piątek, 27 grudnia 2013

0%

Przyglądałam się przez Święta różnym prezentom kosmetycznym. Zauważyłam, że producenci już wyczuli, że klienci coraz bardziej zwracają uwagę na skład kosmetyków i zastosowali nowy wytrych. Zero procent. Na opakowaniach pojawia się duże 0%, a obok mniejszym drukiem dodatek, który paradoksalnie jest tu najważniejszy. Bo o jakie 0% chodzi? 0% czego? I tak na kremie do rąk znalazłam 0% alergenów i sztucznych barwników. Cóż, trudno byłoby kolorować krem, więc te sztuczne barwniki pasują tu jak kwiatek do kożucha. A co to za słowo: alergenów? Większość konserwantów to przecież alergeny, bo mogą uczulać. I co mamy na odwrocie kremu 0% alergenów i sztucznych barwników? Mamy kilka parabenów, Diazolidinyl Urea, Tetrasodium EDTA, a Paraffinum Liquidum nawet nie wspomnę.
A teraz szampon 0% parabenów i silikonów. Za brak silikonów szampon można pochwalić, ale brak parabenów w szamponie to nie jest jakieś spektakularne osiągnięcie, bo większość szamponów i tak ich nie zawiera. Gdyby nie było SLS-ów, to byłoby coś.
Znalazłam jeszcze krem pod oczy 0% alergenów, parabenów i brawników. I znów nie jestem do końca zadowolona, aczkolwiek doceniam wyeliminowanie parabenów z całej linii kosmetycznej.
Chciałabym przestrzeć przez pochopnych ufaniem zapewnieniom producentów pod hasłem 0%. Zero procent to ja mam alkoholu w soku pomarańczowym i to jest 100% prawdy. Co do kosmetyków, to nie obejdzie się bez czytania listy składników na odwrocie. Wtedy wiemy, czy 0% to prawda, czy tylko PR dla nieuważnych konsumentów.

wtorek, 17 grudnia 2013

Deficytowy MAC PRO

Pierwszy raz zobaczyłam tę kredkę w polskim sklepie MAC, jakieś 3 lata temu. To była limitowana edycja Pret-A-Papier. Wszystko było w kolorze beżowym. Podkłady, cienie, pomadki i błyszczyki. Były też dwie cieliste kredki. Jaśniejsza i ciemniejsza. Zanim się zdecydowałam na zakup - jaśniejszej już nie było. Kupiłam więc ciemniejszą. Okazała się bardzo przydatnym wielofunkcyjnym kosmetykiem (w nazwie zresztą ma multi-usages). Przede wszystkim fantastycznie miękka, ale wbrew pozorom bardzo wydajna (używałam jej przez ponad 2 lata). Doskonała do zamalowywania wszelkiej maści przebarwień, pryszczy i krostek. Na dolnej powiece (tzw. linia wodna) rozjaśniała oko, ale nie w sposób tak bardzo widoczny jak biała kredka. Wiedziałam już, że będę chciała kupić następną, tym razem jaśniejszą, ale tu zaczęły się schody. 
Kredka chromagraphic pencil w kolorze NC15/NW20 (jaśniejszy odcień) pojawiła się w polskich sklepach MAC jeszcze tylko jeden raz, też w limitowanej edycji i natychmiast została wykupiona. Spóźniłam się także i tym razem z jej zakupem. Jednak pewien wydziarany sprzedawca z MACa (który miał takie kolczyki w uszach, że nie mogłam na nie zbyt długo patrzeć, żeby nie zemdleć) powiedział mi, że kredka, której szukam, jest w ciągłej sprzedaży w sklepach MAC PRO (specjalistyczne sklepy dla profesjonalnych makijażystów, gdzie jest większy asortyment niż w zwykłych MACach). Najbliższy sklep MAC PRO znajduje się w Berlinie, Londynie, a potem w Nowym Jorku... Pozostało mi tylko czekać na wycieczkę do którejś z tych metropolii, pod warunkiem, że MAC PRO będzie mi tam po drodze. W Berlinie nie był, bo ugrzęzłam w drogerii dm i zachwycałam się Alverde. Ale za to w Londynie okazało się, że między Pałacem Buckingham a Oxford Circus jest MAC PRO. W ten oto sposób, po 3 latach polowania w kraju i za granicą, stałam się szczęśliwą posiadaczką chromagraphic pencil w pożądanym kolorze jasno-cielistym. 
MAC to nie jest ekologiczna firma, ale kredka ma nawet niezły skład. Widziałam dużo gorsze składy kredek Diora, czy Lancome'a. Chromagraphic pencil jest moim nieekologicznym wyjątkiem, którego próżno szukać wsród innych eko i nie-eko marek. Dopuszczam tego typu wyłomy, jeśli nie jest ich wiele, a ekologicznych zamienników po prostu nie ma. Nie jestem rusałką z gniazdem na głowie i nie chodzę ubrana w lniany worek na kartofle. Ale kremów Lancome, Chanel, czy Clinique na pewno nie będę używać, chyba że wprowadzą nową linię z ecocertem. 



