środa, 30 grudnia 2015

Walczę z trądzikiem

Na koniec roku postanowiłam rozprawić się z moimi niedoskonałościami, czyli po prostu paskudnymi pryszczami. 

Moja walka z trądzikiem zdecydowanie wykracza poza okres nastoletni i wciąż nie rozumiem, dlaczego przypisuje się mu atrybut młodzieńczości. Bo trądzik można mieć jeszcze długo po osiągnięciu pełnoletności, czego jestem najlepszym przykładem.

Od liceum mam pryszcze. Gdy chciałam iść na wagary, szłam do dermatologa i prosiłam o receptę na acnosan. Przy okazji dostawałam zwolnienie lekarskie na cały dzień. Dziś mogę się do tego przyznać;) Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że acnosan to taki spirytus udający tonik na pryszcze, który szczypał i wyżerał wszystko. A pryszcze oczywiście powracały za jakiś czas, najczęściej ze zdwojoną siłą. Mam cerę mieszaną, w kierunku przetłuszczającej i jedynym pocieszeniem tej sytuacji jest to, że później pojawiają się zmarszczki. 

Najlepszą cerę miałam w ciąży. W ogóle wszystko wtedy było super. Piękna cera, lśniące włosy. Photoshop na żywo. Czas przeszły dokonany. Jednak jest to dość kosztowny sposób na pozbycie się trądziku, a poza tym efekt utrzymuje się 9 miesięcy, a nawet jeśli trochę dłużej, to matka jest tak wykończona, że z chęcią zamieniłaby 8 godzin snu na kilka zaskórników. 

W każdym razie kilka miesięcy po porodzie cera zaczęła mi się psuć. A ja stosowałam przeróżne metody. Zaczęłam od maseczki aspirynowej, która wcale nie polepszyła sprawy. To dało mi do myślenia, że to pewnie zmiany o podłożu hormonalnym, a ich pozbyć się najtrudniej. Największym rozczarowaniem okazał się jednak krem Avene Triacneal Expert, który po raz kolejny zmienił nazwę, opakowanie i przede wszystkim skład. Najlepsza wersja była pierwsza - diacneal. Ten krem działał. Nowy wynalazek jest do kitu. Mazia po skórze i nic nie robi. 

W końcu nie obyło się bez wizyty u dermatologa. Mam swój zaprzyjaźniony gabinet i zrobiłam sobie peeling na kwasach. Skóra złuszczała się przez tydzień, a potem zaczęła dochodzić do siebie. Pryszcze zniknęły. Ale dla podtrzymania efektu uzbroiłam się w naturalne remedia antytrądzikowe. 

Seria Beyond na trądzik to 3 produkty: pianka do mycia twarzy, tonik i żel do smarowania twarzy. Najbardziej jestem zadowolona z toniku. Urzekł mnie jego ziołowy zapach. Ach, te zielska są po prostu pyszne. To taki odświeżający zapach leśno-ziołowy. Tonik fantastycznie odświeża i mam wrażenie, że skóra jest po nim dobrze oczyszczona. Żel i pianka też mają ten sam zapach, ale w toniku jest najbardziej wyrazisty. Pianka jest bardzo lekka, nakładam ją na wilgotną twarz i trzymam chwilę, żeby mogła sobie popracować. Demakijaż zmywam wcześniej, bo to nie jest preparat do wszystkiego, tylko wyłącznie do oczyszczania cery trądzikowej. Żel z kolei jest lekki, błyskawicznie się wchłania, nie pozostawia żadnej tłustej warstwy. Stosuję go tylko na noc.

Burt's Bees - nie wiem za bardzo, jak nazwać ten preparat. Nie jest to tonik, czy żel, ale raczej wyżeracz w kroplomierzu na bazie kwasu salicylowego. Ostry, aż za bardzo. Niestety po użyciu w niektórych miejscach na twarzy zostawił czerwone piekące plamy. Ten preparat jest dla mnie zdecydowanie zbyt agresywny.

Na dzień używam natomiast kremu do cery trądzikowej Latoille 5, z 2% zawartością olejków eterycznych. Wciąż jestem pod wrażeniem wiedzy o aromaterapii dziewczyny, która tworzy kremy Latoille 5 (byłam na spotkaniu marki w Warsztacie Piękna). I dlatego wierzę w działanie tego kremu. W pierwszej chwili po nałożeniu wydaje się mieć tłustą konsystencję. Dlatego trzeba odczekać chwilę przed nałożeniem makijażu. Ale mimo tego pierwszego wrażenia bardzo dobrze nadaje się pod makijaż. 

Jak dotąd cera jakoś się trzyma w ryzach, ale nie wykluczam, że zrobię jeszcze jeden peeling z kwasami. Bo do wczesnej wiosny jest najlepsza pora na tego typu zabiegi (póki jest mało słońca). Uważam, że z trądzikiem trzeba walczyć wszystkimi dostępnymi metodami. Pomijam jednak antybiotyki na receptę do smarowania, bo znajoma kosmetyczka przestrzegła mnie przed nimi i wytłumaczyła, że one niszcząc pryszcze przy okazji niszczą też samą skórę. Dlatego ich działanie jest krótkotrwałe. A szkody wyrządzone skórze zostają znacznie dłużej. 

Mój trądzik jest trochę jak Czerwony John z Mentalisty. Chcę się go pozbyć raz na zawsze, a on i tak co jakiś czas gdzieś tam się może pojawić;)



wtorek, 29 grudnia 2015

Świąteczne prezenty

Święty Mikołaj się spisał w tym roku (widocznie byłam  grzeczna;))

Dziś chciałam się pochwalić moimi świątecznymi prezentami. Jeszcze są zamknięte, ale nie mogę się doczekać, kiedy zacznę ich używać. Jednak najpierw muszę wykończyć to co mam, bo nie lubię otwartych zbyt wielu kosmetyków. To akurat ważne w przypadku kosmetyków naturalnych, bo zbyt długie trzymanie napoczętych kosmetyków im nie służy. 

A oto, co dostałam:

- Santaverde zestaw kwiatowy - tak go nazwałam, bo ta seria zawiera ekstrakt z kwiatu aloe vera. Mam olejek, krem, tonik i ampułki. Jestem bardzo ciekawa ampułek, bo w zimie szczególnie liczę na ich dobroczynne działanie. 

- Phenome rozgrzewający krem do stóp - bardzo lubię produkty do ciała Phenome (bardziej niż pielęgnację twarzy nawet). A seria warming jest idealna na zimę. Zapach świąteczny, tłusta konsystencja, czyli wszystko, czego potrzebuję, gdy robi się zimno. 

- REN skincare zestaw miniaturek do pielęgnacji twarzy superhero kit - świetna marka z górnej półki eko. Tym bardziej chętnie przetestuję kilka różnych produktów, których wcześniej nie zmałam. Słyszałam dużo dobrego o maseczce z kwasami owocowymi i to pewnie będzie jeden z pierwszych kosmetyków REN, jaki będę używać. 







piątek, 18 grudnia 2015

Hit i kit

To nie jest jeszcze moje podsumowanie kosmetyczne roku, ale kuriozalny przykład na to, że jeżeli jeden kosmetyk z danej marki jest super, to pozostałe wcale takie świetne nie muszą być. Ba, mogą być beznadziejnie. I ja mam taki właśnie przykład. Burt's Bees.

Jestem fanką maski do włosów Burt's Bees z masłem awokado, którą używam przed myciem. Uważam, że to jest najlepszy tego typu produkt, jaki kiedykolwiek miałam. Wszystko mi się w niej podoba - zapach, konsystencja, opakowanie i oczywiście działanie. Ale po kolei. To jest maska, którą stosuje się tylko przed myciem (inaczej by sklejała włosy). Początkowo podchodziłam do niej sceptycznie, bo miałam kilka podobnych masek i nie widziałam spektakularnego działania na włosy. Poza tym zawsze można sobie przecież wetrzeć w końcówki przed myciem olej arganowy albo kokosowy. 

