCI była moim olśnieniem. Okazało się, że większość kremów niewiele się od siebie różni, a cudownych wyciągów roślinnych jest tyle, co kot napłakał. Rewolucja na półce w łazience nie odbyła się z dnia na dzień, ale stopniowo wymieniłam wszystkie kosmetyki (szkoda mi było tak po prostu wszystkie wyrzucić). Nadal mam pachnące kremy w ładnych słoiczkach, ale wiem, co faktycznie w tych słoiczkach jest. Chętnie się tą wiedzą podzielę i będę wszystkich zachęcać do czytania listy składników.