poniedziałek, 10 listopada 2014

Pigwa na ostatnią chwilę

Prawie przegapiłam w tym roku pigwę. Zauważyłam ją na ryneczku pewnego dnia, gdy już kończyłam zakupy i powiedziałam sobie: kupię następnym razem. Aż tu nagle pigwa się skończyła.

Na próżno zaczęłam jej wszędzie szukać. Dopiero w listopadzie znalazłam, ale pigwowca, na dodatek z Hiszpanii. Cóż, kupiłam 5 owoców na nalewkę. Kilka dni później w zupełnie innym miejscu zobaczyłam wystawioną przed warzywniakiem skrzynkę z dojrzałą pigwą pokrytą kutnerem (tak fachowo nazywa się drobny szary meszek, który ją pokrywa). Od razu kupiłam kilogram. Do szczęścia brakowało mi już tylko litra wódki (w ustach ciężarnej brzmi to dość dwuznacznie, ale uwierzcie mi, że jeszcze lepiej wyglądało, gdy zadowolona wyjmowałam ją z koszyka przy kasie dla ciężarnych i matek z małymi dziećmi).

W odróżnieniu do nalewki z pigwy, którą robiłam poprzednio, tym razem nie obierałam pigwy ze skóry, tylko dokładnie umyłam i oczyściłam z gniazd nasiennych. Przepis również nieco zmodyfikowałam. Po pierwsze, pomieszałam pigwę i owoce pigwowca (co dla niektórych ma znaczenie, a ja się przekonam pewnie najwcześniej pod koniec przyszłego roku). Dodałam też sok i miąższ z pomarańczy (bez pestek i bez skórki). Do tego wrzuciłam przekrojoną na pół laskę wanilii, wlałam miód (niecały duży słoik) i wszystko zalałam wspomnianym litrem wódki. Okazało się, że mój duży słoik nie pomieścił wszystkich owoców, za to zabrakło mi trochę wódki. Uzupełniłam więc całość spirytusem nalewkowym (60%).

Pozostały mi 2 pigwowce i 3 pigwy. Złapałam więc jeszcze 2 gruszki i usmażyłam z nich konfitury. Dodałam (eksperymentalnie) trochę otartej skórki z pomarańczy, która mi została, a całość posłodziłam brązowym cukrem musocvado (aktualnie przeżywam fascynację tym cukrem, wyraźny smak melasy na mnie działa).

Konfitury pewnie niedługo zostaną zjedzone, a nalewka poczeka sobie co najmniej do wiosny.


piątek, 7 listopada 2014

Krótki wykład dla położnych

Na kolejnych zajęciach ze szkoły rodzenia położna postanowiła mnie wyedukować na temat pielęgnacji noworodków. Obawiałam się (słusznie zresztą), że prędzej ja będę mogła jej przekazać jakieś cenne informacje na ten temat.

Zdaniem położnej (myślę, że jest to niestety zdanie większości naszych położnych) trzeba samemu dobrać odpowiednie kosmetyki dla malucha. Jedynym kluczem do tych eksperymentów na nowo narodzonym ciele jest (o zgrozo!) metoda prób i błędów. Położna powiedziała mniej więcej tak: - Najlepiej kupować kosmetyki dla dzieci z jednej serii, bo jak coś uczuli, czy podrażni skórę dziecka, to od razu wyrzuci Pani całą serię i kupi następną.
Metoda może i skuteczna (po jakimś czasie), tylko dlaczego mam eksperymentować na własnym dziecku i wydawać fortunę na kosmetyki, które będę wyrzucać do kosza, zanim trafię na te właściwe, które nie będą podrażniać, tylko pielęgnować skórę noworodka.

Moja odpowiedź jest jak zwykle zaskakująco prosta - trzeba czytać listę składników i po prostu nie kupować kosmetyków, które zawierają rakotwórcze (dla poprawnych politycznie nazwijmy je kontrowersyjne) składniki. Czyli zapominamy o Johnson&Johnson, Oilatum i Nivea. Tu zerknęłam na składy i wiem, że się na pewno nie nadają. Pierwsze dwa to recepta na wysuszenie skóry, a Nivea na odparzenia pieluszkowe zawiera methylisothiazolinone, które europejskie stowarzyszenie producentów kosmetyków (Cosmetics Europe) zaleca usunąć z produktów nie do spłukiwania z powodu szkodliwości dla zdrowia.

Najbardziej mnie denerwuje "kupowanie" szpitali przez koncerny, gdzie ulotki tych kosmetyków leżą w poczekalniach na porodówce. Przerażeni porodem rodzice zgarną ulotki i potem ładują byle co do koszyka w aptece czy drogerii, nieświadomi, że właśnie fundują sobie potencjalne kłopoty ze skórą dziecka, wizyty u lekarza i całą procedurą zmiany kosmetyków.

Dlatego dla noworodków powinno się wybierać takie kosmetyki, co do składu których nie mamy żadnych wątpliwości. Nawet co do składnika parfum, fragrance - co oznacza dowolną kompozycję zapachową (czyli mogącą powodować alergie). Czy są więc na rynku kosmetyki, które nadają się od pierwszego dnia życia, czy lepiej użyć do mycia maluchów oleju z pestek winogron (co rekomendują brytyjskie położne)? Nie mam nic przeciwko olejowi z pestek winogron, ale bezpieczne kosmetyki też chcę mieć. I takie mam. Pat&Rub - seria od pierwszego dnia, naprawdę od pierwszego dnia. Kosmetyki ekologiczne będę wdrażać dziecku od samego początku. Aktualnie czekają w łazience.

wtorek, 4 listopada 2014

Żel pod prysznic - the best ever

Nie sądziłam, że będę się zachwycać żelem pod prysznic. A jednak. Nie wszystkie są takie same. Albo inaczej - wszystkie są takie same same, a ten jest inny. John Masters Organics bezzapachowy. Mój aktualny faworyt. Szczerze wątpię, czy w najbliższej przyszłości jakiś inny produkt go przebije.

Przede wszystkim gęsta konsystencja. Tam się nie leje woda z butelki, tylko prawdziwy gęsty żel. Ale nie ma się co dziwić, bo oparty jest nie o wodę, a o żel z liści aloesu. Fantastycznie się rozprowadza na ciele. Przyjemnie się pieni. Brak zapachu jest tutaj zabiegiem celowym i postrzegam to zdecydowanie na plus. Używam od stóp do głów. Myję nim również twarz i doskonale się sprawdza. Żadnego wysuszenia, uczucia ściągnięcia skóry. Prysznic to czysta przyjemność. Do tanich nie należy, ale przy tak wzorowym składzie wybaczam wysoką cenę. W sumie to już za nim tęsknię, choć jestem po wieczornej kąpieli. Do zobaczenia jutro rano.