piątek, 27 grudnia 2013

0%

Przyglądałam się przez Święta różnym prezentom kosmetycznym. Zauważyłam, że producenci już wyczuli, że klienci coraz bardziej zwracają uwagę na skład kosmetyków i zastosowali nowy wytrych. Zero procent. Na opakowaniach pojawia się duże 0%, a obok mniejszym drukiem dodatek, który paradoksalnie jest tu najważniejszy. Bo o jakie 0% chodzi? 0% czego? I tak na kremie do rąk znalazłam 0% alergenów i sztucznych barwników. Cóż, trudno byłoby kolorować krem, więc te sztuczne barwniki pasują tu jak kwiatek do kożucha. A co to za słowo: alergenów? Większość konserwantów to przecież alergeny, bo mogą uczulać. I co mamy na odwrocie kremu 0% alergenów i sztucznych barwników? Mamy kilka parabenów, Diazolidinyl Urea, Tetrasodium EDTA, a Paraffinum Liquidum nawet nie wspomnę.
A teraz szampon 0% parabenów i silikonów. Za brak silikonów szampon można pochwalić, ale brak parabenów w szamponie to nie jest jakieś spektakularne osiągnięcie, bo większość szamponów i tak ich nie zawiera. Gdyby nie było SLS-ów, to byłoby coś.
Znalazłam jeszcze krem pod oczy 0% alergenów, parabenów i brawników. I znów nie jestem do końca zadowolona, aczkolwiek doceniam wyeliminowanie parabenów z całej linii kosmetycznej.
Chciałabym przestrzeć przez pochopnych ufaniem zapewnieniom producentów pod hasłem 0%. Zero procent to ja mam alkoholu w soku pomarańczowym i to jest 100% prawdy. Co do kosmetyków, to nie obejdzie się bez czytania listy składników na odwrocie. Wtedy wiemy, czy 0% to prawda, czy tylko PR dla nieuważnych konsumentów.

wtorek, 17 grudnia 2013

Deficytowy MAC PRO

Pierwszy raz zobaczyłam tę kredkę w polskim sklepie MAC, jakieś 3 lata temu. To była limitowana edycja Pret-A-Papier. Wszystko było w kolorze beżowym. Podkłady, cienie, pomadki i błyszczyki. Były też dwie cieliste kredki. Jaśniejsza i ciemniejsza. Zanim się zdecydowałam na zakup - jaśniejszej już nie było. Kupiłam więc ciemniejszą. Okazała się bardzo przydatnym wielofunkcyjnym kosmetykiem (w nazwie zresztą ma multi-usages). Przede wszystkim fantastycznie miękka, ale wbrew pozorom bardzo wydajna (używałam jej przez ponad 2 lata). Doskonała do zamalowywania wszelkiej maści przebarwień, pryszczy i krostek. Na dolnej powiece (tzw. linia wodna) rozjaśniała oko, ale nie w sposób tak bardzo widoczny jak biała kredka. Wiedziałam już, że będę chciała kupić następną, tym razem jaśniejszą, ale tu zaczęły się schody. 
Kredka chromagraphic pencil w kolorze NC15/NW20 (jaśniejszy odcień) pojawiła się w polskich sklepach MAC jeszcze tylko jeden raz, też w limitowanej edycji i natychmiast została wykupiona. Spóźniłam się także i tym razem z jej zakupem. Jednak pewien wydziarany sprzedawca z MACa (który miał takie kolczyki w uszach, że nie mogłam na nie zbyt długo patrzeć, żeby nie zemdleć) powiedział mi, że kredka, której szukam, jest w ciągłej sprzedaży w sklepach MAC PRO (specjalistyczne sklepy dla profesjonalnych makijażystów, gdzie jest większy asortyment niż w zwykłych MACach). Najbliższy sklep MAC PRO znajduje się w Berlinie, Londynie, a potem w Nowym Jorku... Pozostało mi tylko czekać na wycieczkę do którejś z tych metropolii, pod warunkiem, że MAC PRO będzie mi tam po drodze. W Berlinie nie był, bo ugrzęzłam w drogerii dm i zachwycałam się Alverde. Ale za to w Londynie okazało się, że między Pałacem Buckingham a Oxford Circus jest MAC PRO. W ten oto sposób, po 3 latach polowania w kraju i za granicą, stałam się szczęśliwą posiadaczką chromagraphic pencil w pożądanym kolorze jasno-cielistym. 
MAC to nie jest ekologiczna firma, ale kredka ma nawet niezły skład. Widziałam dużo gorsze składy kredek Diora, czy Lancome'a. Chromagraphic pencil jest moim nieekologicznym wyjątkiem, którego próżno szukać wsród innych eko i nie-eko marek. Dopuszczam tego typu wyłomy, jeśli nie jest ich wiele, a ekologicznych zamienników po prostu nie ma. Nie jestem rusałką z gniazdem na głowie i nie chodzę ubrana w lniany worek na kartofle. Ale kremów Lancome, Chanel, czy Clinique na pewno nie będę używać, chyba że wprowadzą nową linię z ecocertem. 



