czwartek, 14 listopada 2013

Ostrożnie z mydłem?

W ostatnim numerze Polityki ukazał się ciekawy tekst na temat atopowego zapalenia skóry. Przyczyna tej choroby nie jest do końca znana. Skóra staje się sucha, łuszczy się, potrzebuje nawilżenia i natłuszczenia. Zaciekawiła mnie przytoczona w treści artykułu konkluzja naukowców z L'oreal, że zbyt częste mycie może doprowadzić do usunięcia pożytecznych bakterii z powierzchni skóry i tym samym przyczynić się do atopowego zapalenia skóry. Naukowcy z L'oreal powinni raczej przyjrzeć się bliżej składnikom stosowanym w ich kosmetykach, to może udałoby się im znaleźć przyczynę choroby. Składniki mydła, czy żelu pod prysznic same w sobie mogą być na tyle agresywne, jakbyśmy myli się płynem do mycia naczyń. Skóra pozbawiona zostaje dosłownie wszystkiego. A raczej nie potrzebujemy w codziennej higienie mocnego szorowania, jak po taplaniu w błocie.
Należałoby zacząć od składu samego mydła. Oparte o sodium tallowate zawsze będzie wysuszać skórę i powodować w najlepszym razie jej swędzenie i łuszczenie. Tego składnika unikam w mydłach w kostce. W żelach pod prysznic unikam sodium laureth sulfate. Dla mnie najlepszym kosmetykiem do mycia jest syryjskie mydło aleppo.
Również nie jestem zwolenniczką zbyt częstych kąpieli. Uważam, że kąpiel czy prysznic raz dziennie wystarczy, chyba że mamy do czynienia ze zwiększonym wysiłkiem fizycznym, czy podróżą PKP lub PKS. Za każdym razem, gdy wysiadam z pociągu mam wrażenie, jakbym się nie myła z tydzień, ale to odrębny temat.
Teza o zbyt częstym myciu może wydać się kontrowersyjna, ale moim zdaniem jeden prysznic dziennie (zamiast dwóch) w zupełności wystarcza. A przy okazji pożyteczne bakterie na skórze, które docenili nawet naukowcy z L'oreal, uchronią nas przed atopowym zapaleniem skóry.


wtorek, 12 listopada 2013

Drobne zakupy

Nie są to kosmetyki z ekologicznej górnej półki, ale gdy nie mam ochoty szukać w internecie albo nie chce mi się czekać na przesyłkę, idę do Rossmanna i patrzę, które kosmetyki w dobrym składem są aktualnie w promocji. W ten sposób kupiłam płyn do higieny intymnej za 3,49 zł, żel pod prysznic z certyfikatem BDIH za 5,99 zł i nowy kokosowy peeling do ciała Alterry za 6,99 zł.
Płyn do higieny intymnej nie ma certyfikatu, ale jego skład można zaakceptować. Jest łagodny, ma delikatny zapach, nie zawiera żadnych SLS-ów. Kwas mlekowy jest w środku listy składników, a nie na końcu, jak w wielu innych.
Nad żelem pod prysznic nie ma się co rozpisywać. Stosuję go od lat, nieźle się pieni, lubię waniliowo-pomarańczowy zapach. Peeling do ciała nie zawiera typowych peelingujących drobinek, ale wiórki kokosowe, więc nie wyszorujemy nim ciała i nie zmiękczymy szorstkich stóp, ale nadaje się do codziennej pielęgnacji pod prysznic. To raczej delikatny masaż ciała pod prysznicem, a nie drapanie solą, czy cukrem. 
Wszystkie te produkty mają przyzwoity skład, są niedrogie i łatwo dostępne. Zawsze to lepsza alternatywa dla całej masy kosmetyków nafaszerowanych agresywnymi, wysuszającymi skórę SLS-ami, od których uginają się drogeryjne półki. 



niedziela, 10 listopada 2013

Z niemieckiej apteki

Prawie w każdej polskiej aptece można dostać balsam do ust Tisane, a w pierwszej lepszej niemieckiej aptece znajdziemy Lippen Balsam. Słoiczek i konsystencja podobne, ale niemiecka wersja ma lepszy skład od naszego. Tisane zawiera m.in. petrolatum (co w balsamów do ust jestem w stanie przeżyć) oraz propylene glycol (którego unikam w kosmetykach). 
Lippen balsam oparty jest o olej z orzechów arachidowych. Bardzo dobrze nawilża i odżywia usta. Jest dość gesty i pachnie miodem. Ze względu na mało higieniczny słoiczek nie noszę go w torebce i używam tylko w domu. Chciałabym, żeby wiecej takich małych skarbów było dostępnych w Polsce.



sobota, 9 listopada 2013

Lektury na jesień

tym roku w wyniku splotu rożnych okoliczności (czyli niespodzianek, jakie niesie życie) postanowiłam nadrobić zaległości książkowe. Postanowiłam czytać jedną książkę tygodniowo, czyli 52 książki w ciągu roku. Cel prawie osiągnięty, ale do końca roku jeszcze prawie dwa miesiące, więc przyjdzie czas na podsumowanie. 
Oto lista moich jesiennych lektur, część już przeczytana, niektóre czekają w kolejce:
Boris Vian "Piana złudzeń" (także pod tytułem "Piana dni") - surrealistyczny melodramat. Głównej bohaterce rośnie lilia w płucach. Wolę Viana w wersji "Kręciek i plankton" z błyskotliwymi dialogowi między Majorem i Niezgódką.
Irwin Shaw "Hotel Świętego Augustyna" - pochwała hedonistycznego trybu życia. Od portiera w podłym hotelu do rentiera pijącego szampana w szwajcarskich kurortach. Szkoda, że w życiu interesy nie idą tak gładko, jak głównemu bohaterowi.
Antonine de Saint-Exupery "Mały książę" - Nie trzeba rekomendować. Warto wrócić do ponadczasowych cytatów. 
Terry Pratchett "Spryciarz z Londynu" - czeka w kolejce, spodziewam się błyskotliwych dialogów, które sprawią, że będę się głośno śmiała, tak jak przy "Blasku fantastycznym", czy "Kolorze magii". Nie przepadam za fantastyką, ale Pratchett to mój wyjątek od tej reguły.
Danuta Wałęsa "Marzenia i tajemnice" - w trakcie i szczerze mówiąc nie zachwyca. Jest słabo napisana. Cieżko się czyta. Pomimo interesujących faktów (także historycznych) brakuje wciągającej narracji.
Elizabeth Gilbert "I że Cię nie opuszczę..." - pierwsza część "Jedz, módl się i kochaj" czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Przy drugiej części ugrzęzłam w połowie i nie mogę ruszyć dalej. 
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe" - czeka w kolejce i nie mogę nic jeszcze powiedzieć, ale spodziewam się wciągającej lektury.
Lew Starowicz "O miłości" - na ten temat też niewiele mogę jeszcze powiedzieć;)