poniedziałek, 10 listopada 2014

Pigwa na ostatnią chwilę

Prawie przegapiłam w tym roku pigwę. Zauważyłam ją na ryneczku pewnego dnia, gdy już kończyłam zakupy i powiedziałam sobie: kupię następnym razem. Aż tu nagle pigwa się skończyła.

Na próżno zaczęłam jej wszędzie szukać. Dopiero w listopadzie znalazłam, ale pigwowca, na dodatek z Hiszpanii. Cóż, kupiłam 5 owoców na nalewkę. Kilka dni później w zupełnie innym miejscu zobaczyłam wystawioną przed warzywniakiem skrzynkę z dojrzałą pigwą pokrytą kutnerem (tak fachowo nazywa się drobny szary meszek, który ją pokrywa). Od razu kupiłam kilogram. Do szczęścia brakowało mi już tylko litra wódki (w ustach ciężarnej brzmi to dość dwuznacznie, ale uwierzcie mi, że jeszcze lepiej wyglądało, gdy zadowolona wyjmowałam ją z koszyka przy kasie dla ciężarnych i matek z małymi dziećmi).

W odróżnieniu do nalewki z pigwy, którą robiłam poprzednio, tym razem nie obierałam pigwy ze skóry, tylko dokładnie umyłam i oczyściłam z gniazd nasiennych. Przepis również nieco zmodyfikowałam. Po pierwsze, pomieszałam pigwę i owoce pigwowca (co dla niektórych ma znaczenie, a ja się przekonam pewnie najwcześniej pod koniec przyszłego roku). Dodałam też sok i miąższ z pomarańczy (bez pestek i bez skórki). Do tego wrzuciłam przekrojoną na pół laskę wanilii, wlałam miód (niecały duży słoik) i wszystko zalałam wspomnianym litrem wódki. Okazało się, że mój duży słoik nie pomieścił wszystkich owoców, za to zabrakło mi trochę wódki. Uzupełniłam więc całość spirytusem nalewkowym (60%).

Pozostały mi 2 pigwowce i 3 pigwy. Złapałam więc jeszcze 2 gruszki i usmażyłam z nich konfitury. Dodałam (eksperymentalnie) trochę otartej skórki z pomarańczy, która mi została, a całość posłodziłam brązowym cukrem musocvado (aktualnie przeżywam fascynację tym cukrem, wyraźny smak melasy na mnie działa).

Konfitury pewnie niedługo zostaną zjedzone, a nalewka poczeka sobie co najmniej do wiosny.


piątek, 7 listopada 2014

Krótki wykład dla położnych

Na kolejnych zajęciach ze szkoły rodzenia położna postanowiła mnie wyedukować na temat pielęgnacji noworodków. Obawiałam się (słusznie zresztą), że prędzej ja będę mogła jej przekazać jakieś cenne informacje na ten temat.

Zdaniem położnej (myślę, że jest to niestety zdanie większości naszych położnych) trzeba samemu dobrać odpowiednie kosmetyki dla malucha. Jedynym kluczem do tych eksperymentów na nowo narodzonym ciele jest (o zgrozo!) metoda prób i błędów. Położna powiedziała mniej więcej tak: - Najlepiej kupować kosmetyki dla dzieci z jednej serii, bo jak coś uczuli, czy podrażni skórę dziecka, to od razu wyrzuci Pani całą serię i kupi następną.
Metoda może i skuteczna (po jakimś czasie), tylko dlaczego mam eksperymentować na własnym dziecku i wydawać fortunę na kosmetyki, które będę wyrzucać do kosza, zanim trafię na te właściwe, które nie będą podrażniać, tylko pielęgnować skórę noworodka.

Moja odpowiedź jest jak zwykle zaskakująco prosta - trzeba czytać listę składników i po prostu nie kupować kosmetyków, które zawierają rakotwórcze (dla poprawnych politycznie nazwijmy je kontrowersyjne) składniki. Czyli zapominamy o Johnson&Johnson, Oilatum i Nivea. Tu zerknęłam na składy i wiem, że się na pewno nie nadają. Pierwsze dwa to recepta na wysuszenie skóry, a Nivea na odparzenia pieluszkowe zawiera methylisothiazolinone, które europejskie stowarzyszenie producentów kosmetyków (Cosmetics Europe) zaleca usunąć z produktów nie do spłukiwania z powodu szkodliwości dla zdrowia.

Najbardziej mnie denerwuje "kupowanie" szpitali przez koncerny, gdzie ulotki tych kosmetyków leżą w poczekalniach na porodówce. Przerażeni porodem rodzice zgarną ulotki i potem ładują byle co do koszyka w aptece czy drogerii, nieświadomi, że właśnie fundują sobie potencjalne kłopoty ze skórą dziecka, wizyty u lekarza i całą procedurą zmiany kosmetyków.

Dlatego dla noworodków powinno się wybierać takie kosmetyki, co do składu których nie mamy żadnych wątpliwości. Nawet co do składnika parfum, fragrance - co oznacza dowolną kompozycję zapachową (czyli mogącą powodować alergie). Czy są więc na rynku kosmetyki, które nadają się od pierwszego dnia życia, czy lepiej użyć do mycia maluchów oleju z pestek winogron (co rekomendują brytyjskie położne)? Nie mam nic przeciwko olejowi z pestek winogron, ale bezpieczne kosmetyki też chcę mieć. I takie mam. Pat&Rub - seria od pierwszego dnia, naprawdę od pierwszego dnia. Kosmetyki ekologiczne będę wdrażać dziecku od samego początku. Aktualnie czekają w łazience.

wtorek, 4 listopada 2014

Żel pod prysznic - the best ever

Nie sądziłam, że będę się zachwycać żelem pod prysznic. A jednak. Nie wszystkie są takie same. Albo inaczej - wszystkie są takie same same, a ten jest inny. John Masters Organics bezzapachowy. Mój aktualny faworyt. Szczerze wątpię, czy w najbliższej przyszłości jakiś inny produkt go przebije.

