poniedziałek, 29 września 2014

Pielęgnacja za dwoje

No i mamy taką sytuację, że trzeba zacząć pielęgnować skórę za dwoje, dbać o elastyczność i jędrność, jak nigdy przedtem.

Rosnący brzuch ciążowy ma to do siebie, że nie od razu widać zwiększoną potrzebę pielęgnacji. Przed niechcianymi rozstępami uratować nas może nawyk systematycznego wcierania oliwki (oczywiście tylko z olejów roślinnych, a nie opartej na wysuszającej parafinie) albo dobrego balsamu do ciała. O ile przed ciążą, smarowanie raz dziennie wystarczy, to w ciąży polecam rano i wieczorem. Oliwka to podstawa. Ale jest i nadbudowa. Z miesiąca na miesiąc brzuszek rośnie, staje się napięty i wymaga odpowiedniej troski i pielęgnacji. Przy czym nie należy zapominać o pośladkach, biodrach i udach. Mam kilka koleżanek, które popełniły ten błąd i cieszyły się gładkim brzuchem, a rozstępy zrobiły się po bokach. Dlatego wcieram oliwkę w całe ciało oraz specjalny balsam pielęgnacyjny dla kobiet w ciąży w miejsca newralgiczne. Balsam Pat&Rub jest bez zapachu, co jest jego wyjątkową zaletą, bo większość zapachów mnie aktualnie drażni i dosłownie wszędzie szukam wersji fragrance-free. Nie powiem, żeby wchłaniał się błyskawicznie, ale po kilku minutach wcieram go ponownie i już nie pozostawia żadnych śladów.

Oprócz balsamu dla ciężarówek zachwycił mnie też krem z masłem shea dla mamy i dziecka L'Occitane (przy czym mama zużyje pewnie całą tubkę, zanim dziecko przyjdzie na świat). Używam go do pielęgnacji twarzy i szyi. Delikatna, lekka konsystencja i brak zapachu to niekwestionowane zalety. Pomijam oczywiście fakt, że oba produkty są bezpieczne jeśli chodzi o listę składników i nie muszę się martwić, że jakieś toksyczne składniki przenikną przez moją skórę do maleństwa.

poniedziałek, 15 września 2014

Redaktor Semka i kurczak marokański

W jednym z popularnych tygodników zobaczyłam słoiczek przypraw z Marks&Spencer i intrygujący tekst na temat pieczonego kurczaka z marokańskimi przyprawami. Lubię produkty spożywcze od M&S, sporo słoiczków ma dobry skład, choć nie wszystko, więc zawsze czytam przed zakupem listę składników. Tym razem redaktor Piotr Semka wyjątkowo ciekawie opisał egzotyczną mieszankę przypraw i zachęcił mnie do upieczenia aromatycznego kurczaka niczym z bazaru w Marrakeszu.

Cóż, pisanie idzie panu redaktorowi znacznie lepiej niż gotowanie. Przepis okazał się porażką. Aromat północnej Afryki bynajmniej nie unosił się w mojej kuchni. Przekrojone połówki cytryn, którymi obłożyłam kurczaka sprawiły, że zamiast się upiec, kurczę się ugotowało od spodu w sosie cytrynowym. Jedynie ten właśnie aromat był najbardziej wyczuwalny. Zakupione przyprawy marokańskie z M&S czekają na nowe wyzwanie, a przepis redaktora Semki niestety powędrował do kosza.

poniedziałek, 8 września 2014

Chleb bez mąki

Lektura książki o szkodliwości pszenicy i pszenicznym brzuchu wciąż przede mną, ale postanowiłam już sprawdzić, czy da się zjeść chleb bez mąki. I nie mam na myśli razowego, orkiszowego, czy innego ciemnego chleba, tylko prawdziwy chleb upieczony bez dodatku mąki.

O dziwo, nie musiałam szukać długo. Znalazłam na lokalnym ryneczku. Kupiłam mały kawałek. Bardzo ciężki, zwłaszcza w porównaniu do lekkich pszennych bułeczek. Myślałam, że będzie się rozpadał, kruszył i będzie bez smaku. Nic podobnego. Fakt, że ma mnóstwo ziaren, co oznacza, że jeden kęs żuje się tyle, co całą pszenną bułkę. Najciekawsze jest jednak to, że ten chleb mi bardzo smakował, choć całe życie byłam przyzwyczajona do pszennego pieczywa. Nie jest to oczywiście smak francuskiej bagietki, ale chleb bez mąki okazał się zakakująco dobry. 

Znalazłam też go w delikatesach na stoisku z pieczywem. Okazało się, że klienci coraz częściej pytają o pieczywo bez mąki. Ludzie mają dość odgrzewanego w Biedronce i Lidlu półproduktu mrożonego, który trudno nawet nazwać chlebem. Dzisiejsza pszenica nie jest już taka sama jak choćby 50 lat temu. Rozważam całkowitą rezygnację z pszenicy. Pewnie od czasu do czasu i tak zjem pizzę, czy pastę, ale codzienną kanapkę mogę zmienić na bezmączną. 



poniedziałek, 1 września 2014

Cholewiński

Nie noszę podróbek. Po prostu nie lubię. Ale z oryginalnymi rzeczami pojawia się inny kłopot. Niestety renomowane koncerny modowe produkują często w Chinach. Zdarzyło mi się zakupić markową torebkę z wszywką made in China. Szydło wyszło z worka, gdy rączka nagle się urwała i odsłoniła "wnętrzności" konstrukcji. Byłam rozczarowana, ale z torebką Burberry pożegnałam się bez żalu.

Szukam więc torebki, która nie kosztuje fortuny, jest oryginalna i nie jest produkowana w Chinach, czy innym Bangladeszu. Nie uniknę ubrań i przedmiotów codziennego użytku z Chin, ale chcę mieć wybór tam, gdzie jest to możliwe. Przypadkowo weszłam do butiku z galanterią skórzaną Cholewiński. Sama nazwa "galanteria skórzana" brzmi trochę komunistycznie, ale nie zraziłam się. Dałam szansę, bo spodobała mi się jedna torba z wystawy. Obejrzałam kilka egzemplarzy i urzekło mnie perfekcyjne wręcz wykonanie. Nie miałam wątpliwości, że torebki są robione w Polsce, w zakładzie rzemieślniczym z tradycjami. Wszystkie szwy równe, skóra dobrej jakości (ach, ten zapach!), ładne zamki błyskawiczne, porządna podszewka równo wszyta. Już wiedziałam, że nie wyjdę stąd z niczym. Wybrałam (a w zasadzie mój ukochany ją wypatrzył, a na jego guście zawsze mogę polegać) jasny beż z brązowym paskiem. Jestem zachwycona. Pakowna, pięknie wykończona torba, produkowana w Polsce (ok, zadzwoniłam do firmy i się upewniłam, że tak właśnie jest). Mam nadzieję, że będzie mi długo służyć.