Ale chętnie testuję wszelkie eko nowości i zachęcona zapachem zakupiłam pre-shampoo hair treatment. Zapach mnie dosłownie urzekł. Trochę awokado, trochę owocowy, zrobiłam się głodna i miałam ochotę tę maskę zjeść;) Konsystencja to lekko glutowata galaretka, co akurat jest jej zaletą, bo idealnie przykleja się do włosów. Zapach zostaje na włosach i czasami szłam spać z tą maską i jej przyjemnym zapachem. 

Maseczka mimo przyklejenia do włosów łatwo się zmywa. Używam oczywiście naturalnego szamponu i odżywki, ale nie tej samej marki. I już po pierwszym zastosowaniu tej maski zobaczyłam różnicę. Włosy są gładkie, łatwo się rozczesują. Maska szybko została moim hitem i polecam ją do pielęgnacji włosów.

Za to zupełnie nie polecam preparatu tej samej marki do mycia twarzy orange essence facial cleanser. Kupiłam go pod wpływem fascynacji wyżej wymienioną maska do włosów. I to był błąd. Nie należy wierzyć w to, że wszystkie kosmetyki będą równie świetne. Ten cleanser jest pod każdym względem tragiczny. Wyjątkiem jest tylko przyjemny pomarańczowy zapach, ale to w końcu nie perfumy.  

Konsystencja przypomina maskę do włosów, też jest trochę glutowata i się nie pieni. To mi nie przeszkadzało, bo wiele ekologicznych żeli do mycia twarzy się nie pieni, a mimo to dobrze zmywa. Ten cleanser w ogóle nie zmywa. Szorowałam twarz na wszystkie strony i miałam wrażenie, że tylko ślizgam się po skórze. Makijaż zmyłam płynem micelarnym, ale resztki tuszu zostały. I tych resztek tuszu za nic w świecie nie mogłam usunąć tym żelem. W oczy nie szczypie, ale resztki tuszu pod oczami pozostały nienaruszone. 

Nie wyrzucam tego żelu do mycia twarzy, bo nie lubię wyrzucać kosmetyków, zwłaszcza że skład ma bardzo dobry. Zużyje go pewnie do mycia ciała, choć nie wiem, czy to w ogóle będzie miało jakikolwiek efekt myjący. Tubka ładna, skład ok i zapach też, ale działania brak. Tak więc tego żelu więcej nie kupię.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Coś tylko dla mnie

Po miesiącach używania dziecięcej oliwki, w końcu mam coś tylko dla siebie (dla Tosi zostają kąpielowe zabawki;)). To marchewkowy olejek do ciała z Zielonego Laboratorium. Nazywam go marchewkowym, choć to nie jest jego pełna nazwa, ale mnie się tak kojarzy, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego kolor. 

Stosuję ten olejek do całego ciała, zwykle raz dziennie, a czasami nawet rzadziej (czasu przy dziecku wciąż brakuje;)). Mimo to mam cały czas porządnie nawilżoną skórę. Zawsze poznaję to po suchych łydkach - to taki mój własny test nawilżenia. Teraz suche nie są w ogóle. Jednak nie stosuję olejku na mokre ciało, tylko już na osuszone ręcznikiem. Dodatkowym jego plusem jest to, że nie muszę czekać zbyt długo, żeby się wchłonął. Jest oczywiście (jak na olej przystało) tłusty, ale szybko wsiąka. 

Widzę też efekt wygładzający, zwłaszcza na udach i pośladkach. Jedynymi moimi ćwiczeniami są tylko od czasu do czasu przysiady, więc tym bardziej się cieszę z takiego działania olejku. Ciało nabiera też delikatnego zdrowego kolorytu. 

Jedyne zastrzeżenie mam do opakowania, bo czasami za dużo mi się wylewa z buteleczki. Nie nabrałam jeszcze wprawy w tym, jak powinnam go nakładać, aby nie wylało się za wiele za jednym razem. Jednak nie jest to jakiś znaczący minus.

Cieszy mnie też kolejna na rynku polska marka kosmetyków naturalnych. Zawsze wyszukuję rodzimych perełek w kwestii kosmetyków z dobrym składem. Szkoda, że jeszcze nie są one szerzej dostępne w sklepach stacjonarnych, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. 



środa, 25 listopada 2015

Aktualnie używam - prysznic

Dbanie o codzienną higienę z małym dzieckiem okazuje się wyzwaniem. Choć najgorsze już za mną, to wciąż nie mam czasu, żeby sobie poleżeć w wannie.

Minęły już na szczęście czasy, gdzie poranny prysznic brałam o 14.00. Dla mnie, po nieprzespanej nocy, to w sumie było wciąż rano… Ale wróćmy do teraźniejszości. Na kąpiel czasu nie ma, ale prysznic biorę rano i wieczorem. Dosłownie - rano znaczy rano, a wieczorem to naprawdę wieczorem. Z czasem nabrałam wprawy i myję się szybciej niż kiedyś. Dzięki temu od czasu do czasu pozwalam sobie na peeling ciała. Nazwałabym to pielęgnacyjnym luksusem, bo to już nie jest tak oczywiste, jak w czasach przed dzieckiem, że w sobotę rano robię sobie leniwy peeling, smaruję ciało trzema różnymi balsami i jeszcze  nakładam maseczkę z glinki na twarz. Teraz jest szybko i kompaktowo. Oto szczegóły:

1. Czarne mydło marokańskie savon noir Avebio - kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy użyłam tego mydła, miałam mieszane uczucia co do czarnej galaretki i zdecydowanie naturalnym zapachu (czytaj: mało atrakcyjnym, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do pachnących kosmetyków). Zmęczyłam opakowanie, ale zrobiłam sobie długą przerwę zanim kupiłam kolejne. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej. Po pierwsze, mój nos się zmienił, odkąd zminimalizowałam sztuczne zapachy wokół siebie, a mydło aleppo ma dla mnie przyjemny zapach. Po drugie, doceniam kosmetyki wielofunkcyjne, a takie właśnie jest savon noir. To  jest mydło do twarzy, do ciała, ale używam go również jako maseczki do tłustej cery, którą stosuję pod prysznicem (oszczędzam czas przy okazji).

2. peeling do ciała Pat&Rub - mniej znany spośród słynnych scrubów do ciała. Ten jest lżejszy, mniej tłusty i zdecydowanie lepszy do stosowania pod prysznicem niż te tłuste w dużych plastikowych słojach. Jest antycellulitowy, ale ja go stosuję od stóp po ramiona. 

3. żel pod prysznic Pat&Rub - bardzo lubię żele pod prysznic do Pat&Rub za odpowiednią konsystencję i obłędne zapachy. Ten zapach nazwałabym przygotowujący do zimy. Na lato jest zbyt świąteczny;)

4. szampon i odżywka Avalon Organics - nowość w mojej pielęgnacji, dopiero zaczęłam używać, więc nie mogę jeszcze za wiele powiedzieć. Skład w porządku, zapach też. Liczę na lecznicze działanie olejku tea tree, żeby mi się włosy nie przetłuszczały. Czy tak faktycznie będzie? Zobaczymy….

PS. Nieodzowną scenografią zdjęcia są Tosinkowe zabawki do kąpieli:)


poniedziałek, 16 listopada 2015

Nie polecam - Planeta Organica

Od pewnego czasu trwa internetowy zachwyt nad rosyjskimi kosmetykami Babuszki Agafi (czy jakoś tak) i innymi tego typu wynalazkami zza wschodniej granicy. Peanom nie ma końca. Że takie rewelacyjne, z dobrym składem, w dobrej cenie. Po prostu Chanel w promocji. Tyle, że Chanel nie robi promocji ani przeceny.

