wtorek, 20 sierpnia 2013

Alverde - uwielbiam!

Niestety niedostępne na polskim rynku, ale do nabycia w Niemczech i w Czechach. Można też kupić przez Allegro, ale nic tak nie cieszy, jak samodzielne buszowanie po półkach sklepowych, oglądanie i wybieranie kosmetyków. A naprawdę jest w czym wybierać. Alverde to ekologiczna marka własna niemieckiej sieci drogerii dm. Tak jak Rossmann ma Alterrę, tak dm ma Alverde. Z tym że w mojej opinii Averde jest dużo lepsze od Alterry. Skład kosmetyków jest bez zarzutu. Do tego ceny nieprzekraczające kilku Euro. Niemcy mają długoletnią tradycję, jeśli chodzi o kosmetyki ekologiczne i stać ich na to, żeby stworzyć niedrogą, łatwo dostępną markę kosmetyków z dobrym składem. 
Najchętniej wzięłabym cały asortyment, ale ograniczony budżet i minimalistyczne zasady mnie skutecznie powstrzymały. Ograniczyłam się do kosmetyków, których aktualnie mi brakowało, ale i tak dorzuciłam kilka ekstra. 
W górnym rzędzie od lewej stoi pianka do włosów, która jest świetna do rozpuszczonych włosów, lekko ukladających się. Latem nie używam suszarki, więc same sobie schną, a pianka powoduje, że mam na głowie lekki artystyczny nieład (że niby właśnie wstałam z łóżka, ale fryzura jest ułożona w misterne fale). Szampon i odżywka też w sam raz na lato, oba produkty nie obciążają włosów, są bardzo lekkie. Odżywka nie nadaje się do zniszczonych włosów, bo będzie za słaba.
Kupiłam dwa żele pod prysznic, zabieram je ze sobą na basen, bo w domu używam mydła w kostce (Aleppo albo marsylskiego, czyli mydło szare z Syrii lub Francji). 
Płyn do płukania ust - tu przyznaję, że mnie poniosło, bo mogłam poprzestać na paście do zębów, ale nie mogłam się powstrzymać. Jeszcze zaklejony, nieużywany. Pod płynem stoi pasta do zębów (5 in 1 zahncreme), która, co ciekawe, jest z fluorem. Większość ekologicznych past do zębów jest bez fluoru. Aktualnie mam Laverę bez fluoru i używam naprzemian z fluorem i bez, więc Alverde będzie następna.
W dolnym rzędzie od lewej stoi mini tonik matujący do cery tłustej. Faktycznie matuje. Tonik nie uważam za niezbędny kosmetyk, ale ten jest naprawdę dobry, więc nie wykluczam, że kupię większą buteleczkę, jak będę miała okazję.
Mini masło do ciała jest wygodne w podróży albo służy jako krem do rąk w torebce. Też mogłabym kupić większe opakowanie następnym razem. Dezodorant ujął mnie delikatnym zapachem. Jeszcze go nie używałam, więc nie wiem, jak działa. Nie liczę na 24h Wirkung (24-godzinne działanie) - jak to opisuje producent. Wystarczy mi większość dnia.
Ostatni produkt do włosów to coś w rodzaju odżywki w spraju. Lekka formuła, cudny zapach. Szczerze mówiąc nie musiałam tego kupować, ale wzięłam ze względu na zapach właśnie. Coś w rodzaju perfum do włosów. 
Rewelacyjny jest krem pod oczy. Wystarczająco tłusty, ale szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż. Czuję, że to będzie jeden z moich faworytów pod oczy. 
Krem do rąk lekki, na codzień, raczej na lato, bo na zimę wolę bardziej tłusty. 
Ostatni za pastą do zębów stoi krem do stóp. Jest fantastyczny, chłodzi, nawilża, szybko się wchłania, pachnie miętowo. 
Ze wszystkich zakupów jestem oczywiście bardzo zadowolona. Alverde mogę kupować w ciemno.