piątek, 13 grudnia 2013

Londyńskie zakupy

Za bardzo nie zaszalałam, ale kupiłam kilka kosmetyków niedostępnych w Polsce. Na uwagę zasługuje dezodorant. 14 Funtów to niemało, ale skusiła mnie formuła dezodorantu w kremie i bardzo ładny skład. Poza tym dezodorant to jeden z kilku kosmetyków, gdzie większość ekologicznych wersji po prostu nie działa i trzeba naprawdę się naszukać czegoś porządnego. Pierwsze wrażenie to intensywny zapach olejków eterycznych na czele z miętowym. W słoiczku znajduje się gęsty grudkowaty krem, który w palcach robi się dość plastyczny i można go ładnie rozsmarować pod pachami. Aplikacja jest dość niekonwencjonalna, ale wbrew pozorom nieskomplikowana. Ta konsystencja papki (żeby nie powiedzieć zaprawy murarskiej;)) nawet mi się spodobała. I trzeba przyznać, że dezodorant działa, ale nie należy oszczędzać. Porcja ma być wielkości orzecha włoskiego, a nie laskowego. 
Serum do twarzy Pukka również ma bardzo dobry skład. Wręcz wzorowy. Nazwa produktu brzmi: radiance serum, organic aloe vera & manuka honey revitalising formula. I co mamy na pierwszy miejscu w składzie? Sok z aloesu, a na drugim miód manuka. Coś takiego zdarza się rzadko, nawet w kosmetykach ekologicznych. Gdyby wszyscy producenci oznaczali swoje produkty według listy składników, to większość kremów ze stajni L'oreala bez względu na cenę i markę nazywałaby się krem z oleju mineralnego, emulgatorów i konserwantów. I to jest właśnie zasadnicza różnica między tym, czym karmią nas koncerny w reklamie a listą składników, gdzie widać, z czego tak naprawdę składa się krem. 
Na koniec włoski zestaw: krem do rąk i balsam do ust. Krem fajny, ma świetny zapach, taki trochę jak męskie perfumy, bardzo mi odpowiada. Szybko się wchłania i basta. Balsam słaby, zwłaszcza na zimę. Ma bardzo lekką konsystencję, a ja wolę coś bardziej tłustego. Po kilku minutach znów mam suche wargi i trzeba powtórzyć aplikację. Co niniejszym czynię.




niedziela, 1 grudnia 2013

Pozdrowienia z Londynu

Moja koleżanka, mieszkanka Londynu, której cała rodzina używa wyłącznie kosmetyków ekologicznych, zabrała mnie do swojej ulubionej drogerii. Naszym zachwytom nie było końca. Nagle znalazlam się w sklepie, gdzie na każdej półce leżały produkty o idealnych składach, a my mogłyśmy wąchać, próbować i przebierać pośród kosmetyków. Czułyśmy się jak pięciolatki w sklepie z zabawkami. Tam jest dosłownie wszystko, od pielęgnacji, przez kolorówkę, po perfumy. 
A teraz dobra informacja dla fanek kosmetyków naturalnych z Polski. Sklep ma swoją stronę internetową www.beingcontent.com i wysyła do Polski za darmo. Udanych zakupów!



czwartek, 14 listopada 2013

Ostrożnie z mydłem?

W ostatnim numerze Polityki ukazał się ciekawy tekst na temat atopowego zapalenia skóry. Przyczyna tej choroby nie jest do końca znana. Skóra staje się sucha, łuszczy się, potrzebuje nawilżenia i natłuszczenia. Zaciekawiła mnie przytoczona w treści artykułu konkluzja naukowców z L'oreal, że zbyt częste mycie może doprowadzić do usunięcia pożytecznych bakterii z powierzchni skóry i tym samym przyczynić się do atopowego zapalenia skóry. Naukowcy z L'oreal powinni raczej przyjrzeć się bliżej składnikom stosowanym w ich kosmetykach, to może udałoby się im znaleźć przyczynę choroby. Składniki mydła, czy żelu pod prysznic same w sobie mogą być na tyle agresywne, jakbyśmy myli się płynem do mycia naczyń. Skóra pozbawiona zostaje dosłownie wszystkiego. A raczej nie potrzebujemy w codziennej higienie mocnego szorowania, jak po taplaniu w błocie.
Należałoby zacząć od składu samego mydła. Oparte o sodium tallowate zawsze będzie wysuszać skórę i powodować w najlepszym razie jej swędzenie i łuszczenie. Tego składnika unikam w mydłach w kostce. W żelach pod prysznic unikam sodium laureth sulfate. Dla mnie najlepszym kosmetykiem do mycia jest syryjskie mydło aleppo.
Również nie jestem zwolenniczką zbyt częstych kąpieli. Uważam, że kąpiel czy prysznic raz dziennie wystarczy, chyba że mamy do czynienia ze zwiększonym wysiłkiem fizycznym, czy podróżą PKP lub PKS. Za każdym razem, gdy wysiadam z pociągu mam wrażenie, jakbym się nie myła z tydzień, ale to odrębny temat.
Teza o zbyt częstym myciu może wydać się kontrowersyjna, ale moim zdaniem jeden prysznic dziennie (zamiast dwóch) w zupełności wystarcza. A przy okazji pożyteczne bakterie na skórze, które docenili nawet naukowcy z L'oreal, uchronią nas przed atopowym zapaleniem skóry.


wtorek, 12 listopada 2013

Drobne zakupy

Nie są to kosmetyki z ekologicznej górnej półki, ale gdy nie mam ochoty szukać w internecie albo nie chce mi się czekać na przesyłkę, idę do Rossmanna i patrzę, które kosmetyki w dobrym składem są aktualnie w promocji. W ten sposób kupiłam płyn do higieny intymnej za 3,49 zł, żel pod prysznic z certyfikatem BDIH za 5,99 zł i nowy kokosowy peeling do ciała Alterry za 6,99 zł.
Płyn do higieny intymnej nie ma certyfikatu, ale jego skład można zaakceptować. Jest łagodny, ma delikatny zapach, nie zawiera żadnych SLS-ów. Kwas mlekowy jest w środku listy składników, a nie na końcu, jak w wielu innych.
Nad żelem pod prysznic nie ma się co rozpisywać. Stosuję go od lat, nieźle się pieni, lubię waniliowo-pomarańczowy zapach. Peeling do ciała nie zawiera typowych peelingujących drobinek, ale wiórki kokosowe, więc nie wyszorujemy nim ciała i nie zmiękczymy szorstkich stóp, ale nadaje się do codziennej pielęgnacji pod prysznic. To raczej delikatny masaż ciała pod prysznicem, a nie drapanie solą, czy cukrem. 
Wszystkie te produkty mają przyzwoity skład, są niedrogie i łatwo dostępne. Zawsze to lepsza alternatywa dla całej masy kosmetyków nafaszerowanych agresywnymi, wysuszającymi skórę SLS-ami, od których uginają się drogeryjne półki. 