Przede wszystkim gęsta konsystencja. Tam się nie leje woda z butelki, tylko prawdziwy gęsty żel. Ale nie ma się co dziwić, bo oparty jest nie o wodę, a o żel z liści aloesu. Fantastycznie się rozprowadza na ciele. Przyjemnie się pieni. Brak zapachu jest tutaj zabiegiem celowym i postrzegam to zdecydowanie na plus. Używam od stóp do głów. Myję nim również twarz i doskonale się sprawdza. Żadnego wysuszenia, uczucia ściągnięcia skóry. Prysznic to czysta przyjemność. Do tanich nie należy, ale przy tak wzorowym składzie wybaczam wysoką cenę. W sumie to już za nim tęsknię, choć jestem po wieczornej kąpieli. Do zobaczenia jutro rano.




czwartek, 23 października 2014

Lanserskie śniadanie GMO

Pewna modna knajpa w Warszawie (i Krakowie) słynie z francuskich śniadań - świeże bagietki, konfitura, czekolada, kawa latte i prosecco. Doskonały pomysł przyciąga niezmiennie hipsterów, celebrytki, wystylizowane pieczołowicie (choć udające skromną niedbałość) dziewczęta uczesane w naprędce spięte koki z raybanami na nosie. Na stolikach MacBooki, w ręku iPhony - reklama koncerny Apple leci 24h. W tych godzinach też można zjeść francuskie śniadanie. Obsługa zarówno w Warszawie, jak i Krakowie, jest lekko niegramotna, ale powiedzmy, że taki urok knajpy. Skupmy się jednak na śniadaniu. Podoba mi się pomysł na takie śniadanie od czasu do czasu, ale zawiodły mnie etykiety "home made" konfitury i czekolady. 

Zacznijmy od konfitury truskawkowej. Żeby zrobić jakikolwiek dżem wystarczą owoce i cukier. W wersji zdrowotnie wypasionej - cukier brązowy demerara albo muscavado. Może być od biedy biały. Bywają znacznie gorsze słodziki, ale o tym za chwilę. Niestety za cukrem w składzie jest agar (E406) - glonowy odpowiednik żelatyny wieprzowej. Niby nieszkodliwy w zastosowaniach spożywczych, ale wykazuje pewną toksyczność przy połknięciu i może powodować reakcje alergiczne (wg aplikacji e-food). 3,5 grama agaru zabije dorosłego szczura. Może i się trochę czepiam, ale bez agaru konfitura byłaby wyśmienita. Gorzej z czekoladą.

Skład czekolady już mi podniósł ciśnienie, z powodu choćby mylących oznaczeń, żeby nie powiedzieć oszustwa. Na pierwszym miejscu mleczna czekolada belgijska. Przecież to nie jest składnik, tylko produkt. Ta mleczna belgijska czekolada składa się z miazgi kakaowej, ma jakiś procent kakao (no wlasnie ile?!), zawiera pewnie cukier, może lecytynę sojową i jeszcze kilka innych składników. Belgijski przydomek nie czyni z niej niczego wyjątkowego niestety. 

Olej roślinny i syrop glukozowy to dwa składniki, które mogą być genetycznie modyfikowane. Olej roślinny może być z modyfikowanej soi, a syrop glukozowy zwykle jest z modyfikowanej kukurydzy. Z dwojga złego wolę biały cukier niż syrop glukozowy, który w USA (skąd pochodzi) został właśnie uznany za główną przyczynę otyłości wśród amerykańskich nastolatków. 

Mleka UHT rownież nie nazwałabym naturalnym składnikiem, tylko wygodnym dla producentów płynem o wyjątkowo długotrwałym terminie przydatności. Mleko w proszku to z kolei pozbawiony witamin produkt strategiczny na wypadek globalnego pomoru krów, czy innej wojny, ale w normalnych okolicznościach lepiej go unikać, bo w nadmiarze może powodować miażdżycę i przyczyniać się do rozwoju raka piersi, czy raka skóry.

Zgadza się, że mleczna czekolada nie zawiera konserwantów, ale to by było na tyle, jeśli chodzi i prawdziwe stwierdzenia. Pozostałe zdania na etykiecie mnie nie przekonują. Nad tym produktem "home made" trzeba jeszcze trochę popracować...




wtorek, 14 października 2014

Prezent urodzinowy

Jeszcze do mnie nie dotarł, bo jest za oceanem, ale już samo zdjęcie sprawia, że jestem podekscytowana i nie mogę się doczekać, kiedy zacznę używać nowe kosmetyki. Jak każda kobieta uwielbiam kosmetyki, ale Douglas i Sephora już nie mają dla mnie wiele do zaoferowania, więc na każdą nowość niedostępną na naszym rynku patrzę z wytrzeszczonymi oczami i zachowuję się jak mała dziewczynka w sklepie z zabawkami.

Acure Organics - nieznana mi do tej pory amerykańska marka. Zajrzałam z ciekawości na listę składników szamponu i odżywki, a tam na pierwszym miejscu jagody acai. Skład szamponu i odżywki nie przypomina typowych kosmetyków tego typu dostępnych w Polsce - nawet organicznych, gdzie łatwo jest rozpoznać zamienniki dla SLS-ów (Lauryl Glucoside, czy Sodium Coco Sulfate). Tu nic takiego nie ma, co oznacza, że da się zrobić szampon, który nie ma na początku składu standardowych składników myjących, które mogą wysuszać skórę głowy.

Czeka mnie też testowanie kokosowo-dyniowego żelu pod prysznic. Sezon na dynie już rozpoczęłam - namęczyłam się już robiąc krem z dynii (męka polega na obieraniu i krojeniu dyni na kawałki). A teraz chętnie spróbuję dynię w kosmetykach. Ujędrniający balsam do ciała z trawą cytrynową i olejem arganowym też jest obecnie bardzo pożądanym przeze mnie kosmetykiem. Dwa razy dziennie smaruję się grubą warstwą oleju albo balsamu do ciała i rozstępy się nie pojawiają.

Ciekawa jestem także masła shea. To dla mnie wielofunkcyjny niezbędny kosmetyk, który każda kobieta powinna mieć w łazience. Ostatnie, jakie miałam, nie przypadło do gustu domownikom jeśli chodzi o zapach. Ja nie jestem tak wybredna, ale nie ukrywam, że jeśli kosmetyki ekologiczne ładnie pachną, tym przyjemniej się je używa. Z niecierpliwością czekam, aż otworzę nowy słoiczek.

Tak więc prezenty pożeram teraz jedynie wzrokiem, ale już się z nich cieszę.



poniedziałek, 29 września 2014

Pielęgnacja za dwoje

No i mamy taką sytuację, że trzeba zacząć pielęgnować skórę za dwoje, dbać o elastyczność i jędrność, jak nigdy przedtem.