sobota, 10 sierpnia 2013

Wprost i ekoterroryści

W ostatnim numerze tygodnika Wprost natrafiłam na dość intrygujący artykuł o tym, jacy to okropni są ekofundamentaliści. Myją się szarym mydłem, we włosy wcierają pokrzywy, dzieci noszą w chustach i nie mają kanalizacji w domu. Jeden nawet chce założyć nowy związek wyznaniowy - religię równowagi wszystkich żyjących istot. Ale to jeszcze nic. W tzw. ramce pod hasłem "ekologia nie jest tania" autorka artykułu wymienia typowe ekologiczne zakupy: kubeczki menstruacyjne (sama nazwa działa na mnie jak płachta na byka), pieluchy tetrowe (jedyne akceptowalne dla mnie zastosowanie to jako miękka szmatka do polerowania sreber), orzechy piorące (nie używam i nawet nie zamierzam), szare mydło (jeśli to jest jedyna ekologiczna opcja do mycia ciała to niestety autorka artykułu nie ma pojęcia o ekologii), ubranie z bawełny ekologicznej (H&M ma podkoszulek z bawełny ekologicznej w cenie 39,90, a nie 99 zł - jak podano w artykule).
Artykuł uważam za krzywdzący i kłamliwy, szczególnie dla tych, którzy chcą być eko, ale nie wiedzą, od czego zacząć. Po lekturze Wprost na pewno nie będą chcieli zacząć. Nie uważam się za guru ekologicznego trybu życia, ale trzymam się kilku zasad, które polecam nie tylko redakcji Wprost:
- stosuję ekologiczne kosmetyki, przede wszystkim czytam listę składników, żeby wyeliminować kosmetyki zawierające składniki potencjalnie rakotwórcze;
- zamiast kupować dżem truskawkowy w sklepie z dodatkiem niezliczonej liczby konserwantów, robię własny składający się z truskawek i cukru;
- nie mam w domu telewizora - po prostu w pewnym momencie przestałam oglądać, a dalej przestałam opłacać kablówkę i cieszę się z zaoszczędzonych pieniędzy;
- plastikowe reklamówki używam do śmieci;
- biorę prysznic - nie mam wanny i wcale za nią nie tęsknię;
- wyciągam ładowarki z kontaktu, jeśli nie ładuję telefonu;
- zakręcam kran gdy myję zęby;
- noszę ze sobą bawełnianą torbę na zakupy (którą regularnie piorę w pralce!);
- drukuję obustronnie (na brudno);
- zużyte baterie wyrzucam do specjalnych pojemników;
- używam ekologicznych środków czystości, ale w razie potrzeby mam też w domu domestos.
Nie oznacza to, że zamierzam przystąpić do jakiejś sekty ekofundamentalistycznej, bo mieszkam w bloku z kanalizacją i windą, jeżdżę samochodem (zapewniam, że nie hybrydowym, ale przynajmniej mało pali), nie mam własnego ogródka z marchewką i pomidorami, ale na parapecie podlewam rozmaryn w doniczce. Nie popieram transportu konnego do Morskiego Oka, ale nie rzucam się na turystów w wozach ciągnionych przez zmęczone konie. Staram się nie kupować kolejnej pary butów, jeśli mam w czym chodzić, ale nie oznacza to, że cała moja garderoba składa się ze 50 rzeczy.
Generalnie nie jestem rusałką z gniazdem na głowie ubraną w lniany worek po kartoflach, która myje się szarym mydłem (nota bene bardzo lubię roślinne szare mydło, ale zdecydowanie wolę Aleppo - to takie szare mydło z Syrii), odżywia się kiełkami i plecie koraliki z żurawiny (z niej akurat robię nalewkę). Autorka artykułu we Wprost zarzuca eko-Polakom, że zatracają granicę między tym, co zdrowe, a tym, co niebezpiecznie przypomina chorobliwą obsesję. Obawiam się, że jej samej niebezpiecznie zabrakło w pisaniu obiektywizmu i zdrowego rozsądku.