niedziela, 10 listopada 2013

Z niemieckiej apteki

Prawie w każdej polskiej aptece można dostać balsam do ust Tisane, a w pierwszej lepszej niemieckiej aptece znajdziemy Lippen Balsam. Słoiczek i konsystencja podobne, ale niemiecka wersja ma lepszy skład od naszego. Tisane zawiera m.in. petrolatum (co w balsamów do ust jestem w stanie przeżyć) oraz propylene glycol (którego unikam w kosmetykach). 
Lippen balsam oparty jest o olej z orzechów arachidowych. Bardzo dobrze nawilża i odżywia usta. Jest dość gesty i pachnie miodem. Ze względu na mało higieniczny słoiczek nie noszę go w torebce i używam tylko w domu. Chciałabym, żeby wiecej takich małych skarbów było dostępnych w Polsce.



sobota, 9 listopada 2013

Lektury na jesień

tym roku w wyniku splotu rożnych okoliczności (czyli niespodzianek, jakie niesie życie) postanowiłam nadrobić zaległości książkowe. Postanowiłam czytać jedną książkę tygodniowo, czyli 52 książki w ciągu roku. Cel prawie osiągnięty, ale do końca roku jeszcze prawie dwa miesiące, więc przyjdzie czas na podsumowanie. 
Oto lista moich jesiennych lektur, część już przeczytana, niektóre czekają w kolejce:
Boris Vian "Piana złudzeń" (także pod tytułem "Piana dni") - surrealistyczny melodramat. Głównej bohaterce rośnie lilia w płucach. Wolę Viana w wersji "Kręciek i plankton" z błyskotliwymi dialogowi między Majorem i Niezgódką.
Irwin Shaw "Hotel Świętego Augustyna" - pochwała hedonistycznego trybu życia. Od portiera w podłym hotelu do rentiera pijącego szampana w szwajcarskich kurortach. Szkoda, że w życiu interesy nie idą tak gładko, jak głównemu bohaterowi.
Antonine de Saint-Exupery "Mały książę" - Nie trzeba rekomendować. Warto wrócić do ponadczasowych cytatów. 
Terry Pratchett "Spryciarz z Londynu" - czeka w kolejce, spodziewam się błyskotliwych dialogów, które sprawią, że będę się głośno śmiała, tak jak przy "Blasku fantastycznym", czy "Kolorze magii". Nie przepadam za fantastyką, ale Pratchett to mój wyjątek od tej reguły.
Danuta Wałęsa "Marzenia i tajemnice" - w trakcie i szczerze mówiąc nie zachwyca. Jest słabo napisana. Cieżko się czyta. Pomimo interesujących faktów (także historycznych) brakuje wciągającej narracji.
Elizabeth Gilbert "I że Cię nie opuszczę..." - pierwsza część "Jedz, módl się i kochaj" czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Przy drugiej części ugrzęzłam w połowie i nie mogę ruszyć dalej. 
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe" - czeka w kolejce i nie mogę nic jeszcze powiedzieć, ale spodziewam się wciągającej lektury.
Lew Starowicz "O miłości" - na ten temat też niewiele mogę jeszcze powiedzieć;)


poniedziałek, 21 października 2013

Lista (nie)życzeń

Nie wszystko złoto, co się świeci i nie każdy ekologiczny kosmetyk jest fajny. 
Tym razem lista moich niewypałów, kosmetyków, których nie polecam, choć mają dobry skład. 
1. Dezodorant crystal essence lawendowy - co ciekawe, inne wersje zapachowe były w porządku, ten nie działa w ogóle. Miałam wrażenie, jakbym rano niczego nie użyła. Więcej go nie kupię.
2. Płyn do demakijażu oczu alverde - szczypie w oczy, dwie fazy nie chcą się wymieszać, przez co jest tępy w użyciu, słabo działa i trzeba się napracować, żeby usunąć tusz do rzęs.
3. Balsam do ust alverde - firmę generalnie lubię, ale z wyjątkiem tych dwóch produktów. Balsam znika z ust w błyskawicznym tempie, więc trzeba powtarzać aplikację, co zakrawa na nerwicę natręctw, a i tak mam wrażenie, że wargi są suche i spierzchnięte.
4. Odżywka do paznokci Alterra - na szczęście niedostępna w polskich Rossmannach (kupiłam w niemieckim). Nie mam pojęcia, po co jest ten produkt. Z paznokci odżywka po prostu znika po pomalowaniu, skórek nie nawilża. 
5. Lakier do paznokci Zoya - bez formaldehydu, bez ftalanów, bez toluenu i bez sensu. Nie da się tym pomalować paznokci, zostawia okropne smugi, które po wyschnięciu jeszcze bardziej widać. Do tego w krótkim czasie się paskudnie rozwarstwił (na zdjęciu widać pływający na powierzchni olej). To było ostatnie zdjęcie w życiu tego lakieru. Aktualnie jest w koszu na śmieci. 




wtorek, 1 października 2013

Fałszywa różowa wstążka

W październiku nie mówi się o niczym innym, jak o raku piersi. Nagle pojawia się różowa wstążka, którą uśmiechnięte konsultantki wpinają w płaszcze zdezorientowanych klientek perfumerii. Kilka firm kosmetycznych trąbi o profilaktyce i zachęca do zrobienia USG. 
Ja też zachęcam do zrobienia badania USG piersi, ale oprócz tego zachęcam do zaprzestania używania kosmetyków z parabenami. To jest dla mnie profilaktyka. Badania nad szkodliwością parabenów przypominają trochę partyzantkę. Koncerny kosmetyczne skutecznie blokują publikację wyników badań negatywnych dla parabenów i jednocześnie promują badania z nader odkrywczą konkluzją, że jednoznacznie nie wiadomo, czy parabeny powodują raka piersi, trzeba zrobić więcej badań, w sumie to może trochę są szkodliwe, ale w kosmetykach występują w niewielkich ilościach, więc nie ma się co przejmować. 
Co to za poparcie walki z rakiem piersi, a zarazem stosowanie rakotwórczych składników w kosmetykach? Dlatego wolałabym, żeby Avon zamiast organizować marsz różowej wstążki, usunął ze swoich kosmetyków wszystkie kontrowersyjne składniki. Z parabenami na czele.