Rosnący brzuch ciążowy ma to do siebie, że nie od razu widać zwiększoną potrzebę pielęgnacji. Przed niechcianymi rozstępami uratować nas może nawyk systematycznego wcierania oliwki (oczywiście tylko z olejów roślinnych, a nie opartej na wysuszającej parafinie) albo dobrego balsamu do ciała. O ile przed ciążą, smarowanie raz dziennie wystarczy, to w ciąży polecam rano i wieczorem. Oliwka to podstawa. Ale jest i nadbudowa. Z miesiąca na miesiąc brzuszek rośnie, staje się napięty i wymaga odpowiedniej troski i pielęgnacji. Przy czym nie należy zapominać o pośladkach, biodrach i udach. Mam kilka koleżanek, które popełniły ten błąd i cieszyły się gładkim brzuchem, a rozstępy zrobiły się po bokach. Dlatego wcieram oliwkę w całe ciało oraz specjalny balsam pielęgnacyjny dla kobiet w ciąży w miejsca newralgiczne. Balsam Pat&Rub jest bez zapachu, co jest jego wyjątkową zaletą, bo większość zapachów mnie aktualnie drażni i dosłownie wszędzie szukam wersji fragrance-free. Nie powiem, żeby wchłaniał się błyskawicznie, ale po kilku minutach wcieram go ponownie i już nie pozostawia żadnych śladów.

Oprócz balsamu dla ciężarówek zachwycił mnie też krem z masłem shea dla mamy i dziecka L'Occitane (przy czym mama zużyje pewnie całą tubkę, zanim dziecko przyjdzie na świat). Używam go do pielęgnacji twarzy i szyi. Delikatna, lekka konsystencja i brak zapachu to niekwestionowane zalety. Pomijam oczywiście fakt, że oba produkty są bezpieczne jeśli chodzi o listę składników i nie muszę się martwić, że jakieś toksyczne składniki przenikną przez moją skórę do maleństwa.

poniedziałek, 15 września 2014

Redaktor Semka i kurczak marokański

W jednym z popularnych tygodników zobaczyłam słoiczek przypraw z Marks&Spencer i intrygujący tekst na temat pieczonego kurczaka z marokańskimi przyprawami. Lubię produkty spożywcze od M&S, sporo słoiczków ma dobry skład, choć nie wszystko, więc zawsze czytam przed zakupem listę składników. Tym razem redaktor Piotr Semka wyjątkowo ciekawie opisał egzotyczną mieszankę przypraw i zachęcił mnie do upieczenia aromatycznego kurczaka niczym z bazaru w Marrakeszu.

Cóż, pisanie idzie panu redaktorowi znacznie lepiej niż gotowanie. Przepis okazał się porażką. Aromat północnej Afryki bynajmniej nie unosił się w mojej kuchni. Przekrojone połówki cytryn, którymi obłożyłam kurczaka sprawiły, że zamiast się upiec, kurczę się ugotowało od spodu w sosie cytrynowym. Jedynie ten właśnie aromat był najbardziej wyczuwalny. Zakupione przyprawy marokańskie z M&S czekają na nowe wyzwanie, a przepis redaktora Semki niestety powędrował do kosza.

poniedziałek, 8 września 2014

Chleb bez mąki

Lektura książki o szkodliwości pszenicy i pszenicznym brzuchu wciąż przede mną, ale postanowiłam już sprawdzić, czy da się zjeść chleb bez mąki. I nie mam na myśli razowego, orkiszowego, czy innego ciemnego chleba, tylko prawdziwy chleb upieczony bez dodatku mąki.

O dziwo, nie musiałam szukać długo. Znalazłam na lokalnym ryneczku. Kupiłam mały kawałek. Bardzo ciężki, zwłaszcza w porównaniu do lekkich pszennych bułeczek. Myślałam, że będzie się rozpadał, kruszył i będzie bez smaku. Nic podobnego. Fakt, że ma mnóstwo ziaren, co oznacza, że jeden kęs żuje się tyle, co całą pszenną bułkę. Najciekawsze jest jednak to, że ten chleb mi bardzo smakował, choć całe życie byłam przyzwyczajona do pszennego pieczywa. Nie jest to oczywiście smak francuskiej bagietki, ale chleb bez mąki okazał się zakakująco dobry. 

Znalazłam też go w delikatesach na stoisku z pieczywem. Okazało się, że klienci coraz częściej pytają o pieczywo bez mąki. Ludzie mają dość odgrzewanego w Biedronce i Lidlu półproduktu mrożonego, który trudno nawet nazwać chlebem. Dzisiejsza pszenica nie jest już taka sama jak choćby 50 lat temu. Rozważam całkowitą rezygnację z pszenicy. Pewnie od czasu do czasu i tak zjem pizzę, czy pastę, ale codzienną kanapkę mogę zmienić na bezmączną. 



poniedziałek, 1 września 2014

Cholewiński

Nie noszę podróbek. Po prostu nie lubię. Ale z oryginalnymi rzeczami pojawia się inny kłopot. Niestety renomowane koncerny modowe produkują często w Chinach. Zdarzyło mi się zakupić markową torebkę z wszywką made in China. Szydło wyszło z worka, gdy rączka nagle się urwała i odsłoniła "wnętrzności" konstrukcji. Byłam rozczarowana, ale z torebką Burberry pożegnałam się bez żalu.

Szukam więc torebki, która nie kosztuje fortuny, jest oryginalna i nie jest produkowana w Chinach, czy innym Bangladeszu. Nie uniknę ubrań i przedmiotów codziennego użytku z Chin, ale chcę mieć wybór tam, gdzie jest to możliwe. Przypadkowo weszłam do butiku z galanterią skórzaną Cholewiński. Sama nazwa "galanteria skórzana" brzmi trochę komunistycznie, ale nie zraziłam się. Dałam szansę, bo spodobała mi się jedna torba z wystawy. Obejrzałam kilka egzemplarzy i urzekło mnie perfekcyjne wręcz wykonanie. Nie miałam wątpliwości, że torebki są robione w Polsce, w zakładzie rzemieślniczym z tradycjami. Wszystkie szwy równe, skóra dobrej jakości (ach, ten zapach!), ładne zamki błyskawiczne, porządna podszewka równo wszyta. Już wiedziałam, że nie wyjdę stąd z niczym. Wybrałam (a w zasadzie mój ukochany ją wypatrzył, a na jego guście zawsze mogę polegać) jasny beż z brązowym paskiem. Jestem zachwycona. Pakowna, pięknie wykończona torba, produkowana w Polsce (ok, zadzwoniłam do firmy i się upewniłam, że tak właśnie jest). Mam nadzieję, że będzie mi długo służyć.


wtorek, 26 sierpnia 2014

Coś na ząb - crunchy zupełnie nienaturalne

Oto, jak producenci wpuszczają nas w maliny, a właściwie w sztuczne słodziki, konserwanty i szkodliwą chemię. Gdyby to były faktycznie maliny, to bym się cieszyła. Mam przed nosem "zdrową" przekąskę. Mała jednorazowa porcja gotowa do zalania kefirem lub jogurtem, na zdjęciu płatki owsiane i informacja o wysokiej zawartości błonnika. Wydaje się, że nie jest źle. A to nieprawda.

