sobota, 22 marca 2014

Warzywniak supersam

Zmieniłam nastawienie do zakupów. Kiedyś wszystko kupowałam w markecie pchając przed sobą wielki koszyk. Dziś moim podstawowym sklepem jest stoisko z warzywami na lokalnym ryneczku niedaleko domu. I nie chodzi wcale o same warzywa i owoce. 

Zaczęłam oczywiście od jabłek. W warzywniaku są dużo ładniejsze, jest większy wybór i nie są wcale droższe od tych marketowych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że najlepsze jabłka to Ligol i próbując rożne odmiany doszłam do tego samego wniosku. Są twarde, soczyste, nie za kwaśne i nie za słodkie. Do tego nie robią się zbyt szybko miękkie, a przekrojone i obrane ze skórki nie ciemnieją. W sklepach nie zawsze dostanę tę odmianę, a na ryneczku i owszem. Ale na jabłkami świat się nie kończy.

Chcę kupić polski, a nie chiński, czy portugalski czosnek - tylko ryneczek. Ładna marchew, czy włoszczyzna na rosół, świeży imbir, cytrusy, że nie wspomnę o sezonowych owocach. Do tego bakalie, kasze - na czele z moją ulubioną jaglaną, do tego o połowę taniej niż 400-gramowy kartonik z woreczkami ze sklepowej półki. Nigdzie indziej nie widać tak dobrze czterech pór roku jak w warzywniaku. I nie zamkniętych w słoikach, w których przy okazji siedzi kwasek cytrynowy, czy inny cytrynian sodu. Zresztą idąc teraz na zakupy oczami wyobraźni widzę już słoiki, które sama zrobię. 

I tak w mojej lodówce jest aktualnie pyszny egzotyczny krem daktylowo-rodzynkowy, który świetnie sprawdza się jako dżem, dodatek do lodów, czy kaszy jaglanej na śniadanie. Jak patrzę na pomarańcze, to mam ochotę zrobić konfiturę pomarańczową. Świeża żurawina aż się prosi o nalewkę. Natka pietruszki będzie do rosołu i sałatki z dzikim ryżem. Za każdym razem kupuję też awokado, które dojrzewa kilka dni w domu, aż zrobię z niego pyszną sałatkę. 

Nigdy nie przypuszczałam, że jedno stoisko będzie dla mnie źródłem tylu kulinarnych inspiracji i zastąpi mi większość zakupów hipermarketowych. Wpadłam na to w momencie, gdy kupiłam ulubiony dżem pomarańczowy z hasłem fairtrade, a tu w składzie niepotrzebne konserwanty. Tyle, ile mogę robię sama, ale nie oznacza to, że nocuję w kuchni. Z audiobookiem na uszach robienie przetworów i nalewek to czysta przyjemność. Ostatnio poszłam do zwykłego sklepu spożywczego, żeby kupić puste słoiki. Słońce wyszło. Zaczynam nowy sezon na przetwory. 


środa, 19 marca 2014

Kolejny uzależniacz

Są takie kosmetyki ekologiczne, które na pierwszy rzut oka mnie nie powalają. Podchodzę do nich nieco sceptycznie, a potem nagle niczym wulkan namiętności rodzi się obsesja ich używania i wpadam w kompletny i bezwarunkowy zachwyt nad nimi. Zapach, który na początku był tylko oryginalny (żeby nie powiedzieć nieciekawy), zrobił się zniewalający. Odkrywam kolejne zastosowania takiego kosmetyku i jestem coraz bardziej od niego uzależniona. Tym razem jest to masło shea. 

Miałam ich kilka, tańsze i droższe wersje. Czasami było zbyt twarde i zniechęcalam się do używania, bo rozsmarowanie masła na ciele okazywało się nie lada wyzwaniem. Pudełeczko z masłem shea od eiei to prawdziwy Bentley wsród tego typu produktów. Najpierw zachwyciła mnie konsystencja. Przyzwyczaiłam się, że masło shea jest twarde i muszę się z nim nameczyć, zanim uda mi się je wsmarować w pół łokcia. Tym razem było inaczej. Jest jak świeżo ubita gęsta puszysta śmietana. Ale inaczej być nie może, bo jest nierafinowane i ręcznie ubijane. Zapach za każdym razem podobał mi się coraz bardziej. Zaliczam go do aromatów takich jak mydło Aleppo i olej arganowy. Czysty naturalny, choć charakterystyczny zapach, którego trzeba się nauczyć, a potem sam pozwoli się polubić. Jeżeli nie odpowiadają nam sztuczne odświeżacze powietrza, to jesteśmy na dobrej zapachowej drodze. 
Masło eiei mimo tłustej na początku konsystencji szybko się wchłania, wręcz całkowicie. Zastosowania odkrywam codziennie nowe. Na łokcie, kolana i stopy. Do skórek wokół paznokci i do ust. Na brzuch, biust i nogi. Och, to pewnie nie koniec. To z pewnością najlepsze masło shea, jakie miałam do tej pory. 


czwartek, 6 marca 2014

Kropla (nie)zdrowia


W sklepie z ekologoczną żywnością zobaczyłam nową markę: Kropla zdrowia. Od razu chwyciłam pierwszy lepszy produkt na półce, żeby się przyjrzeć nowościom. Rozczarowanie przyszło dość szybko. Peeling do ciała z olejkiem arganowym ma w składzie rakotwórcze Cocamide DEA. Zresztą składnik ten jest tam zupełnie niepotrzebny. Do tego wprowadzające w błąd oznaczenia, że nie zawiera parabenów, czy ftalanów, czyli taka papką informacyjna dla tych, którzy nie mają ochoty czytać dokładnie składów i nie orientują się, że w peelingach do ciała parabeny się raczej nie zdarzają. Najbardziej rozbawiło mnie jednak stwierdzenie, że nie zawiera genetycznie modyfikowanych organizmów. Przecież w kosmetykach nie ma żadnych organizmów!
Do tego wszystkiego robiąc zdjęcia w sklepie, ekspedientka zwróciła mi uwagę, że nie wolno robić zdjęć. Przygotowana na taką ewentualność zapytam grzecznie, na jakiej podstawie. Ona, że to regulamin centrum handlowego, a ja na to, że jest niezgodny z kodeksem cywilnym. Oczywiście w Polsce nie ma takiego przepisu, który zabrania fotografowania produktów w jakimkolwiek sklepie. Pani była skonsternowana i nie bardzo wiedziała, co ze mną począć w tej sytuacji. Zrobiłam więc zdjęcia i sobie poszłam. A Kropla zdrowia na pewno nie zagości w mojej łazience.