piątek, 13 grudnia 2013

Londyńskie zakupy

Za bardzo nie zaszalałam, ale kupiłam kilka kosmetyków niedostępnych w Polsce. Na uwagę zasługuje dezodorant. 14 Funtów to niemało, ale skusiła mnie formuła dezodorantu w kremie i bardzo ładny skład. Poza tym dezodorant to jeden z kilku kosmetyków, gdzie większość ekologicznych wersji po prostu nie działa i trzeba naprawdę się naszukać czegoś porządnego. Pierwsze wrażenie to intensywny zapach olejków eterycznych na czele z miętowym. W słoiczku znajduje się gęsty grudkowaty krem, który w palcach robi się dość plastyczny i można go ładnie rozsmarować pod pachami. Aplikacja jest dość niekonwencjonalna, ale wbrew pozorom nieskomplikowana. Ta konsystencja papki (żeby nie powiedzieć zaprawy murarskiej;)) nawet mi się spodobała. I trzeba przyznać, że dezodorant działa, ale nie należy oszczędzać. Porcja ma być wielkości orzecha włoskiego, a nie laskowego. 
Serum do twarzy Pukka również ma bardzo dobry skład. Wręcz wzorowy. Nazwa produktu brzmi: radiance serum, organic aloe vera & manuka honey revitalising formula. I co mamy na pierwszy miejscu w składzie? Sok z aloesu, a na drugim miód manuka. Coś takiego zdarza się rzadko, nawet w kosmetykach ekologicznych. Gdyby wszyscy producenci oznaczali swoje produkty według listy składników, to większość kremów ze stajni L'oreala bez względu na cenę i markę nazywałaby się krem z oleju mineralnego, emulgatorów i konserwantów. I to jest właśnie zasadnicza różnica między tym, czym karmią nas koncerny w reklamie a listą składników, gdzie widać, z czego tak naprawdę składa się krem. 
Na koniec włoski zestaw: krem do rąk i balsam do ust. Krem fajny, ma świetny zapach, taki trochę jak męskie perfumy, bardzo mi odpowiada. Szybko się wchłania i basta. Balsam słaby, zwłaszcza na zimę. Ma bardzo lekką konsystencję, a ja wolę coś bardziej tłustego. Po kilku minutach znów mam suche wargi i trzeba powtórzyć aplikację. Co niniejszym czynię.




niedziela, 1 grudnia 2013

Pozdrowienia z Londynu

Moja koleżanka, mieszkanka Londynu, której cała rodzina używa wyłącznie kosmetyków ekologicznych, zabrała mnie do swojej ulubionej drogerii. Naszym zachwytom nie było końca. Nagle znalazlam się w sklepie, gdzie na każdej półce leżały produkty o idealnych składach, a my mogłyśmy wąchać, próbować i przebierać pośród kosmetyków. Czułyśmy się jak pięciolatki w sklepie z zabawkami. Tam jest dosłownie wszystko, od pielęgnacji, przez kolorówkę, po perfumy. 
A teraz dobra informacja dla fanek kosmetyków naturalnych z Polski. Sklep ma swoją stronę internetową www.beingcontent.com i wysyła do Polski za darmo. Udanych zakupów!