piątek, 20 września 2013

Mydło w góry

Po ostatnich trzech miesiącach, kiedy to 3 razy byłam w Dolinie Pięciu Stawów, piątkowy wieczór spędzam nie w restauracji, nie w kinie, ale w największym w mieście Decathlonie i oglądam nieprzemakalne spodnie i kurtki planując kolejny wyjazd w Tatry. I w tej właśnie uroczej scenerii dwupiętrowego sklepu sportowego natknęłam się na wiszące sobie niepozornie pośród kubków termalnych i karabinków takie oto wielofunkcyjne mydło w płynie z certyfikatem ecocert. Oczy mi się zaświeciły i czym prędzej zaczęłam czytać ulotkę. 
Pojemność 100 ml może wydawać się niewielka, ale jeśli mamy to wziąć w góry, jest w sam raz. Okazuje się, że jest to mydło, szampon, płyn do prania i płyn do mycia naczyń. Certyfikat ecocert oznacza w tym przypadku, że nie zaszkodzi nie tylko nam, ale i środowisku naturalnemu. Skład fantastyczny - mydło marsylskie na bazie biologicznego oleju palmowego, z dodatkiem olejku lawendowego. Jeden korek na 10 litrów wody wystarcza do prania, a pół korka do mycia naczyń. Jest zalecenie, aby mydło przechowywać w temperaturze powyżej 8 stopni Celsjusza. W sam raz na trekking. Do zobaczenia na szlaku:)

sobota, 7 września 2013

Aleppo

Nie będę debatować o konflikcie w Syrii, choć nigdy nie wiadomo, jak potoczą sie wypadki. Historia uczy, że takie wypadki nie kończą się dobrze. Nie o tym jednak chciałam napisać. Poza tym, że zwyczajnie boję się skutków takiego konfliktu międzynarodowego, w Syrii produkuje się najlepsze, moim zdaniem, mydło w kostce. Mydło Aleppo. Żadne marsylskie wymysły żabojadów. Słono-morski zapach nie uwiódł mnie od razu, ale dziś jestem od niego niemal uzależniona. Mydło nadaje się do mycia całego ciała, od stóp do głów. Doskonale natłuszcza. Jeśli po kąpieli z tym mydłem nie używam balsamu do ciała, nie mam uczucia ściągniętej i suchej skóry. 
Wobec niepokojąco dynamicznego rozwoju wypadków na arenie międzynarodowej, robię zapasy mydła. Kolejne kostki leżą na półkach z bielizną. Przy okazji to świetna ochrona przeciw molom. Mam nadzieję, że miasto Aleppo będzie mi się nadal kojarzyło z tym cudownym mydłem, a nie z wojną. Czas pokaże. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Alverde - uwielbiam!

Niestety niedostępne na polskim rynku, ale do nabycia w Niemczech i w Czechach. Można też kupić przez Allegro, ale nic tak nie cieszy, jak samodzielne buszowanie po półkach sklepowych, oglądanie i wybieranie kosmetyków. A naprawdę jest w czym wybierać. Alverde to ekologiczna marka własna niemieckiej sieci drogerii dm. Tak jak Rossmann ma Alterrę, tak dm ma Alverde. Z tym że w mojej opinii Averde jest dużo lepsze od Alterry. Skład kosmetyków jest bez zarzutu. Do tego ceny nieprzekraczające kilku Euro. Niemcy mają długoletnią tradycję, jeśli chodzi o kosmetyki ekologiczne i stać ich na to, żeby stworzyć niedrogą, łatwo dostępną markę kosmetyków z dobrym składem. 
Najchętniej wzięłabym cały asortyment, ale ograniczony budżet i minimalistyczne zasady mnie skutecznie powstrzymały. Ograniczyłam się do kosmetyków, których aktualnie mi brakowało, ale i tak dorzuciłam kilka ekstra. 
W górnym rzędzie od lewej stoi pianka do włosów, która jest świetna do rozpuszczonych włosów, lekko ukladających się. Latem nie używam suszarki, więc same sobie schną, a pianka powoduje, że mam na głowie lekki artystyczny nieład (że niby właśnie wstałam z łóżka, ale fryzura jest ułożona w misterne fale). Szampon i odżywka też w sam raz na lato, oba produkty nie obciążają włosów, są bardzo lekkie. Odżywka nie nadaje się do zniszczonych włosów, bo będzie za słaba.
Kupiłam dwa żele pod prysznic, zabieram je ze sobą na basen, bo w domu używam mydła w kostce (Aleppo albo marsylskiego, czyli mydło szare z Syrii lub Francji). 
Płyn do płukania ust - tu przyznaję, że mnie poniosło, bo mogłam poprzestać na paście do zębów, ale nie mogłam się powstrzymać. Jeszcze zaklejony, nieużywany. Pod płynem stoi pasta do zębów (5 in 1 zahncreme), która, co ciekawe, jest z fluorem. Większość ekologicznych past do zębów jest bez fluoru. Aktualnie mam Laverę bez fluoru i używam naprzemian z fluorem i bez, więc Alverde będzie następna.
W dolnym rzędzie od lewej stoi mini tonik matujący do cery tłustej. Faktycznie matuje. Tonik nie uważam za niezbędny kosmetyk, ale ten jest naprawdę dobry, więc nie wykluczam, że kupię większą buteleczkę, jak będę miała okazję.
Mini masło do ciała jest wygodne w podróży albo służy jako krem do rąk w torebce. Też mogłabym kupić większe opakowanie następnym razem. Dezodorant ujął mnie delikatnym zapachem. Jeszcze go nie używałam, więc nie wiem, jak działa. Nie liczę na 24h Wirkung (24-godzinne działanie) - jak to opisuje producent. Wystarczy mi większość dnia.
Ostatni produkt do włosów to coś w rodzaju odżywki w spraju. Lekka formuła, cudny zapach. Szczerze mówiąc nie musiałam tego kupować, ale wzięłam ze względu na zapach właśnie. Coś w rodzaju perfum do włosów. 
Rewelacyjny jest krem pod oczy. Wystarczająco tłusty, ale szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż. Czuję, że to będzie jeden z moich faworytów pod oczy. 
Krem do rąk lekki, na codzień, raczej na lato, bo na zimę wolę bardziej tłusty. 
Ostatni za pastą do zębów stoi krem do stóp. Jest fantastyczny, chłodzi, nawilża, szybko się wchłania, pachnie miętowo. 
Ze wszystkich zakupów jestem oczywiście bardzo zadowolona. Alverde mogę kupować w ciemno.