W składzie za płatkami owsianymi zaczyna się bonanza. Na drugim miejscu syrop glukozowo-fruktozowy, czyli mój wróg numer jeden. Omijam wszelkie produkty z tym dodatkiem (choć nie jest łatwo, bo ostatnio znalazłam go nawet w żurawinie do mięs, ale o tym kiedy indziej). Nawet Amerykanie przyznali, że syrop glukozowo-fruktozowy (który tak chętnie wprowadzali na rynek lata temu) jest przyczyną otyłości już u dzieci i uzależnia (jemy wciąż więcej słodkich produktów).

Dalej w składzie "crunchy naturalne" mamy cukier, tj. kolejna porcja niepotrzebnej słodkości. Za cukrem tłuszcz roślinny. Cóż, jakiś olej roślinny to faktycznie jest, ale raczej mieszkanka oleju palmowego, rzepakowego i innych zlewek po olejach roślinnych, bo chyba nikt nie spodziewa się tutaj oliwy z oliwek extra virgin.

Za tłuszczem roślinnym mamy ekstrudat pszenno-ryżowy, a w nawiasie wyjaśnienie, z czego się składa: mąka ryżowa, cukier, kaszka kukurydziana, mąka pszenna, ekstrat słodowy jęczmienny, sól. Ekstrudat jest rezultatem obróbki cieplnej surowców. To taki rodzaj chrupek, tylko niestety pozbawionych witamin (A, E, C i B) oraz kwasu foliowego (na skutek wysokiej temperatury). Ekstrudaty znajdują zastosowanie m.in. jako karma dla królików miniaturowych (smaczengo!). Pomijając mechaniczną obróbkę (czyli otrzymujemy żywność przetworzoną), należy podkreślić, że znów pojawia się w składzie cukier, którego mamy już nadmiar, a dodatkowo jeszcze dostajemy sól.

Dalej w składzie są wiórki kokosowe - to chyba obok płatków owsianych jedyne wartościowe i naturalne składniki. Ale nie ma się co ekscytować, bo wiórki są na końcu składu, więc za dużo ich w naszym produkcie nie ma.

Na koniec crunchy posolono, zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem. Jest tu jeszcze emulgator - lecytyna sojowa. Jest to mieszanka fosfolipidów, pozyskiwanych w procesie przetwarzania soi. Lecytyna sojowa pomaga utrzymać razem składniki słodyczy, sprawia też, że ciasto staje się mniej lepkie i lepiej wyrasta. Problem w tym, że ziarna soi mają jeden z najwyższych wskaźników zanieczyszczenia pestycydami wszelkich upraw, a do tego soja jest modyfikowana genetycznie. Co powoduje lecytyna sojowa? Problemy żołądkowe, wysypki, zawroty głowy, niewyraźne widzenie. Niewskazana jest także dla kobiet w ciąży i karmiących. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z soją uprawianą bez pestycydów i nie modyfikowaną genetycznie, powyższych efektów ubocznych nie musimy się obawiać, ale jakoś nie wierzę w ekologiczną soję w naszym pseudo naturalnym crunchy.

Ostatni na liście składników jest aromat. Nie mam wątpliwości, że sztuczny, bo inaczej byłoby to zaznaczone na opakowaniu (aromat naturalny). Dostajemy więc sztuczny zapach, żeby pobudzić apetyt i zjeść więcej.

Coś na ząb jest kompletnym śmieciem, zboża na zdjęciu powinny być tu przekreślone toksycznym pomarańczowym krzyżykiem, takim samym jak na Domestosie. "Wysoka zawartość błonnika", którą chwali się producent to nic w porównaniu do paskudnych składników całej mieszanki. Dziękuję. Nie zjem. Do widzenia.







czwartek, 31 lipca 2014

Kwiaty od ukochanego mężczyzny

Nie ma co tu dużo pisać. Kwiaty od ukochanego mężczyzny, tak po prostu, bez okazji, po powrocie z pracy - bezcenne!


piątek, 18 lipca 2014

Letnie małosolne

Zawsze kupowałam na pobliskim ryneczku małosolne ogórki latem i zjadałam od razu jednego, jeszcze zanim skończyłam zakupy. W tym roku postanowiłam wyprodukować własne. 

3-litrowy słoik, w którym w zeszłym roku zalewałam maliny na nalewkę, wypełniłam teraz kilogramem ogórków gruntowych. Do tego dodałam bukiet przypraw (koper, liście i kawałek chrzanu, główkę czosnku). Wszystko ułożyłam ciasno w słoiku i zalałam przegotowaną i przestudzoną osoloną wodą. Na każdy litr wody dodałam kopiastą łyżkę soli. Wody ma być tyle, żeby przykryła w całości ogórki. Oczywiście kilka mniejszych egzemplarzy zaczęło wypływać na powierzchnię, więc musiałam je porządnie wcisnąć w ścianki słoika. Jeżeli jakiś ogórek wystaje z wody, to się zepsuje. 

We wtorek wieczorem zalałam ogórki i zamknęłam słoik. Po trzech dniach woda zmętniała, co oznacza, że można spróbować ogórka. Hmmmm....... Jeszcze brakuje jednego dnia, choć już lekko się zakisiły. 