Intuicja podpowiadała mi, żeby przyjrzeć się porządnie tym kosmetykom, bo jak wiadomo "nie ma darmowych lunchy" i tak samo nie ma tanich kosmetyków z super składem. Ale postanowiłam wypróbować. Padło na arganową odżywkę do włosów Planeta Organica.  Obejrzałam opakowanie i natknęłam się na coś, co udaje certyfikaty. Pierwsze oznaczenie, że "certified organic ingredients" okraszone listkami (że niby to roślinki są) - czyli nic to nie znaczy. Ziaja też swego czasu pisała na opakowaniu, że zawiera olej arganowy z ecocertem. Tylko co z tego, jak przy okazji było tam mnóstwo paskudnych i zdecydowanie nieekologicznych składników. 

Drugi pseudo certyfikat głosił "paraben free" i "sls free" plus grafika pt. blokująca rączka w kółeczku. To się nazywa z angielskiego greenwashing, czyli jak nie możemy nabyć certyfikatu, to sobie sami go wymyślimy. Jak widzę tego typu oznaczenia, to już mi się zapala czerwona lampka. Toleruję tylko albo prawdziwy certyfikat albo prawdziwy dobry skład, który sam się broni i nie potrzebuje certyfikatu. A jeśli ktoś na siłę wymyśla takie pseudo certyfikaty, to zwykle dlatego, że ma coś do ukrycia. 

Mimo złego pierwszego wrażenia na zewnątrz (ogląd opakowania) postanowiłam spróbować osławionej odżywki. Najpierw powalił mnie intensywny zapach, zdecydowanie nie naturalny,  ostry, drażniący w nos. Mimo to nałożyłam odżywkę na dłoń. Konsystencja brejowatej papki o zgniłym zielonym kolorze - taka typowa antyreklama kosmetyków naturalnych. Zgniły zielony kolor toleruję jedynie w oryginalnym mydle aleppo. Ale nic co. Dałam odżywce szansę i nałożyłam na włosy, od połowy długości po końcówki. Mimo takiego sposobu nakładania miałam problemy ze spłukaniem odżywki, a następnie z rozczesaniem włosów. I za nic w świecie nie mogłam pozbyć się tłustej pozostałości tejże odżywki na czubku głowy. Płukałam, czesałam, suszyłam, a na czubku wciąż tkwiło tłuste gniazdo. 

Nie wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek doceni moje zdeterminowanie, bo nie wyrzuciłam tej odżywki od razu, tylko jeszcze kilka razy użyłam, z niezmiennie tłustym na czubku głowy efektem. W końcu się poddałam, czyli uznałam, że odżywka nie nadaje się do włosów. Jako osoba oszczędna z natury nie lubię wyrzucać kosmetyków, których nie zużyłam do końca. Dlatego też postanowiłam znaleźć inne zastosowanie dla arganowej odżywki do włosów. Wymyśliłam, że może uda się użyć jej jako mydła do golenia nóg. Niestety tu również zawiodła. Maszynka tępo sunęła po mojej łydce, nie czyniąc jej wcale gładkiej. Tu także dałam jej kilka szans. Oczywiście bez efektu.

Wobec licznych niepowodzeń, przełamałam wrodzoną sknerowatość i wyrzuciłam (ciśnie mi się na usta bardziej dosadne określenie) odżywkę arganową marki Planet Organica. Nie zamierzam więcej próbować jakichkolwiek rosyjskich kosmetyków. Dziękuję. Dasfidania. 


czwartek, 12 listopada 2015

Wypróbowuję

Próbki kosmetyków naturalnych budzą we mnie mieszane uczucia. Nie zawsze próbka wystarczy na tyle, abym mogła poczuć działanie kosmetyku. Ale za to udaje mi się sprawdzić zapach i konsystencję. Nie ma się co tutaj rozpisywać, bo w końcu próbka to tylko namiastka i ewentualnie zachęta, żeby kupić pełne opakowanie. Jednak wobec zalewu próbek zwykłych (czyli chemicznych, nielubianych przeze mnie, które trzymam tylko po to, żeby pokazać ich paskudny skład) bardzo lubię próbki kosmetyków naturalnych. Kiedyś zbierałam je, ale to nie ma sensu, bo termin przydatności nie jest długi. Więc zamieniłam zasady i zużywam od razu, nie robię żadnych zapasów. Oto, co ostatnio zużyłam:

Centifolia przeciwzmarszczkowy krem do twarzy - marka do tej pory mi nieznana. Tym bardziej się ucieszyłam, że poznam coś nowego. Krem jest zaskakująco lekki, ale dzięki temu nadaje się idealnie pod makijaż. Błyskawicznie się wchłania, ma miłą konsystencję (poślizg trochę jak zwykłe kremy z silikonami, których ten oczywiście nie zawiera, więc kolejny plus za to). Zapach bardzo delikatny, taki francuski. 

Love me green krem przeciwzmarszczkowy na noc - miałam wcześniej miniaturkę kremu z tej serii na dzień. Szczerze? Nie widzę różnicy pomiędzy kremem na dzień i na noc. Poza tym nie widzę żadnego szczególnego działania. Mam wrażenie, że to po prostu zwykły krem nawilżający. Nie zachwycił mnie.

Tata Harper - jestem przede wszystkim urzeczona opakowaniami próbek. Tak ładnych jeszcze nie widziałam, ani wśród kosmetyków ekologicznych, ani zwykłych. Moje zdjęcie nawet tego nie oddaje. Te próbki wyglądają jak mini zapakowane prezenty. Otwiera się kartonik, a tam zielona próbka w opakowaniu takim jak centifolia. Wyjątkiem jest peeling do ciała, który jest w malutkim plastikowym prawie płaskim słoiczku. Oczywiście jest go zdecydowanie za mało na całe ciało, więc zużyłam tylko na uda i chcę więcej:) Serum do ciała to bogaty krem, który wsmarowałam w brzuch (na tyle starczyło). Tłusty i pachnący. Najbardziej jednak przypadł mi do gustu olejek do demakijażu. Od czasu, gdy odkryłam, jak dobrze olejki zmywają makijaż (włącznie z makijażem oczu), chętnie sięgam po olejki (na zmianę z płynami micelarnymi, które też bardzo lubię). Olejek stosuję zawsze tak samo - na wilgotną twarz nakładam palcami i dokładnie wsmarowuję w całą twarz. Do przetestowania jedna próbka w zupełności wystarczy. A sprawdzam przede wszystkim, czy mnie nie szczypie w oczy. Ten nie szczypie w ogóle, zmył cały makijaż, nie pozostawił resztek tuszu, ani czarnej kredki. Nie musiałam poprawiać wodą, ani płynem micelarnym. I to właśnie w demakijażu chodzi. 


czwartek, 5 listopada 2015

Kasia Stankiewicz wylewa dziecko z kąpielą

Nie mogę przejść obojętnie na podobnymi bzdurami. Kasia Stankiewicz błysnęła zamiłowaniem ekologicznym - rzadko się myje, nie używa dezodorantów i jeździ rowerem klik! Bo jest taka ekologiczna. Uhhh…. I przy okazji zrobiła krecią robotę wszystkim osobom, które starają się promować kosmetyki naturalne. Komentarze pod Kasi wyznaniem nie pozostawiają wątpliwości, co internauci myślą o ekologii i naturalnych kosmetykach. Dołączyła do grona oszołomów żywiących się zielskiem, którzy się nie myją i chodzą w lnianym worku.  

Wielka szkoda, że w ogóle otworzyła usta. Chce oszczędzać wodę? To niech zakręca kran jak szczotkuje zęby i się namydla. Nie wie, czym się umyć, żeby był dobry skład? Oto przegląd żeli pod prysznic z dobrym składem klik! A już zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie używa dezodorantów?! Przecież jest mnóstwo ekologicznych wersji klik! 

No ale po co Kasia Stankiewicz ma się czegoś dowiedzieć, poszukać, jak można obwiniać kosmetyki za całe zło na świecie. Bo wg Kasi to kosmetyki to zło i trzeba się ich pozbyć. A potem wsiąść na rower i odjechać do lasu. Kasia już odjechała, ale od rzeczywistości. Nowa płyta się nie sprzedaje, ale to nie powód, żeby ją promować przy pomocy braku higieny osobistej. 