sobota, 10 sierpnia 2013

Wprost i ekoterroryści

W ostatnim numerze tygodnika Wprost natrafiłam na dość intrygujący artykuł o tym, jacy to okropni są ekofundamentaliści. Myją się szarym mydłem, we włosy wcierają pokrzywy, dzieci noszą w chustach i nie mają kanalizacji w domu. Jeden nawet chce założyć nowy związek wyznaniowy - religię równowagi wszystkich żyjących istot. Ale to jeszcze nic. W tzw. ramce pod hasłem "ekologia nie jest tania" autorka artykułu wymienia typowe ekologiczne zakupy: kubeczki menstruacyjne (sama nazwa działa na mnie jak płachta na byka), pieluchy tetrowe (jedyne akceptowalne dla mnie zastosowanie to jako miękka szmatka do polerowania sreber), orzechy piorące (nie używam i nawet nie zamierzam), szare mydło (jeśli to jest jedyna ekologiczna opcja do mycia ciała to niestety autorka artykułu nie ma pojęcia o ekologii), ubranie z bawełny ekologicznej (H&M ma podkoszulek z bawełny ekologicznej w cenie 39,90, a nie 99 zł - jak podano w artykule).
Artykuł uważam za krzywdzący i kłamliwy, szczególnie dla tych, którzy chcą być eko, ale nie wiedzą, od czego zacząć. Po lekturze Wprost na pewno nie będą chcieli zacząć. Nie uważam się za guru ekologicznego trybu życia, ale trzymam się kilku zasad, które polecam nie tylko redakcji Wprost:
- stosuję ekologiczne kosmetyki, przede wszystkim czytam listę składników, żeby wyeliminować kosmetyki zawierające składniki potencjalnie rakotwórcze;
- zamiast kupować dżem truskawkowy w sklepie z dodatkiem niezliczonej liczby konserwantów, robię własny składający się z truskawek i cukru;
- nie mam w domu telewizora - po prostu w pewnym momencie przestałam oglądać, a dalej przestałam opłacać kablówkę i cieszę się z zaoszczędzonych pieniędzy;
- plastikowe reklamówki używam do śmieci;
- biorę prysznic - nie mam wanny i wcale za nią nie tęsknię;
- wyciągam ładowarki z kontaktu, jeśli nie ładuję telefonu;
- zakręcam kran gdy myję zęby;
- noszę ze sobą bawełnianą torbę na zakupy (którą regularnie piorę w pralce!);
- drukuję obustronnie (na brudno);
- zużyte baterie wyrzucam do specjalnych pojemników;
- używam ekologicznych środków czystości, ale w razie potrzeby mam też w domu domestos.
Nie oznacza to, że zamierzam przystąpić do jakiejś sekty ekofundamentalistycznej, bo mieszkam w bloku z kanalizacją i windą, jeżdżę samochodem (zapewniam, że nie hybrydowym, ale przynajmniej mało pali), nie mam własnego ogródka z marchewką i pomidorami, ale na parapecie podlewam rozmaryn w doniczce. Nie popieram transportu konnego do Morskiego Oka, ale nie rzucam się na turystów w wozach ciągnionych przez zmęczone konie. Staram się nie kupować kolejnej pary butów, jeśli mam w czym chodzić, ale nie oznacza to, że cała moja garderoba składa się ze 50 rzeczy.
Generalnie nie jestem rusałką z gniazdem na głowie ubraną w lniany worek po kartoflach, która myje się szarym mydłem (nota bene bardzo lubię roślinne szare mydło, ale zdecydowanie wolę Aleppo - to takie szare mydło z Syrii), odżywia się kiełkami i plecie koraliki z żurawiny (z niej akurat robię nalewkę). Autorka artykułu we Wprost zarzuca eko-Polakom, że zatracają granicę między tym, co zdrowe, a tym, co niebezpiecznie przypomina chorobliwą obsesję. Obawiam się, że jej samej niebezpiecznie zabrakło w pisaniu obiektywizmu i zdrowego rozsądku.



środa, 31 lipca 2013

Jeden składnik

Zasada jednego składnika kusi mnie nie tylko w kosmetykach, ale i w jedzeniu. Oto najnowsze nabytki, tym razem z Niemiec:
- syrop z agawy. Składniki: syrop z agawy i kropka. Żadnych konserwantów, barwników, emulgatorów i innych zagęstników. Zdrowa alternatywa dla cukru. W Polsce niestety wciąż drogi, a w Niemczech jedynie 2,65 Euro.
- pasta sezamowa. Składniki: zmielony sezam, bez cukru, bez soli. Sama pasta sezamowa nie jest najsmaczniejsza, ale stanowi dobrą bazę do sosów. Zamierzam poeksperymentować z pastą z sosem gorgonzola i orzechami. Myślę, że pasta sezamowa się tam doskonale odnajdzie. Najdroższa w zestawie: 2,75 Euro.
- mus orzechowy. Składniki: zmielone orzechy z ekologicznych upraw. Bezskutecznie poszukiwałam masła orzechowego bez soli i cukru. Mus ma dość lejącą konsystencję, ale daje radę. Cena 1,95 Euro.
Wciąż brakuje mi w Polsce dobrze zaopatrzonych sklepów ze zdrową żywnością bez bandyckiej marży. Niemieckie Rossmanny i drogerie dm są niedoścignionym wzorem. Wprawdzie w polskich Rossmannach pojawiają się ekologiczne przetwory (najlepsze zielone pesto do pomidorów z mozarellą kupuję właśnie tam), to jednak oferta za Odrą jest o wiele bogatsza. Pozostają mi więc wycieczki do Berlina. Mam ogromny sentyment do tego miasta i chętnie tam wracam, ale mieszkać na stałe bym jednak nie chciała. 