Nie ma to jak ogórek prosto ze słoika. Do tego dobrze wplywa na przewód pokarmowy i zawiera mnóstwo witaminy C. Truskawki już się skończyły w tym sezonie, ale bywało, że miałam ochotę jednocześnie na truskawki i ogórki małosolne. Jednak to już zupełnie inna historia;)




niedziela, 29 czerwca 2014

Eko perfumy

Od dawna zastanawiałam się, czy istnieją prawdziwe ekologiczne perfumy. Nie jakieś tam zwykłe kwiatowe wody toaletowe, ale prawdziwe perfumy, takie jak w Sephorze, ale nie toksyczne, bez ukrytych ftalanów, parabenów i tym podobnych. Znalazłam w warszawskiej Missali pierwsze oznaki wiosny - mają dwie fiolki perfum z ecocertem. Ceny porównywalne do niszowych zapachów. Akurat cytrusowe zapachy nie przypadły mi do gustu. Postanowiłam szukać dalej. Okazało się, że jest kilka marek, które produkują perfumy, gdzie kompozycje zapachowe są pochodzenia naturalnego. Nie da się z tego stworzyć tak bogatej gamy zapachów, a w przypadku chemicznych perfum, ale mamy jakąś alternatywę. Szkoda tylko, że w Polsce tak trudno je dostać. Poza Warszawą to praktycznie niemożliwe. 
Mój nabytek pochodzi z Londynu. Marka Honores des Pres chwali się swoimi naturalnymi perfumami. W niczym nie odbiegają od luksusowych buteleczek w oryginalnym opakowaniu. Mój zapach? Trudno go opisać. Jest dość wytrawny, lekko korzenny, żadnych słodkich kwiatów, za którymi nie przepadam. Zapach nie jest trwały, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Latem to wręcz zaleta, zamiast unoszącej się godzinami dusznej woni. 
Będę szukać kolejnych naturalnych zapachów, choć mniej trwałe, są wyjątkowe i niepowtarzalne. Żadna kobieta nie będzie pachnieć podobnie jak ja;)


niedziela, 25 maja 2014

Maść na alegię, otarcia, zaczerwienienia

Potrzebna mi była na gwałt maść dla zaczerwienienionej delikatnej skóry. Czasami zdarza się reakcja alergiczna na przeróżne rzeczy: depilacja, konserwanty w kosmetykach, czy jedzeniu, płyn do prania, a nawet taśma klejąca do opatrunku. Swędzenie, pieczenie, czerwona skóra, potem drapiemy i gotowa łuszcząca się skóra ze stanem zapalnym. Czyli jest coraz gorzej. Musiałam szybko działać. 
Skusiła mnie maść bez sterydów i z wyraźnym oznaczeniem 100% pochodzenia naturalnego. Przeczytałam skład i kupiłam bez zastanowienia. Maść okazała się strzałem w dziesiątkę. Po pierwszej aplikacji zaczerwienienie i swędzenie ustąpiło. Maść się szybko wchłania, więc można od razu założyć ubranie, nie ma też żadnego zapachu, co odbieram na plus. Ma odpowednią konsystencję kremu, ale niezbyt gęstego. Kilka dni smarowania zaczerwienionego miejsca wystarczyło. Maści zostało jeszcze sporo w tubce, na pewno warto mieć takie remedium w domu, zamiast biec do dermatologa po antybiotyki i sterydy. 

poniedziałek, 19 maja 2014

Bez fluoru

Pasty do zębów używam na zmianę - raz z fluorem, raz bez. Oczywiście duzo łatwiej jest znaleźć pastę z fluorem. Ale podejmuję wyzwanie i szukam past bez fluoru, żeby nie być za bardzo uległą. 
Tak, tak, naczytałam się w internecie spiskowych teorii na temat fluoru i uważam, że coś w tym jest. Podobno podczas II wojny światowej fluor był używany jako swego rodzaju broń chemiczna. Dodany do wody pitnej w obozach koncentracyjnych powodował, że więźniowie byli bardzie ulegli, mieli mniejsze tendencje wolnościowe, łatwiej było nimi manipulować. Tymi odkryciami dzielił się ponoć Hitler ze Stalinem, a po wojnie całą dokumentację na ten temat mieli przejąć Amerykanie. I kto ma dziś fluoryzowaną wodę w kranach? Amerykanie właśnie. 
Tak, czy inaczej, od czasu do czasu warto zrobić sobie przerwę od fluoru. Zęby od tego na pewno nie wypadną. Ostatnim moim odkryciem jest miętowa pasta Green People. Kupiłam ją w niewielkim sklepiku ze zdrową żywnością. Ma miętowy zapach, konsystencją nie odbiega od tradycyjnych past do zębów, pozostawia w ustach uczucie świeżości. No i przy okazji ćwiczę asertywność;)


czwartek, 10 kwietnia 2014

W duecie

Nabyłam jakiś czas temu osławioną szczoteczkę clarisonic. Przeczytałam o niej najpierw w książce - poradniku na temat stylu i dobrego smaku. To była jedyna rzecz, którą autorka szczerze z nazwy polecała. Tym bardziej mnie to zaintrygowało. Mam model starszy, z jednym przelącznikiem. Wiem, że powstała wersja 2 z dwiema różnymi prędkościami szczoteczki. No ale skupmy się na samym urządzeniu.

Szczoteczka działa z produktem do mycia twarzy. Trzeba mieć coś, co się nadaje do spłukiwania. Odpadają tomiki i płyny micelarne. Odpada też firmowy żel clarisonic ze względu na nieekologiczny skład. Znalazłam więc ekologiczne mleczko do mycia twarzy, takie do splukiwania. Szczoteczka fajna, ale jakoś tak z tym mleczkiem szału nie było. Skończyło się na tym, że prawie porzuciłam szczoteczkę. Ale w prasie zaczęto pisać o clarisonicu, więc postanowiłam zrobić drugie podejście i zarazem zmienić produkt. Tym razem użyłam żelu do mycia twarzy Santaverde. I to był strzał w dziesiątkę. Dopiero zobaczyłam różnicę, jak czyste i gładkie miałam czoło po użyciu szczoteczki z tym żelem. 

Clarisonic używam raz dziennie, wieczorem. Najpierw zmywam makijaż płynem micelarnym. Trzeba dobrze zmyć oczy, bo używając szczoteczki omijamy okolice oczu i ust. Żel nakładam bezpośrednio na wilgotną szczoteczkę, zwilżam też wcześniej twarz i do dzieła. Ponieważ mam starszą wersję clarisonic, to muszę sama sobie liczyć czas - 20 sek. na czoło, po 10 sek. na nos o brodę, po 20 sek. policzki. Clarisonic sam się wyłączy po tym czasie. Żel pięknie pachnie i łatwo się rozprowadza. Gdy już szczoteczka się wyłączy, wmasowuję żel w całą twarz i spłukuję ciepłą wodą. Po wytarciu ręcznikiem widzę, jak ładnie jest oczyszczona. 

Żel Santaverde ma oczywiście fantastyczny ekologiczny skład. Z nim odkryłam clarisonic na nowo. 




sobota, 22 marca 2014

Warzywniak supersam

Zmieniłam nastawienie do zakupów. Kiedyś wszystko kupowałam w markecie pchając przed sobą wielki koszyk. Dziś moim podstawowym sklepem jest stoisko z warzywami na lokalnym ryneczku niedaleko domu. I nie chodzi wcale o same warzywa i owoce. 