Używam kosmetyków naturalnych, pielęgnacyjnych, kolorowych, perfum i lakierów do paznokci z dobrym składem. Ale nie jestem ortodoksyjna. Farbuję włosy, choć zdaję sobie sprawę, że farby nie są ekologiczne (henna mnie nie interesuje). Dlatego robię to rzadko, ale jednak odwiedzam fryzjera w tym celu. Gdy nie uda mi się znaleźć kosmetyku z naturalnym składem, kupuję zwykły, ale czytam listę składników, bo chcę mimo wszystko wiedzieć, co będę wklepywać w skórę. Przyznaję, że kosmetyki ekologiczne nie zastąpią wszystkich produktów na rynku, ale akurat w kwestii pielęgnacji i higieny osobistej nie ma wymówki - wszystko może być naturalne i z dobrym składem, począwszy od szamponu po krem do stóp. 

A Kasi radzę, żeby się wreszcie umyła. Starczy dla niej wody na naszej planecie. 

wtorek, 3 listopada 2015

Dla małych ząbków

Ząbkowanie u dzieci to poważna sprawa. Pierwsze dwa ząbki u Tosi wyszły bez problemu. Nawet nie zauważyłam kiedy. Za to przeżywałyśmy gorączkę przez 3 dni przy wychodzeniu górnych jedynek i nie obyło się bez czopków przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. 

Wypróbowałyśmy też kilka żeli do smarowania dziąseł. Po jednym Tosia dostała uczulenia, drugi jej nie smakował i uparcie zamykała buzię za każdym razem gdy zbliżałam się do niej ze znajomą tubką. W końcu znalazłyśmy żel idealny - Tosi smakuje, działa znieczulająco i ma naturalny skład. Minusem jest to, że mój ukochany sprowadził go dla nas specjalnie z USA i nie wiem, czy w Polsce można go gdzieś kupić. Ale gdyby ktoś miał możliwość sprowadzenia ze Stanów dla swojej pociechy, to naprawdę polecam.

Żel jest przezroczysty, nie ma zapachu. Nie zawiera żadnych potencjalnie szkodliwych składników. Zjedzenie go niczym nie grozi. Zauważyłam, że smarowanie nim małych dziąseł faktycznie przynosi ulgę. Poza tym większość żeli dostępnych w naszych aptekach ma obostrzenie, że nie wolno smarować dziecku częściej niż 2-3 razy dziennie. Tego żelu używałyśmy nawet 6 razy dziennie i wszystko było w porządku. 

To kolejny dowód na to, że naturalne preparaty mogą być równie skutecznie (a może nawet bardziej) niż chemiczne. Lubię wyszukiwać takie perełki, zwłaszcza wśród produktów dla dzieci, bo szczególnie dziecku nie chcę dawać aptecznych preparatów, skoro mam naturalną alternatywę. 



niedziela, 25 października 2015

Skarby w mojej torebce

Jeszcze na ostatnią chwilę słońca załapała się moja torebka i kosmetyki, które w niej noszę. Dużo tego nie ma, bo nie jestem zwolenniczką noszenia w torebce perfum, lakieru do włosów (zresztą nie używam) i kilku tubek kremu. Ale do rzeczy. 

Niezbędnikiem w mojej torebce jest zawsze coś do ust. I to nie jeden błyszczyk, co najmniej dwa. Jestem uzależniona od ciągłego smarowania i poprawiania ust. Zawsze mam przy sobie błyszczyk, czasami pomadkę. Teraz mam w torebce dwa błyszczyki. Jeden to różany Pat&Rub. Jest prawie przezroczysty, nadaje świetlisty, lekko różowy połysk. Drugi to kolorowy błyszczyk Felicea, który jest zdecydowanie różowy. Nadaje jasny i dość ostry odcień różu. Zwraca uwagę na usta. Jest lepszy na popołudnie, od rana nie lubię tak bardzo ich podkreślać.

Za to na wieczór zostawiam pomadkę. Długo nie mogłam znaleźć ekologicznej wersji. Zresztą kilka lat temu to było wręcz niemożliwe. Naturalnych szminek nie było w ogóle na naszym rynku. Teraz mam ciemno-różową pomadkę Tata Harper w sztyfcie. Jest dość twarda, dzięki czemu nie zużywa się zbyt szybko, ale kolor jest dobrze widoczny. Nie roluje się, z czasem delikatnie znika. Jej wąski kształt pozwala mi poprawiać makijaż ust nawet bez lustra. 

Odkąd jestem mamą w mojej torebce niezbędnikiem jest ekologiczny żel do mycia rąk bez mydła. Choć, to czego teraz używam trudno nazwać żelem. To taki psikacz, który zamienia się w płyn, który myje dłonie. Hand sanitizer od clean well niestety nie jest dostępny w Polsce. Bardzo żałuję, bo ten kosmetyk jest świetny. W podróży wręcz niezastąpiony.

I jeszcze jedno moje odkrycie - mokre chusteczki w tabletkach. Rewelacja! Nie dość, że super zielona lanserska tubka, to w środku ekologiczna skompresowana chusteczka, którą można umyć ręce, twarz, a nawet niemowlęcą pupę;) Jedną tabletkę wystarczy włożyć na chwilę pod wodę i rozwija się miękka wilgotna chusteczka. Compressed Wipes firmy green sprouts. To tez jest mój nabytek Z USA. Chusteczki są nasączone tylko roślinnymi ekstraktami. Nie są perfumowane, nie zawierają alkoholu i oczywiście żadnych chemikaliów. 

Gdy zrobi się chłodniej to wrzucę do torebki jeszcze krem do rąk. Ale póki co cieszę się ostatnimi ciepłymi promieniami słońca.




piątek, 23 października 2015

Domowa biblioteczka

W dzieciństwie katalogowałam swoje książki i nawet je ponumerowałam wpisując długopisem nadany przeze mnie numer na pierwszej stronie każdego egzemplarza. Wieczorem leżąc w łóżku wpatrywałam się w postawianie grzbiety książek i bardzo lubiłam ten widok. Dziś zamiast biblioteczki mam dziecięce łóżeczko, a na półkach ubranka. Książki czekają skulone na lepsze czasy (jeszcze nie wiem, kiedy nadejdą, bo jakoś się nie zanosi aktualnie;)) Ale w dobie nowych technologii połknęłam bakcyla na elektroniczne gadżety i moja domowa biblioteczka z dnia na dzień stała się uporządkowana i całkiem pokaźna.

Choć nie zajmuje dużo miejsca, jest naprawdę imponująca, mimo że na to nie wygląda. Jestem fanką dwóch elektronicznych nośników - to audiobooki i czytnik kindle. Formaty różnią się od siebie i mają zupełnie inne przeznaczenie. Audiobooków zaczęłam słuchać jakiś czas temu, gdy złamałam rękę i w ramach rehabilitacji codziennie wykonywałam monotonne ćwiczenia na wzmocnienie mięśni po gipsie. Słuchawki na uszach pomogły mi ten czas przetrwać. Ręka wyzdrowiała, a słuchawki zostały ze mną do tej pory. Najpierw słuchałam książek na iPhonie, ale bateria szybko padała, więc zakupiłam iPod, do którego wgrywam tylko i wyłącznie audiobooki (słuchać muzyki przez słuchawki przestałam już wiele lat temu). 

Zaletą audiobooków jest to, że można ich słuchać i jednocześnie robić jakieś inne czynności. Obecnie standardem jest dla mnie słuchanie książek na spacerze z dzieckiem. Zamiast siedzieć na ławce z książką w ręku (i marznąć) wolę spacerować i słuchać. Przez długi czas po porodzie to była jedyna możliwość przeczytania jakiejkolwiek książki, bo zwyczajnie inaczej nie miałabym czasu na czytanie. Polecam też słuchanie książek podczas prasowania, sprzątania łazienki, itp. Z odkurzaniem będzie gorzej, bo szum odkurzacza będzie zagłuszać głos lektora. Poza tym audiobooki zrobiły się popularne i czytają je znani aktorzy i naprawdę bardzo przyjemnie się tego słucha. Mam nawet swoich ulubionych lektorów, do których należy m.in. Krzysztof Gosztyła, czy fantastyczna Anna Maria Buczek (polecam szczególnie Królową Południa w jej wykonaniu). Jeśli chodzi o zbiory, to audiobooki wymagają jedynie wolnej pamięci komputera. Nie wiem, ile aktualnie ich mam, bo po mniej więcej 150 przestałam liczyć. 