sobota, 27 lipca 2013

Pozytywne zaskoczenie

Cztery pory roku do tej pory omijałam z daleka. Balsamy do ciała oparte o parafinę, nafaszerowane PEG-ami, parabenami i sztucznym zapachem. A tu nagle wchodzę do Rossmanna i widzę nowość: linia ecodermine, 95% składników pochodzenia naturalnego. Oczywiście mnie to nie przekonuje, ale z nadzieją odwracam opakowanie, żeby zajrzeć do listy składników. Brawo za rozróżnienie kolorystyczne: składniki pochodzenia naturalnego są na zielono, a pozostałe na czerwono. Stąd od razu widzę konserwant Phenoxyethanol. Nie mam nic przeciwko niemu, choć nie jest on moim ulubieńcem, ale na końcu składu może być. Balsam oparty jest o glicerynę, olej kokosowy i masło shea, do tego przyjemnie pachnie żurawiną. Produkt polski i niedrogi (ok. 11 zł). Był jeszcze inny balsam do ciała z tej linii, ale w składzie miał Propylene Glycol, więc mnie to nie interesuje. Ale ten żurawinowy ujędrniający bardzo mi się spodobał. 


czwartek, 4 lipca 2013

Made in England

Marzy mi się kupić w Polsce In Style albo inną prasę kobiecą, w której znajdę tak cudowną miniaturkę. W zasadzie to nie jest miniaturka kremu tylko pełnowartościowy produkt - krem o pojemności 50 ml, do tego w cenie gazety. Niestety u nas nie spotkałam nigdy choćby próbki w kolorowej prasie kobiecej jakiegokolwiek ekologicznego kosmetyku. Obecnie bardzo rzadko zdarza mi się kupować kolorowe miesięczniki. Z kilku powodów. Są drogie. Artykuły się powtarzają. A załączonych próbek kosmetyków nie używam, bo ich skład mi nie odpowiada. Napisałam nawet kiedyś do Twojego Stylu po tym, jak w jednym numerze pokazano kilka kosmetyków ekologicznych, że fajnie byłoby stworzyć taki cykl. Niestety redakcja dopisała mi, że to tylko było jako ciekawostka, bo nie przewidują cyklicznych artykułów o kosmetykach ekologicznych. Ciekawostka o zdrowych kosmetykach, a przez resztę roku będziemy się faszerować chemią. Cóż, nie polemizowałam z nastawieniem redakcji TS. Przestałam kupować ten miesięcznik. 
Dzięki mojej nieocenionej koleżance z Londynu mam przed nosem lipcowe wydaje brytyjskiego In Style, gdzie obok reklamy Lancome jest reklama Neal's Yard Remedies. Można? Można. Tylko trzeba chcieć. Kosmetyki ekologiczne to nie jest ciekawostka, tylko alternatywa, konkurencja, inny produkt na tym samym rynku kosmetycznym. Jedno drugiemu nie wadzi. Szkoda, że polskie dziennikarki urodzone nie mają o tym pojęcia. 



czwartek, 27 czerwca 2013

Olejek do twarzy z perfumerii

Dla tych, którzy kochają ładne opakowania i drogie marki kosmetyczne mam olejek Clarins do twarzy. Jak na konwencjonalną markę (czyli nie stricte ekologiczną) to muszę pochwalić ten produkt. Oparty jest o olej z orzechów laskowych. Do tego olejek paczulowy i słonecznikowy. Minusem jest to, że olejek jest perfumowany, a więc nie wiemy do końca, co jeszcze kryje się w składniku "parfum". Nie nazwałabym też tego olejkiem mianem orchidei. Wprawdzie zawiera ekstrakt z orchidei, ale jest on wymieniony pod koniec listy składników, czyli nie ma go zbyt wiele. 
Mimo to uważam, że olejek jest wart polecenia, choćby po, by przekonać się do stosowania olejków do twarzy zamiast kremu na noc. Olejek ma wygodny aplikator i można sobie go dowolnie dozować. Cena raczej odstrasza (149 zł za 30 ml), ale  w końcu kartonik, torebka papierowa z Sephory i kilka próbek (które potem zalegną gdzieś na półce w łazience) - też kosztują;)


sobota, 1 czerwca 2013

Mydło siarkowe

Tani i sprawdzony sposób na czyste plecy. Kiedyś to mydło oparte było o sodium tallowate, czyli łój pochodzenia zwierzęcego. Dziś na szczęście zmieniono recepturę i zastąpiono go olejem palmowym. Myję tym mydłem tylko plecy, czasami twarz. Pleców nie należy potem traktować żadnymi balsamami do ciała. Nic im nie będzie, nie wysuszą się nadmiernie. Co ciekawe, mydło to jest prawie dwa razy tańsze w Rossmannie niż w SuperPharm. Można też je dostać w hipermarketach (ale tam rzadko bywam, bo te sklepy są dla mnie za duże).

piątek, 31 maja 2013

TK Maxx szaleje

W TK Maxx coraz większy wybór kosmetyków ekologicznych. Oczywiście za każdym razem trzeba sprawdzać datę ważności i czy opakowanie nie jest uszkodzone, ale udało mi się znaleźć takie oto perełki:

Tusz do rzęs Logony w komplecie z czarną kredką. Wprawdzie go nie kupiłam, bo najpierw muszę zużyć ten, który mam, ale warto wiedzieć, że można tam upolować ekologiczny tusz. 



To chyba najtańszy olejek arganowy, jaki widziałam na rynku. Do tego bez żadnych dodatków, w szklanej buteleczce, dobrze zamknięty. 


Wzięłam oczywiście mydło marsylskie, które w oczekiwaniu na swoją kolej w łazience, leży w bieliźniarce. 


Cała seria żeli pod prysznic, balsamów do ciała, szamponów z dobrym składem. Kupiłam pomarańczowy balsam do ciała. Przyjemnie pachnie i błyskawicznie się wchłania. 

Neobio to moje nowe odkrycie. Słyszałam o tej niemieckiej firmie, ale do tej pory nie miałam okazji przetestować tych produktów. Mam szampon, krem na dzień i balsam do ciała. Ze wszystkich trzech kosmetyków jestem bardzo zadowolona. Szampon do włosów przetłuszczających jest fantastyczny, lekki, nie obciąża włosów. Balsam do ciała z chilli i pomarańczą już prawie zużyłam, bo ma taki piękny zapach. Z kolei krem na dzień do skóry mieszanej jest bardzo lekki i nadaje się pod makijaż. 