Zaczęłam oczywiście od jabłek. W warzywniaku są dużo ładniejsze, jest większy wybór i nie są wcale droższe od tych marketowych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że najlepsze jabłka to Ligol i próbując rożne odmiany doszłam do tego samego wniosku. Są twarde, soczyste, nie za kwaśne i nie za słodkie. Do tego nie robią się zbyt szybko miękkie, a przekrojone i obrane ze skórki nie ciemnieją. W sklepach nie zawsze dostanę tę odmianę, a na ryneczku i owszem. Ale na jabłkami świat się nie kończy.

Chcę kupić polski, a nie chiński, czy portugalski czosnek - tylko ryneczek. Ładna marchew, czy włoszczyzna na rosół, świeży imbir, cytrusy, że nie wspomnę o sezonowych owocach. Do tego bakalie, kasze - na czele z moją ulubioną jaglaną, do tego o połowę taniej niż 400-gramowy kartonik z woreczkami ze sklepowej półki. Nigdzie indziej nie widać tak dobrze czterech pór roku jak w warzywniaku. I nie zamkniętych w słoikach, w których przy okazji siedzi kwasek cytrynowy, czy inny cytrynian sodu. Zresztą idąc teraz na zakupy oczami wyobraźni widzę już słoiki, które sama zrobię. 

I tak w mojej lodówce jest aktualnie pyszny egzotyczny krem daktylowo-rodzynkowy, który świetnie sprawdza się jako dżem, dodatek do lodów, czy kaszy jaglanej na śniadanie. Jak patrzę na pomarańcze, to mam ochotę zrobić konfiturę pomarańczową. Świeża żurawina aż się prosi o nalewkę. Natka pietruszki będzie do rosołu i sałatki z dzikim ryżem. Za każdym razem kupuję też awokado, które dojrzewa kilka dni w domu, aż zrobię z niego pyszną sałatkę. 

Nigdy nie przypuszczałam, że jedno stoisko będzie dla mnie źródłem tylu kulinarnych inspiracji i zastąpi mi większość zakupów hipermarketowych. Wpadłam na to w momencie, gdy kupiłam ulubiony dżem pomarańczowy z hasłem fairtrade, a tu w składzie niepotrzebne konserwanty. Tyle, ile mogę robię sama, ale nie oznacza to, że nocuję w kuchni. Z audiobookiem na uszach robienie przetworów i nalewek to czysta przyjemność. Ostatnio poszłam do zwykłego sklepu spożywczego, żeby kupić puste słoiki. Słońce wyszło. Zaczynam nowy sezon na przetwory. 


środa, 19 marca 2014

Kolejny uzależniacz

Są takie kosmetyki ekologiczne, które na pierwszy rzut oka mnie nie powalają. Podchodzę do nich nieco sceptycznie, a potem nagle niczym wulkan namiętności rodzi się obsesja ich używania i wpadam w kompletny i bezwarunkowy zachwyt nad nimi. Zapach, który na początku był tylko oryginalny (żeby nie powiedzieć nieciekawy), zrobił się zniewalający. Odkrywam kolejne zastosowania takiego kosmetyku i jestem coraz bardziej od niego uzależniona. Tym razem jest to masło shea. 

Miałam ich kilka, tańsze i droższe wersje. Czasami było zbyt twarde i zniechęcalam się do używania, bo rozsmarowanie masła na ciele okazywało się nie lada wyzwaniem. Pudełeczko z masłem shea od eiei to prawdziwy Bentley wsród tego typu produktów. Najpierw zachwyciła mnie konsystencja. Przyzwyczaiłam się, że masło shea jest twarde i muszę się z nim nameczyć, zanim uda mi się je wsmarować w pół łokcia. Tym razem było inaczej. Jest jak świeżo ubita gęsta puszysta śmietana. Ale inaczej być nie może, bo jest nierafinowane i ręcznie ubijane. Zapach za każdym razem podobał mi się coraz bardziej. Zaliczam go do aromatów takich jak mydło Aleppo i olej arganowy. Czysty naturalny, choć charakterystyczny zapach, którego trzeba się nauczyć, a potem sam pozwoli się polubić. Jeżeli nie odpowiadają nam sztuczne odświeżacze powietrza, to jesteśmy na dobrej zapachowej drodze. 
Masło eiei mimo tłustej na początku konsystencji szybko się wchłania, wręcz całkowicie. Zastosowania odkrywam codziennie nowe. Na łokcie, kolana i stopy. Do skórek wokół paznokci i do ust. Na brzuch, biust i nogi. Och, to pewnie nie koniec. To z pewnością najlepsze masło shea, jakie miałam do tej pory. 


czwartek, 6 marca 2014

Kropla (nie)zdrowia


W sklepie z ekologoczną żywnością zobaczyłam nową markę: Kropla zdrowia. Od razu chwyciłam pierwszy lepszy produkt na półce, żeby się przyjrzeć nowościom. Rozczarowanie przyszło dość szybko. Peeling do ciała z olejkiem arganowym ma w składzie rakotwórcze Cocamide DEA. Zresztą składnik ten jest tam zupełnie niepotrzebny. Do tego wprowadzające w błąd oznaczenia, że nie zawiera parabenów, czy ftalanów, czyli taka papką informacyjna dla tych, którzy nie mają ochoty czytać dokładnie składów i nie orientują się, że w peelingach do ciała parabeny się raczej nie zdarzają. Najbardziej rozbawiło mnie jednak stwierdzenie, że nie zawiera genetycznie modyfikowanych organizmów. Przecież w kosmetykach nie ma żadnych organizmów!
Do tego wszystkiego robiąc zdjęcia w sklepie, ekspedientka zwróciła mi uwagę, że nie wolno robić zdjęć. Przygotowana na taką ewentualność zapytam grzecznie, na jakiej podstawie. Ona, że to regulamin centrum handlowego, a ja na to, że jest niezgodny z kodeksem cywilnym. Oczywiście w Polsce nie ma takiego przepisu, który zabrania fotografowania produktów w jakimkolwiek sklepie. Pani była skonsternowana i nie bardzo wiedziała, co ze mną począć w tej sytuacji. Zrobiłam więc zdjęcia i sobie poszłam. A Kropla zdrowia na pewno nie zagości w mojej łazience. 