Kindle to zupełnie inna bajka. Tu nie słuchamy, tylko czytamy, ale na ekranie. Kindle wybrałam ze względu na dobre opinie i nieświecący ekran, dzięki czemu czyta się jak gazetę i oczy się nie męczą. Najpierw ściągnęłam sobie książki po angielsku dotyczące kosmetyków i zdrowej żywności. Jest kilka świetnych (i darmowych na amazonie) poradników dotyczących np. sposobów zastosowania oleju kokosowego. Kindle jest poręczny, lekki i nadaje się w podróż samolotem, czy pociągiem, bo szum uniemożliwia słuchanie audiobooków (chyba że ktoś zainwestuje w super drogie słuchawki z redukcją zewnętrznego szumu). Nawet nie wiem, ile książek mieści sam kindle, ale archiwizować też można oczywiście na komputerze. Nie ukrywam, że w audiobookach jestem bardziej zaawansowana, ale z przyjemnością zgłębiam tajniki kindla.

Oczywiście nie zamierzam wyeliminować tradycyjnej (jak to zabrzmiało!) drukowanej książki, ale zamiast tracić miejsce na opasłe kryminały (które bardzo lubię), wolę ich posłuchać. Audiobooki i czytniki nie zastąpią mi na pewno literatury fachowej, gdzie zaznaczam, podkreślam i się uczę. Tu zawsze wygra druk. Ale dziś pochwalę się moją minimalistycznie wyglądającą biblioteczką, w której jest mnóstwo naprawdę świetnych książek. Właśnie skończyłam 1Q84 Murakami. A Wy co teraz czytacie albo słuchacie?


wtorek, 20 października 2015

Aktualnie używam - pielęgnacja ciała

Czas na przegląd kosmetyków, które aktualnie używam do ciała. Przy dziecku nie mam czasu na osobny balsam ujędrniający, krem do stóp, serum do biustu, do szyi i dekoltu. Tu liczy się czas, a już możliwość wsmarowania czegoś po kąpieli to jest spory luksus. Także moja pielęgnacja ciała jest dość minimalistyczna w tej chwili. Nie wykluczam, że to się w przyszłości zmieni, choć teraz nie narzekam. Żeby zaoszczędzić cenny czas wybrałam zamiast  balsamu do ciała oliwkę (a nawet dwie), bo to jest dla mnie kosmetyk najbardziej odżywczy, wielofunkcyjny (do smarowania od stóp po dekolt). Ale po kolei:

1. olejek rahua amazon oil - to olejek już sam w sobie luksusowy. Składniki z lasów tropikalnych z Amazonii nie zdarzają się często w olejkach do ciała. Sam olejek jest w szklanej buteleczce z pompką, przez co nakłada się trochę wolniej na ciało, ale z drugiej strony nie leci bez opamiętania, jak z normalnego opakowania. Zapach ma bardzo przyjemny, delikatny, nie jest słodki, pachnie naturalnie, ale ładnie (w sensie nadaje się dla początkujących użytkowniczek kosmetyków naturalnych przyzwyczajonych do sztucznych zapachów i nietolerujących ziołowych naturalnych aromatów). I ten zapach utrzymuje się przez jakiś czas na skórze, co mi bardzo odpowiada. Używam od czasu do czasu, bo mi go szkoda tak szybko zużywać, a poza tym nie zawsze mam dla niego czas.

2. krem do rąk żurawinowy Pat&Rub - bez kremu do stóp mogę się obyć, ale krem do rąk zawsze jakiś używam i muszę mieć go na półce. Od razu wywaliłam zatyczkę, bo łatwiej i szybciej aplikuję naciskając z góry na pompkę, a nie bawię się w zdejmowanie wieczka, które często mi spadało na podłogę powodując hałas grożący obudzeniem śpiącego dziecka. Krem jest odpowiednio tłusty, ale dobrze i szybko się wchłania. To nie pierwsze i na pewno nie ostatnie moje opakowanie. Uwielbiam ten zapach (najbardziej jesienią i zimą) i bogatą konsystencję. Używam kilka razy dziennie. Tosi zapach żurawiny też nie przeszkadza, gdy biorę ją na ręce mając posmarowanie dłonie tym kremem.

3. dezodorant Tom's of maine - marka w Polsce niedostępna, nie wiem, czy można go kupić w jakimś sklepie internetowym z wysyłką do Polski. Ja go mam z USA (z mojego ulubionego Whole Foods'a). Dezodorant jest bez zapachu, zupełnie neutralny, więc pasuje do wszystkich zapachowych kosmetyków i perfum. Czy nazwałabym go long lasting? Niekoniecznie. Nie ma się co oszukiwać - dezodoranty ekologiczne nie mogą konkurować z antyperspirantami z aluminium. Nie spotkałam jeszcze takiego naturalnego, który trzymałby pot w ryzach od świtu do nocy, a już na pewno nie przez 24h. Jednak poza upalnym latem ten dezodorant daje radę i jestem z niego zadowolona. Jest w sztyfcie i nie zostawia żadnych śladów na ubraniu, co też jest dla mnie ważne.

4. oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt Hipp - przyznaję się bez bicia, że podbieram dziecku;) To świetny produkt do codziennej pielęgnacji. Skład prosty i naturalny. Bardzo lubię ten zapach, choć dla dzieci moim zdaniem jest nieco intensywny. Smaruję się tą oliwką od stóp po szyję. Jedynym jej minusem jest to, że szybko znika z butelki. Ale na szczęście nie jest droga, więc nie ma problemu.


piątek, 16 października 2015

Aktualnie używam - pielęgnacja twarzy

Z wiekiem robię się coraz bardziej wybredna, także w kwestii kosmetyków. Nie wystarczy mi już poprawna lista składników. Jak to określiła moja koleżanka składając mi życzenia urodzinowe - jeszcze trójka z przodu - owszem jest, ale już niedługo, więc tym bardziej trzeba o cerę dbać.

Mój każdy kolejny zestaw pielęgnacyjny to nieustanne dążenie do perfekcji, wysokiej jakości (nie zawsze równej wysokiej cenie), kosmetyków, do których będę chętnie wracać. Takim właśnie stał się płyn micelarny resibo. Polska marka, raczej manufaktura, a nie duży producent, ale dba o jakość, bo właścicielka sama używa własnych kosmetyków (co jest bardzo częste nie tylko wśród producentów, ale i dystrybutorów kosmetyków naturalnych). Bardzo lubię płyny micelarne i przez lata używałam czerwonej biodermy, której lista składników idealna nie jest, ale i nie najgorsza. Płyn micelarny resibo biodermę zdetronizował. Zmywam nim całą twarz i oczy. Nie szczypie, dobrze oczyszcza, przyjemnie pachnie. Będę do niego wracać.

Hibiskusowy tonik sylveco ma wiele pozytywnych opinii. Lubię tę markę za dobrą jakość i przystępną cenę. Jednak nie do końca odpowiada mi żelowa konsystencja. Mam problem, żeby nałożyć na wacik tyle, ile potrzebuję (zawsze coś mi się wylewa). O ile w oliwce dla dzieci żelowa konsystencja jest genialna, to w toniku wolę tradycyjny płyn. 