W ten sposób TK Maxx stał się moją ulubioną drogerią. No, przynajmniej wtedy, kiedy pojawiają się tam takie rzeczy...

wtorek, 21 maja 2013

Egipska magia

Sam tytuł jest dość niefortunny, bo szczerze mówiąc krem ma raczej niewiele wspólnego z Egiptem. Zresztą słyszałam o nim nie w Egipcie, a w Anglii. Zaintrygowała mnie krótka, ale bardzo treścią lista składników. Zaczęłam czytać w sieci różne recenzje i opinie na temat kremu. Doszukałam się nawet, że jest to jeden z ulubionych kremów Madonny. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale byłam mocno zaciekawieniona, zwłaszcza że podobała mi się lista składników. W końcu dostałam od mojej niedocenionej koleżanki z Anglii próbkę tego kremu. 
Pierwsze wrażenie jest dość dziwaczne, bo według opisu na opakowaniu krem trzeba rozetrzeć w dłoniach, dzięki czemu przybiera on nieco oleistą postać. Oznacza to, że nie nadaje się na dzień, bo jest zbyt tłusty. Zastosowałam więc go na noc. Faktycznie jest tłusty (widać od razu, że zawiera oliwę z oliwek) i trzeba odczekać, żeby nie wetrzeć go w poduszkę. Po dwóch użyciach nie mogę mówić o spektakularnych efektach, ale jeśli będę miała okazję, to pewnie go kupię. Nie jestem uczulona na miód, ani pyłek kwiatowy, czy inne pochodne miodu (to pozostałe składniki po oliwie z oliwek), więc śmiało mogę go używać. Skóra po kremie była bardzo dobrze nawilżona. Zupełnie jednak nie rozumiem egipskiego wątku w nazwie. Cóż, ale przecież reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników... 


środa, 15 maja 2013

Wina warte polecenia

I nie chodzi tu wcale o żadną winną kurację kosmetyczną, tylko o wytrawne czerwone wino do kolacji. Nie pijam innych win poza wytrawnymi. Preferuję czerwone, w upalne lato - białe. 
Australijski Penfolds to uznana marka. Generalnie jestem zdania, że jeśli shiraz to tylko z Australii. Na tym winie się nigdy nie zawiodłam. Jak większość win z tzw. Nowego Świata, butelka jest zakręcana. Do kupienia w Realu, cena ok. 65 złotych. W restauracjach spotkałam się z tym winem w cenie nawet 28 złotych za kieliszek. 


A tu mamy hiszpańskie wino z Biedronki za 19,99 złotych. Niestety ostatnio coraz trudniej je spotkać w Biedronce. To nie pierwsze i z pewnością nie ostatnie wino z Tego dyskontu, które dobrze smakuje i jest w świetnej cenie. Ne oznacza to, że wszystkie wina z Biedronki są doskonale. Większość jest słaba, ale takie perełki się zdarzają i warto ich poszukać. 

Włochy, czyli klasyka gatunku. Doskonałe primitivo za 40 złotych. Do nabycia w wybranych sklepach z winami. Lekko porzeczkowy smak, wspaniałe uzupełnienie do pasty albo risotto (gdy w końcu opanowałam sztukę ugotowania ryżu arborio, risotto stało się jednym z moich ulubionych dań). 
Każde z tych win jest nieco inne, ale wszystkie dobrej jakości. Mogą spokojnie poleżeć w oczekiwaniu na odpowiednią okazję. 

środa, 8 maja 2013

Tea tree kontra chemia

Jako zwolenniczka kosmetyków naturalnych omijam szerokim łukiem "normalne", czyli nafaszerowane chemią kremy. Czasami jednak są problemy do rozwiązania, które wymagają sięgnięcia po mocniejsze specyfiki. Nie, nie mówię o botoksie. Mdleję na widok igły, więc o ile nie zmusza się mnie do pobrania krwi, na własne życzenie nie pozwalam się kłuć. Mam na myśli trądzik, wypryski, niedoskonałości, jakkolwiek nazywać pryszcze. Niestety nie mają one nic wspólnego z wiekiem. Uważam nawet, że ze względu na tłustą cerę, będę mieć mniej zmarszczek, ale za to trądzik do emerytury. Wystarczy grypa, czekolada, za dużo słońca i już patrzę z niepokojem w lustro.
Na pojedyncze wypryski sprawdza się olejek z drzewa herbacianego. Ma przyjemny zapach, nie trzeba go rozcieńczać, można aplikować bezpośrednio na skórę. Najlepiej stosować na noc, chyba że komuś przeszkadza jego intensywny zapach (osobiście go bardzo lubię). Jednak jeśli mamy do czynienia ze zmasowanym atakiem wyprysków, olejek sobie z nimi nie poradzi. I tu następuje wyłom z ekologii, bo sięgam po krem Avene Triacneal. Skład nie jest idealny, ale przynajmniej nie ma najbardziej szkodliwych konserwantów. Jest za to kwas glikolowy, który złuszcza naskórek i redukuje drobne wypryski. Krem stosuję na noc na całą twarz, omijam okolice oczu i szyję. 
Warunkiem jednak powodzenia jakiejkolwiek kuracji antytrądzikowej jest trzymanie się z dala od własnej twarzy. To najprostszy, a zarazem najtrudniejszy etap pozbywania się wyprysków. Polecam wydać sobie samej przed lustrem zakaz wyciskania. I pomyśleć, jaka ładna cera będzie za kilka dni. To działa. 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Pakiet startowy