piątek, 21 lutego 2014

Bardzo zły przykład

Tak paskudnego składu dawno nie widziałam. Lista składników tego szamponu i żelu do kąpieli jest jak lista rakotwórczych składników, których należy unikać. Ale to jeszcze nic. Na końcu mamy ostrzeżenie: contains Formaldehyde, czyli zawiera formaldehyd. Kto zwraca uwagę na takie ostrzeżenia? Kto zastanawia się, co to naprawdę znaczy, że zawiera formaldehyd? 
Formaldehyd ma kilka nazw: aldehydy mrówkowy, formalina, a na liście składników kosmetyków występuje pod takimi pseudonimami, jak: Diazolidinyl Urea, DMDM Hydantoin, Imidazolidinyl Urea. Jest to substancja doskonale konserwująca i odporna na bakterie. Idealnym przykładem konserwowania jest znana z lekcji biologii martwa żabka w szklanym słoiku wypełnionym przezroczystym płynem. Ten płyn to właśnie formalina. Stosowana zbyt intensywnie w preparatach do paznokci (w często tam też występuje jako Formaldehyde Resin) może spowodować oddzielenie płytki paznokciowej od łożyska. 
Jest to substancja toksyczna i rakotwórcza. Zestaw szampon i żel do kąpieli prezentuję ku przestrodze. Na domiar złego linia nazywa się pure, na opakowaniu lata sobie motylek, a przezroczysty i zielony kolor kojarzą nam się ze zdrowymi naturalnymi produktami. Niestety nic bardziej mylnego. Zastanawiam się, co zrobić z tym toksycznym duetem. Może wyszoruję tym toaletę, bo chyba nawet szkoda myć takim szamponem pędzle do makijażu...




czwartek, 13 lutego 2014

Pachnący prezent z Kambodży

Dostałam w prezencie naturalne mydełka z Kambodży. Bardzo ładne, ręcznie robione, ale nie to urzekło mnie w nich najbardziej. Nie zaczęłam ich jeszcze używać, tylko włożyłam do szafy w sypialni. Od tej pory czuję cudownie owocowy zapach, który jest intensywny, ale nie nachalny.
Szkoda tylko, że nie można ich dostać gdzieś bliżej, bo kupiłabym od razu z 10 sztuk. Akurat Kambodża nie jest aktualnie moim ulubionym kierunkiem;)


piątek, 7 lutego 2014

The best of 2013

Oto moje ulubione kosmetyki w 2013 roku. Nie dzielę mojego subiektywnego rankingu na kategorie, tylko wymieniam te kosmetyki, które się sprawdziły, do których chętnie wrócę, patenty, które odkryłam i po prostu te, które mi się spodobały:

  • mydło Aleppo - mieszanka oleju laurowego i oliwy z oliwek jest zbawienna dla mojej skóry. Jestem uzależniona od tego mydła. Najczęściej kupuję stężenie 40-50%. Sprawdzony sklep to mydlarnia u Franciszka (radzę uważać  na podróbki, gdzie stężenie oleju laurowego to kilka procent) mydło aleppo
  • krem na bazie oleju z awokado - najpierw kupiłam krem Logona ale potem odkryłam tańszy odpowiednik krem alverde Minusem jest tylko to, że alverde nie ma w Polsce, ale można kupić na allegro. Oba kremy mają olej z awokado na drugim miejscu w składzie. Krem jest doskonały na przesuszoną skórę dłoni, na łokcie, na drobne otarcia naskórka. Taki mój niezbędnik w łazience.
  • płyn do higieny intymnej Argital - firma mało znana, dystrybutor w Polsce ma paskudną stronę, ale płyn jest rewelacyjny płyn Argital Kwas mlekowy wysoko w składzie, przyjemnie chłodzi i odświeża. Teraz kupuję po kilka na zapas.
  • glinka brązowa Logona - jedno opakowanie starczyło mi na kilka miesięcy, używałam jako peeling do mycia ciała i twarzy, ma zniewalający zapach. Aktualnie nie posiadam, ale czuję, że już mi jej brakuje glinka brązowa Logona
  • odżywka do włosów Alverde - niestety znika z rynku, a wielka szkoda, bo to naprawdę świetny produkt. Ma gęstą konsystencję, bardziej maska niż lekka odżywka, dlatego należy ją nakładać na same końcówki odżywka Alverde
  • puder Jadwiga - PR mają fatalny, bardzo trudno dostać te produkty, nawet nie wiem, jaka jest cała gama kosmetyków tej firmy, ale puder jest wart polecenia. Matuje, ma lekko beżowy odcień, duże i niedrogie opakowanie, prosty i dobry skład. Używałam go ponad rok, jest bardzo wydajny puder Jadwiga
  • peeling do ciała z fusów do kawy - tanio, ekologicznie, z pobudzającym zapachem kawy. Nie trzeba wiele tłumaczyć. Bierzemy zużyte fusy z ekspresu ciśnieniowego i idziemy pod prysznic. Przyjemny masaż i orzeźwiający zapach kawy gwarantują dobre samopoczucie. Trzeba tylko umyć wannę/prysznic potem, bo fusy są dosłownie wszędzie.
Oczywiście używałam też mnóstwo innych kosmetyków, ale te szczególnie zwróciły moją uwagę i uważam je za warte podkreślenia. W tym roku będą na pewno nowi faworyci. Już mam nawet kilku kandydatów, ale do końca roku jeszcze sporo czasu...

sobota, 1 lutego 2014

Santaverde na mróz

Santaverde słynie z tego, że wszystkie produkty są na bazie aloesu, ale nie aloes w ilościach szczątkowych, tylko prawdziwy sok z ekologicznych upraw i to na pierwszm miejscu w składzie. Wtedy można z czystym sumieniem powiedzieć, że krem jest na bazie aloesu. Moja mama hoduje na parapecie aloes, ale ja wolę ten aloes mieć już łazience w kremie. Zwłaszcza zimą, kiedy mam czerwony nos i suche dłonie. 
Wprawdzie noszę rękawiczki, ale przy temperaturze -12 stopni i tak mam spierzchnięte dłonie. Oczywiście mogłabym sobie podgrzać oliwę z oliwek i moczyć ręce, ale zwyczajnie mi się nie chce tego robić. Dlatego nieustannie szukam dobrego kremu do rąk na zimę. I w końcu taki znalazłam. Szybko się wchłania, ma gęstą konsystencję, ale nie zostawia tłustej warstwy. Do rąk to mój zimowy niezbędnik.
Oprócz dłoni zadbałam też o skórę twarzy w środku zimy. Bogaty krem aloesowy zaczęłam stosować na noc, bo obawiałam się, że mógłby być za tłusty na dzień pod makijaż. Szczerze mówiąc miałam też lekkie obawy, co będzie z moją tradzikową cerą. Zupełnie niesłusznie. Zdziwiłam się nawet, gdy załagodził moje krostki. 
Na zmarszczki na szyi, z którymi walczę niemal od urodzenia, postanowiłam zastosować odżywczą maseczkę. Cóż, wiem, że nie znikną z dnia na dzień, ale odżywiona i nawilżona skóra szyi to coś, co wprawia mnie w dobry nastrój.