Jesienią lubię bogate tłuste konsystencje, chętnie używam olejki, więc kolejne kosmetyki na mojej półce to typowe tłuściochy. Mallow beauty balm od herbfarmacy przypomina tłustą maść. Ma naturalny ziołowy zapach, do razu wiadomo, że nie ma tam żadnego sztucznego aromatu. Używam jako kremu na noc. Można go też stosować pod oczy, na szyję i dekolt. Zresztą od pewnego czasu każdy krem do twarzy używam również na szyję i dekolt (to ta  ostatnia trójka z przodu każe mi dbać o te okolice;)). Krem jest naprawdę tłusty, więc nie można się od razu położyć do łóżka, bo wszystko wsiąknie w poduszkę. Resztki oczywiście wsmarowuję w dłonie i od razu czuję tłustą ochronną warstwę na skórze. 

Amerykańska pomadka Sierra Bees to jedna z wielu pomadek pielęgnacyjnych, jakie używam. Pachnie lekko miodem, jest odpowiednio tłusta, ale trzeba często powtarzać aplikację, bo szybko się wchłania albo po prostu ją zjadam.

Trio od Beyond Organic Skincare. To pielęgnacja zdecydowanie dla kobiet z trójką z przodu. Krem pod oczy jest rewelacyjny (już o nim pisałam przy okazji kosmetyków, które ze mną podróżowały nad Gardę). Tłusty, ale szybko się wchłania. Nie wiem, jak to się dzieje, ale tak właśnie jest. Ma dozownik airless z pompką i wierzę, że wyciśnie wszystko do ostatniej kropli, bo inaczej byłabym skłonna rozwalić młotkiem opakowanie, żeby z niego coś jeszcze wydobyć. Stosuję ten krem dookoła oczu, w ogóle nie migruje. Ma lekki ziołowy zapach, który jest najbardziej delikatny z całej serii.

Za to serum to tłusty olej o intensywnym ziołowym zapachu. Przypomina mi runo leśne. Podoba mi się takie zapachowe zielsko, ale początkującym użytkowniczkom kosmetyków naturalnych może on nie odpowiadać. Do takich naturalnych zapachów trzeba dojrzeć i przeprowadzić najpierw zapachowy detoks od sztucznych aromatów. Serum jest tłuste i powoli się wchłania, więc poduszka po aplikacji odpada. Trzeba dać mu czas na działanie. Ale to jest właśnie taki kosmetyk, który można potraktować jak kurację. Ze względu na bogata konsystencję nie używam już więcej kremu na to serum. Stosuję je na noc na zmianę z mallow beauty balm.

Na koniec krem na dzień z niebieskiej, pachnącej zielskiem serii. Zapach bardziej intensywny niż kremu pod oczy, ale zdecydowanie mniej niż serum. Krem też jest tłusty, ale jak się wchłonie to można się pomalować. Podkład i puder mineralny dobrze się na nim trzymają. Nic się nie roluje i nie warzy. Krem jest dobry na chłodniejsze dni i jesienną aurę. Na lato moim zdaniem byłby zbyt tłusty. 

Ta pielęgnacja nie przygotuje mnie do zimowego snu (czasami mam wrażenie, że nabotoksowane blondyny zapadają w październiku w zimowy sen i budzą się dopiero wiosną z jeszcze większymi ustami i odsłoniętym dekoltem, bo jakoś znikają mi o tej porze roku z horyzontu). Za to mogę spacerować z moją córeczką, bo póki nie ma -10 stopni na zewnątrz, to codziennie chodzimy na spacery. I nie wracam do domu z czerwonym nosem i przesuszoną skórą na twarzy.


środa, 14 października 2015

Pyszne chrupecki

W sumie nie wiem, dlaczego Polacy nie potrafią wyprodukować tak prostej przekąski, jak miękkie chrupki z dwóch składników, ale nie będę w to wnikać. Znalazłam czeskie fantastyczne chrupki kukurydziano-jaglane, które uwielbia moja jeszcze-mało-ale-już-nie-bezzębna córeczka (aktualnie mamy 4 ząbki na dole i prawie 4 na górze).

A ząbki są tu kluczowe. Chrupki kupił w sklepie ze zdrową żywnością mój ukochany w czasach, kiedy szeroki uśmiech Tosi składał się tylko z dwóch dolnych mini-ząbków. Zwykłe chrupki kukurydziane okazały się za twarde dla jej delikatnych dziąseł, bo to nimi podgryzała właśnie chrupki. Te składają się z kaszy kukurydzianej (80%) i kaszy jaglanej (20%). W wersji oryginalnej to kukurićna krupice i jahelna krupice - prawda, że urocze? Jako fanka kaszy jaglanej jestem zachwycona, bo wierzę, że wdrażam mojej córeczce zdrowe nawyki żywieniowe (pewnie trochę przesadzam, ale przynajmniej jest smak prawdziwej kaszy jaglanej). 

Tosia pokochała te chrupki od pierwszego gryza. Chrupki, oprócz przekąski, spełniają wiele innych ważnych funkcji. Tosia się niecierpliwi, że nie ma jeszcze kolacji - chrupek. Chcemy w ciszy (przez kilka minut jedynie, czyli tyle, ile trwa zjedzenie jednej sztuki) pooglądać telewizor - chrupek. Nie smakuje słoiczek z owocami - chrupek na zmianę z łyżeczką z owockami. Tosia chce zjeść kawałek gazety (ewentualnie kwiatek, paproch, czy cokolwiek innego, co wpycha do buzi i grozi połknięciem), a następnie płacze, gdy jej to zabieram - chrupek. 

Jakaż więc była moja rozpacz, gdy w sklepie, w którym ostatnio kupowaliśmy chrupki ich zabrakło ("w hurtowni nie ma i może będą w przyszłym tygodniu" - a tydzień bez chrupek jest nie do przeżycia!). Rozpoczęłam intensywny research w sklepach internetowych patrząc, aby przesyłka zajęła jak najmniej czasu. W końcu znalazłam w sklepie biomaluszek.pl. Oczywiście wykupiłam od razu cały asortyment (10 opakowań). Jedno opakowanie oscyluje między 3,25 zł w sklepie internetowym a 3,90 w stacjonarnym, więc zbankrutować nie można, a przekąska bezcenna. Przy następnym zamówieniu od razu zadzwoniłam do sklepu i dowiedziałam się, że idzie kolejna dostawa, którą też całą wykupiłam. 

Chrupki cieszą się powodzeniem w całej rodzinie. Są naturalną przekąską o banalnie prostym składzie. Są tak miękkie (sama przetestowałam), że rozpływają się w ustach bez użycia zębów, dlatego nadają się dla niemowlaków. Polecam nie tylko mamom i ich maluchom. Extrudowany wyrobek jahelne krupky - nazwa w oryginale rewelacyjna. Smacznie i śmiesznie;))


poniedziałek, 5 października 2015

Kosmetyki naturalne we Włoszech

W mieście stołecznym Warszawa nie ma ani jednej stacjonarnej drogerii ekologicznej. Nie ma sklepu, do którego mogłabym wejść i oglądać same ekologiczne kremy do twarzy, balsamy do ciała, błyszczyki, peelingi i tusze do rzęs. Czy ja wymagam zbyt wiele? Chyba tak…

Tymczasem nad pięknym jeziorem Garda w północnych Włoszech, gdzie do najbliższej metropolii (Mediolan) mamy 150 km, a dookoła jeziora tylko kurorty, małe wioski i winnice… i co znalazłam? Sklep z kosmetykami ekologicznymi! Nie jakieś tam stoisko, nie jakiś tam firmowy butik jednej marki, tylko prawdziwą drogerię z naturalnymi kosmetykami. Spacerujemy sobie z ukochanym po Salo, podziwiamy łódki w porcie, zaglądamy do butików, zastanawiamy się, gdzie zjemy lunch. I nagle pewna wystawa przykuła moją uwagę. Ukochany już wiedział, co się święci, bo dostrzegł niezdrowe podniecenie w moich oczach. - To ja pójdę sobie zobaczyć tam dalej - warknął i zniknął za rogiem. Zostałam sama przed cudowną witryną sklepową.