Jeżeli ktoś chciałby zacząć używać kosmetyków ekologicznych (albo po prostu takich z dobrym składem), a nie wie od czego zacząć, odsyłam do najbliższego Rossmanna. Trudno jest nagle wyrzucić wszystkie kosmetyki z parabenami, ale można zacząć zmiany od kolejnych zakupów. Gdy skończy się żel pod prysznic, zamiast kupować kolejny wysuszający skórę żel pod prysznic na bazie Sodium Laureth Sulfate, proponuję bezzapachowy Lilliputz dla dzieci, który doskonale nadaje się jako żel pod prysznic i szampon do włosów, nie tylko zresztą dla dzieci. Chętnie zabieram go ze sobą na basen (zamiast dźwigać osobno szampon i coś do mycia ciała). Oparty o łagodną bazę myjącą, bez sztucznych zapachów, całkiem nieźle się pieni i nie podrażnia skóry.
Po kąpieli polecam balsam dla kobiet w ciąży (przy czym ciąża nie jest warunkiem niezbędnym do jego stosowania;)). Świetnie nawilża i uelastycznia skórę. Minusem może być to, że nie wchłania się błyskawicznie i trzeba chwilę odczekać zanim się ubierzemy. Dla tych, co nie mają czasu, zamiast balsamu do ciała proponuję oliwkę z tej samej serii ciążowej (w tej samej cenie, co balsam).
Warto jeszcze w Rossmannie kupić cukrowy peeling do ciała. Właściwie to peelingujący żel pod prysznic, bo nie wyszorujemy nim porządnie ciała, ale nadaje się do szybkiego i delikatnego wygładzenia. Te trzy produkty to dobry start, żeby w krótkim czasie zauważyć pozytywne zmiany dla skóry ciała. Znika uczucie ściągnięcia skóry po wyjściu spod prysznica, skóra jest dobrze odżywiona i wygładzona. Wtedy właśnie zdajemy sobie sprawę z tego, że kluczem do odpowiedniej pielęgnacji nie jest cena, czy marka, ale składniki kosmetyków.

czwartek, 28 marca 2013

Dobre mydło w kostce

Z mydłami w kostce żegnałam się bez żalu wiele lat temu zafascynowana pachnącymi żelami pod prysznic, które miały idealnie nawilżyć miją skórę. Dziś wracam do starej dobrej kostki, choć się od niej odzwyczaiłam i musiałyśmy się z powrotem polubić.
Dobre mydlo w kostce musi być oparte wyłącznie o oleje roślinne, najlepiej oliwę z oliwek. I takie właśnie mydło upolowałam ostatnio w tkmaxxie. Duża kostka o delikatnym zapachu zielonej herbaty leżała samotnie na półce pośród sztucznie perfumowanych mydeł w kolorowych opakowaniach. Zakupy kosmetyczne w tkmaxxie są dość ryzykowne - zdarza się, że kremy są otwarte albo po prostu stare. W przypadku mydła nie trzeba się tak obawiać. Kostka oliwkowa okazała się świetna do mycia twarzy i ciała. Dobrze nawilża, nie powoduje żadnych wyprysków i dobrze się pieni. Nie muszę stosować balsamu do ciała, bo skóra nie jest ściągnięta. Jeśli jeszcze kiedyś natknę się na to mydło to na pewno je kupię.

wtorek, 19 lutego 2013

Tołpa, czyli planet of ściema

Profesor Stanisław Tołpa przez całe życie badał torf. Ponad 10 lat po jego śmierci ktoś postanowił zbić na słynnym nazwisku fortunę i powstały kosmetyki sygnowane nazwiskiem znanego naukowca i wynalazcy. Najgorsze jest to, że na bazie zdrowotnych właściwości tortu producent kosmetyków usiłuje nam wcisnąć markę "ekokosmetyków przyjaznych naturze". Producent chwali się naturalnymi ekstraktami roślinnymi, ekologicznym torfem, brakiem alergenów i sztucznych barwników, i oferuje mi "wyjątkowo bezpieczną i skuteczną ekopielęgnację".
Zaraz, zaraz.... Brak alergenów? A czymże są w takim razie parabeny i DMDM Hydantoin, które to marka Tołpa tak hojnie pakuje do swoich kosmetyków? W sumie, to producent ma rację. Ja też nie uznaję tych składników za alergeny, tylko za składniki rakotwórcze. W pierwszej lepszej odżywce do włosów Tołpy jest aż 6 parabenów! Nie denerwują mnie parabeny w składzie tej odżywki, ale fakt, że marka reklamuje się jako producent ekokosmetyków. "Planet of nature", "przyjazne naturze kosmetyki"......
Przymiotnik "ekologiczny" jest odmieniany prawie we wszystkich przypadkach. Niestety markę umieszczam na czarnej liście, bo nie ma nic wspólnego z naturalnymi i ekologicznymi kosmetykami, a do tego wprowadza w błąd klientów. Profesor Tołpa pewnie przewraca się w grobie, gdy widzi, jak jego ekologiczny torf został zbeszczeszczony paskudnymi tanimi konserwantami.





sobota, 9 lutego 2013

Made fresh in the USA

Już nie pamiętam, w jaki sposób natrafiłam na to serum na amazonie. Szukałam serum z witaminą C o jak najprostszym składzie. Przedtem kupowałam przez internet w Biochemii Urody, ale konserwanty w składzie mnie zniechęciły. W ten sposób znalazłam swój ideał (przynajmniej jeśli chodzi o preparaty z witaminą C;)). Genialnie prosty skład: woda oczyszczona, kwas askorbinowy (witamina C), siarczan magnezu (zwany też solą angielską, stosowany w medycynie w leczeniu dolegliwości trawiennych, tutaj stabilizuje witaminę C) i gliceryna.

Serum jest robione tuż przed wysyłką. Na opakowaniu jest data wykonania. Jest to o tyle ważne, że ma bardzo krótki termin ważności. Powinno się je zużyć w ciągu 3-4 tygodni. Tak wynika z oficjalnej ulotki. Na pewno nie powinno sie używać serum, jeśli zmieni kolor na bursztynowy i przestanie być bezzapachowe. Zużyłam już kilka opakowań i nigdy mi się to nie przytrafiło. Zawsze jednak starałam się zużyć całą buteleczkę w ciągu maksymalnie 1,5 miesiąca. Opakowanie jest dość duże, więc nie trzeba żałować przy aplikacji - przy okazji pamiętam o szyi i dekolcie. Stosuję rano, pod krem na dzień. Traktuję to serum jako sezonową kurację antyoksydacyjną i bombę witaminową.

Do kupienia tutaj.

Przesyłka zza oceanu dociera błyskawicznie. Właśnie dostałam kolejną fiolkę.