niedziela, 19 stycznia 2014

Domowy ulubiony peeling do ciała

Nie przepadam za poradami typu wylej na głowę dwa żółtka, a potem spłucz to octem. Może i włosy będą po tym zabiegu lśniące i miękkie, ale mnie ta mikstura przyprawia o mdłości. Dlatego z rezerwą podchodzę do własnej produkcji kosmetyków. Ale są tu pewne wyjątki. 
Jednym z nich jest peeling do ciała. Dwie łyżki soli morskiej gruboziarnistej mieszam z dwiema łyżkami oleju kokosowego. I koniec. Żadnych więcej dodatków. Prosty przepis. Ten peeling stosuję na suche ciało pod prysznicem. Sól przyjemnie drapie, ale jej ostrość łagodzi olej kokosowy. Szoruję się dokładnie od stóp do ramion, a potem biorę normalny prysznic. Gładkie ciało gwarantowane!

niedziela, 12 stycznia 2014

Moje lektury w zeszłym roku

W wyniku splotu różnych okoliczności (przewidzianych i tych niespodziewanych) na początku zeszłego roku postanowiłam nadrobić zaległości książkowe. Zapisałam się do swojej dawnej biblioteki (chodziłam tam jako dziecko) i podjęłam wyzwanie, żeby czytać jedną książkę tygodniowo, czyli przeczytać 52 książki w ciągu roku. Udało mi się całkiem nieźle, bo skończyłam rok z wynikiem 58. Wyzwanie do czytania książek polecam wszystkim, niezależnie od wyniku. A oto moje pozycje książkowe z zeszłego roku:

1/52 Władca much - William Golding
2/52 Rzymianka - Alberto Moravia
3/52 Charlie - Stephen Chbosky
4/52 Pięćdziesiąt twarzy Greya - E. L. James
5/52 Moskwa Pietuszki - Wieniedikt Jerofiejew
6/52 Pałac lodowy - Tarjei Vesaas
7/52 Azazel - Boris Akunin
8/52 Kręciek i plankton - Boris Vian
9/52 Kobiety - Charles Bukowski
10/52 Królowa południa - Arturo Perez Reverte
11/52 Dlaczego faceci kochają zołzy - Sherry Argov
12/52 Gambit turecki - Boris Akunin
13/52 Cwaniary - Sylwia Chutnik
14/52 Biała lwica - Henning Mankell
15/52 Kolor magii - Terry Pratchett
16/52 Morderca bez twarzy - Henning Mankell
17/52 Nowe przygody Mikołajka - Rene Goscinny, Jean-Jacques Sempe
18/52 Kobiety, które kochają za bardzo - Robin Norwood
19/52 Obietnica poranka - Romain Gary
20/52 Blask fantastyczny - Terry Pratchett
21/52 Ostatnia bitwa Templariusza - Arturo Perez Reverte
22/52 Łup (opowiadanie) - Jeffrey Archer
23/52 Poszerzenie pola walki - Michel Houellebcq
24/52 Wilk stepowy - Hermann Hesse
25/52 Wszystko jest po coś - Mira Suchodolska, Krzysztof Ziemiec
26/52 Bez pożegnania - Harlan Coben
27/52 Jedyna szansa - Harlan Coben
28/52 Paragraf 22 - Joseph Heller
29/52 Niewinny - Harlan Coben
30/52 Picie. Opowieść o miłości - Caroline Knapp
31/52 Tylko jedno spojrzenie - Harlan Coben
32/52 Hipnotyzer - Lars Kepler
33/52 Wszyscy mamy tajemnice - Harlan Coben
34/52 Laska nebeska - Mariusz Szczygieł
35/52 Sprawa Colliniego - Ferdinand von Schirach
36/52 Powrót nauczyciela tańca - Henning Mankell
37/52 Kafka nad morzem - Haruki Murakami
38/52 Piana złudzeń - Boris Vian
39/52 Czarny kot - Edgar Allan Poe
40/52 Przypadki Robinsona Crusoe - Daniel Defoe
41/52 Niespokojny człowiek - Henning Mankell
42/52 Księżniczka z lodu - Camilla Lackberg
43/52 Hotel Świętego Augustyna - Irvin Shaw
44/52 Cmentarz w Pradze - Umberto Eco
45/52 Ostatni ślad - Charlotte Link
46/52 Mężczyzna, który się uśmiechał - Henning Mankell
47/52 Bezcenny - Zygmunt Miłoszewski
48/52 Lekcje Madame Chic - Jennifer L. Scott
49/52 Zostań przy mnie - Harlan Coben
50/52 Klub Dumas - Arturo Perez Reverte
51/52 Marzenia i tajemnice - Danuta Wałęsa
52/52 Handlowałem kobietami - Antonio Salas
53/52 Niewidzialny - Mari Jungstedt
54/52 Margot - Michał Witkowski
55/52 Uwikłanie - Zygmunt Miłoszewski
56/52 Bracia Sisters - Patrick deWitt
57/52 Jutro możesz zniknąć - Lee Child
58/52 61 godzin - Lee Child.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Aloes na odporność

Udało mi się wkroczyć w Nowy Rok bez przeziębienia, choć pogoda (dodatnia temperatura w styczniu!) sprzyja wirusom i bakteriom. Na dodatek jeszcze w grudniu brałam antybiotyk, czego nie lubię, ale akurat nie miałam wyboru. Postanowiłam się wzmocnić i jeszcze w trakcie kuracji antybiotykowej brałam tabletki na uzupełnienie prawidłowej flory bakteryjnej w organizmie. Ale na tym nie poprzestałam. Zaczęłam pić na czczo czysty ekologiczny sok z aloesu. W smaku jest neutralnie niesłodki, nawet lekko gorzki, ale mnie to nie przeszkadzało. Butelkę wypiłam w niecałe dwa tygodnie, ale widzę teraz efekty. Wokół mnie wszyscy kichają i trąbią w chusteczki, a ja nie. I o to właśnie mi chodziło:)