Jednak szybko ogarnęła mnie rozpacz, bo się okazało, że w środku jest ciemno. Przykleiłam nos do ogromnej szyby, ale niestety nie dostrzegłam w środku żywej duszy. Słońce pięknie świeci, ludzie spacerują, łódki pływają, a sklep zamknięty. No trudno. Zrobiłam więc klasyczny "window shopping", czyli przykleiłam pół twarzy do witryny i starałam się pochłonąć wzrokiem wszystkie kosmetyki, jakie wpadły w moje pole widzenia. Kilka firm znałam, inne były dla mnie zupełnie nowe. Po chwili zorientowałam się, że oferta firm dostępnych w sklepie wypisana jest obok wystawowej szyby;) Zakupów nie było, ale przynajmniej udokumentowałam kolejny ekologiczny sklep, jakiego mi brakuje w Polsce. 

Podziwiajcie, a jak będziecie nad Gardą (miejsce bardzo polecam!), to pamiętajcie, że w Salo na południu jest taki cudny sklep.




środa, 30 września 2015

Eko w podróż

Na pożegnanie lata wybrałam się z ukochanym na krótki wypad nad włoską Gardę. Poza romantycznymi uniesieniami i zachodami słońca nad pięknym górskim jeziorem, były oczywiście kosmetyki ekologiczne. Starannie dobrałam secik podróżny. Tanie linie lotnicze mają wyjątkowo drogie opłaty za każdy kilogram bagażu, więc trzeba było spakować się naprawdę kompaktowo. Próbki i miniaturki grały pierwsze skrzypce. Przy okazji mogłam wypróbować produkty, które czekały na taką właśnie okazję. Oto, co zabrałam ze sobą i dlaczego akurat te, a nie inne kosmetyki:

1. dr. bronner's - miętowe mydło w płynie, które może być również szamponem. I faktycznie doskonale sprawdza się jako żel pod prysznic i szampon. Jednak ta wersja nie nadaje się jako żel do mycia twarzy ze względu na intensywnie miętowy zapach, który mnie szczypał w oczy. Nie pomogło obfite spłukiwanie wodą, bo miętowa nuta była dla oczu wyjątkowo intensywna i drażniąca. Poza tym nie mam do tego mydła innych zastrzeżeń.

2. rahua - odżywka do włosów. Rozpoczynam swoją przygodę z tą marką i już mi się podoba. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie mycia włosów tylko szamponem. Muszę nałożyć odżywkę i basta. Rahua jest gęsta, ale nie jest tłusta, co czasami odżywkom się zdarza. Do tego dobrze się spłukuje, pomaga rozczesać włosy i nie zostawia na nich tłustej warstwy. Moje włosy oczywiście schły sobie na świeżym powietrzu, co też dobrze im zrobiło.

3. santaverde - czysty żel aloesowy. Został mi po lecie i idealnie nadawał się w krótką podróż. Nie biorę ze sobą do torby podróżnej żadnych oliwek od czasu, kiedy opakowanie nie wytrzymało podróży w luku bagażowym i oliwka wypełzła w dowolnym kierunku (czyli wszędzie). Żel z tubki nie uciekł. Przyznaję też, że nie wzięłam ze sobą kremu z filtrem, dlatego ten aloes miał pełnić funkcję zbawczo-naprawczą po słońcu, ale moje obawy okazały się niepotrzebne. Koniec września to nie lato, a weekend nad Gardą to nie dwa tygodnie plażowania. 

4. Zamiast słoiczka kremu do twarzy wzięłam próbki. Sylveco - znane i lubiane. Zawsze wiem, czego się spodziewać i jeszcze na żadnym kosmetyku tej marki się nie zawiodłam. Lekki krem nagietkowy jest idealny od późnej wiosny po wczesną jesień. Szybko się wchłania i nawilża. We Włoszech nie mogłam nie wypróbować włoskiej marki ekologicznej Bema. Aż mi się chciało czytać wszystko po włosku na opakowaniu. Te próbki okazały się zaskakująco wydajne. Jedna próbka wystarczyła na rano i wieczór na całą twarz wraz z szyją i dekoltem. Też błyskawicznie wszystko się wchłonęło. 

5. Beyond skincare - krem pod oczy. Kiedyś w podróży wystarczył mi zwykły krem do twarzy. Z wiekiem nie ruszam się nigdzie bez kremu pod oczy. Zresztą opakowanie kremu pod oczy jest zawsze niewielkie, więc nawet w bagażu podręcznym można go zmieścić. Beyond jest w opakowaniu airless z pompką, która przeżyła lot samolotem (kiedyś podobne opakowanie mi się zepsuło i nijak nie mogłam wyjąć z niego kremu, co było wyjątkowo irytujące). Sam krem zaliczam do ulubionych pod oczy. Nie migruje, nawilża, szybko się wchłania, nadaje się i pod oczy, i na powieki. 

6. john masters organics - mgiełka-tonik do twarzy i włosów. Szczerze - do włosów to mi go szkoda. Do twarzy jest świetny. Odświeża, nawilża i przyjemnie pachnie lawendą, choć nie zawsze lubię ten zapach. Opakowanie jest na tyle małe, że przejdzie przez podręczną kontrolę lotniskową płynów. 

7. dr. organic - mokre chusteczki. Już któryś raz z kolei doceniam tego typu kosmetyki w podróży. Poczynając od umycia rąk, przez odświeżenie twarzy, na wycieraniu plam z ubrania skończywszy. To absolutny niezbędnik poza domem. Myślałam, że zapach drzewa herbacianego będzie intensywny, ale okazał się dość łagodny. Tea tree jest tu bardziej dla dezynfekcji i nie ma nic wspólnego z ostrym aromatem eterycznego olejku.

Szkoda, że ten weekend minął tak szybko. Na szczęście wspomnienia pozostaną na dłużej. Chętnie znów bym gdzieś pojechała. Nie tylko po to, żeby zabrać ze sobą kilka fajnych kosmetyków naturalnych do wypróbowania. 

PS. Zdjęcie plus stylizacja kosmetyków to dzieło mojego mężczyzny:)




wtorek, 15 września 2015

Hipp, Hipp, Hurra!

Wkraczając w etap rozszerzania diety niemowlaka stanęłam przed dylematem: gotować czy kupować? Nasze babcie gotowały i było super, ale miały ogólnie dostępną ekologiczną żywność, która dziś jest na wagę złota niemalże. Bo nawet w sklepie ekologicznym nigdy nie mam gwarancji, czy kupuję marchewkę ekologiczną, czy nie. Ogródka nie mam, więc sobie sama nie wyhoduje.

Postawiłam więc na słoiczki, ale przed zakupem zrobiłam research. Trochę poczytałam, kilka kupiłam i okazało się, że sprawa wcale nie jest taka prosta. Najgorsze okazały hipermarketowe marki własne - cukier, niepotrzebne dodatki, nie wiadomo skąd pochodzą składniki. Nawet szata graficzna tych słoiczków nie budziła zaufania. Ostatecznie moją  wstępną selekcję składu przeszły Hipp, Babydream i kilka Gerberów. Oczywiście nie wszystko, ale wybrane przeze mnie słoiczki. Wybierałam bez cukru, żeby był jak najbardziej prosty skład i zwracałam uwagę, skąd pochodzą warzywa i owoce. Kwestię smaku miała zweryfikować Tosia. Wybierałam tylko owoce i obiadki. Najpierw rozpoczęłam serwowanie obiadków, żeby nie przyzwyczajać dziecka do słodkich smaków owoców. 

Po miesiącu wprowadziłam mięso. Rybą Tosia notorycznie pluje. Pluła również królikiem, dopóki nie spróbowała królika Hippa. W ten sposób zaczęłyśmy eliminować poszczególne słoiczki. Na liście nielubianych jest wspomniana już ryba, a także szpinak i kluseczki. Do ulubionych zalicza się dynia pod każdą postacią (z innymi warzywami oraz z mięsem), pomidorówka (krem z pomidorów jest tak dobry że sama mogłabym go jeść), a ostatnio wołowina z buraczkami i jabłkiem. 

Ważne jest, żeby nie dawać dziecku stale tych samych słoiczków, tylko dostosowane do wieku. Np. chodzi o to, że od 7-8 miesiąca jedzenie nie powinno być zmiksowane na gładką masę, ale powinny zacząć pojawiać się drobne grudki, żeby nauczyć dziecko rozdrabniać jedzenie (nawet dziąsłami). Inaczej można doprowadzić do sytuacji, gdzie trzylatka w przedszkolu nie umiała jeść podanego jej jedzenia, bo była przyzwyczajona do papki, którą od razu połykała (tak, tak, słyszałam o takim przypadku). 

Zrezygnowałam ze słoiczkowych kaszek. Głównie dlatego, że mieszamy mleko ze swoją organiczną kaszkę orkiszową pełnoziarnistą w proszku. Pediatra poleciła mi kiedyś Sinlac, który jest bez glutenu, bez laktozy, ale za to z syropem glukozowym. Więcej do niej nie poszłam. 

W sumie najbardziej jestem zadowolona ze słoiczków Hippa. Są ekologiczne, począwszy od zasiania marchewki, na zakręceniu słoika skończywszy. Mam też gwarancję, że żaden ze składników nie jest modyfikowany genetycznie. Pewnie z czasem nie uda mi się utrzymać tak restrykcyjnie zdrowej diety dla Tosi, ale przynajmniej na tym etapie ma bardzo smaczny i zdrowy początek żywieniowy. 



piątek, 11 września 2015

W poszukiwaniu dezodorantu idealnego

Nie ma się co oszukiwać. Nie jest łatwo znaleźć dobry ekologiczny dezodorant. Dobry - mam na myśli nie rtylko dobry skład, ale (a może przede wszystkim) działający dłużej niż godzinę. Bo niestety tak działa większość eko dezodorantów. Dlaczego tak mi zależy, żeby znaleźć skuteczny dezodorant w dobrej cenie? Bo to jest słaby punkt kosmetyków ekologicznych. 

Najprościej zmienić pielęgnację na naturalną. Tu jest w czym wybierać. Trochę trudniej jest z kolorówką, ale jak się poszuka, to też się da. Tym bardziej, że do Polski wchodzą kolejne kolorowe eko kosmetyki, ale o tym już niedługo napiszę osobno. Bardzo trudno, o ile nie najtrudniej jest znaleźć dezodorant z dobrym składem i to taki, który będzie działać przez cały dzień i nie mam zamiaru uciekać do toalety w porze lunchu i sprawdzać węchowo własne pachy.

Dawno temu używałam biotherm deo pure, który uważam za najlepszy z chemicznych. Ale gdy przeczytałam jego skład (mieszkanka aluminium i parabenów) porzuciłam go bez żalu. Biotherm za jakiś czas wypuścił dezodorant w wersji ekologicznej z certyfikatem ecocert oparty o alkohol i olejki eteryczne (głównie cytrynowy), ale nie dorównywał wersji chemicznej. Działał słabo (mniej więcej właśnie do pory lunchu). Zaczęłam szukać dezodorantów ekologicznych i zaczęły się schody. Rossmannowski nie działa w ogóle. Dr. Hauschka działa jeszcze w miarę wersja różana, pozostałe nie. Kryształów nie używam, bo chemicy mówią, że to ałun to inna forma aluminium (przynajmniej pod względem chemicznym). 

Natrafiłam w końcu na dezodorant w kremie. Jedyną niedogodnością jest to, że trzeba go rozetrzeć w dłoni i zaaplikować, czyli zaszpachlować pod pachami. To dezodorant schmidt's. Wybrałam wersję bergamot + lime. Zapach cytrusowy, świeży, bardzo mi się podoba, taki właśnie chciałam. Na początku przerażała mnie ta aplikacja. Bo spieszę się rano, a tu trzeba wydłubywać ze słoiczka. Jest nawet dołączona mini łopatka do nakładania, ale ostatecznie i tak trzeba tą papkę rozetrzeć w dłoni. Jednak wpadłam na pomysł i resztę z dłoni zaczęłam wsmarowywać w stopy (taki deo dla stóp;)). Zauważyłam, że ten dezodorant naprawdę działa. Oczywiście nie mówię o trzydziestostopniowych upałach, bo wtedy nic nie działa. Ale w normalne letnie dni jest ok. 

W składzie na początku masło shea i soda oczyszczona. Wiem, wiem - można sobie samemu ukręcić taki dezodorant. Lista składników jest jak przepis. Ale ja nie lubię produkować samodzielnie kosmetyków naturalnych. Denerwują mnie te warsztaty samodzielnego kręcenia kosmetyków. Czy są warsztaty kosmetyków chemicznych? No właśnie. Chcę kupić kosmetyk z dobrym składem w ładnym opakowaniu i go po prostu używać. 

Szkoda, że schmidt's nie można dostać w Polsce. Może jakiś dystrybutor innych marek się skusi? Halo! Potrzebujemy w Polsce dobrego eko dezodorantu! Schmidt's sprawdziłam i jestem zadowolona. Polecam.



czwartek, 27 sierpnia 2015

Manuka w miodzie i kremie

Było sobie drzewo o nazwie Manuka, które rosło tylko w Nowej Zelandii. Przyleciały do niego pszczoły i wyprodukowały super miód, który okazał się dużo zdrowszy niż zwykły miód. Ma znacznie większe działanie antybakteryjne, działa na układ pokarmowy i odpornościowy. 

Kiedyś zamiast się zaszczepić na grypę, jadłam codziennie jedną łyżeczkę tego miodu. Przy czym nie wystarczy tak po prostu połknąć łyżeczkę. Trzeba ten miód powoli rozpuszczać w ustach, co nie jest wcale łatwym zadaniem. Normalny miód zalewam na noc wodą i rano piję na czczo. Manuka jest za drogi na takie rozcieńczanie. Nie wrzucam go również do herbaty, bo gorąca woda pozbawi go cennych właściwości. Teraz biorę sobie jedną łyżeczkę, kiedy mi się przypomni, tak bardziej profilaktycznie, na wzmocnienie odporności przed jesienią. Mogłabym go również używać bezpośrednio na twarz, ale tak się składa, że mam go też w kremie do twarzy. 

Krem Dr. Organic z miodem manuka używam jako kurację po wakacjach. Ma lekko miodowy przyjemny zapach. Jest tłusty, ale dobrze się wchłania. Stosuję go raz dziennie na dzień i dzięki temu nie mam przesuszonej po lecie cery. Krem łagodzi drobne wypryski i porządnie nawilża. Resztki kremu wsmarowuję w skórki wokół paznokci, które często mam suche. Słoiczek szybko schodzi, ale wystarczy na tyle, żeby przygotować skórę na chłodniejsze dni. 


wtorek, 25 sierpnia 2015

Wygrana Dr. Bronner's

Jestem z pokolenia, które bawiło się na podwórku i chodziło do lasu, a nie budowało go na Minecrafcie. Mam konto na instagramie, ale nie ogarniam snapchata. Tym bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że wygrałam coś w konkursie instagramowym. I do tego kosmetyki ekologiczne! Ucieszyłam się jak moja córeczka z nowego gryzaka.

Dr. Bronner's to amerykański producent kosmetyków ekologicznych, znany przede wszystkim ze swoich kultowych mydeł - w płynie i w kostce. Można ich używać do mycia ciała i włosów, a także jako płyn do mycia naczyń i do prania. Mydła kupowałam do tej pory w USA (nie wiem, czy w Polsce jest oficjalny dystrybutor). Odkryłam też ich pomadki do ust w sztyfcie - fajne, tłuste i pachnące. Jakaż była moja radość, gdy okazało się, że wygrałam zestaw miętowy tej firmy.

Dostałam miętową pomadkę do ust, mydło w kostce oraz mini mydło w płynie w lnianym woreczku, z pozdrowieniami od Dr. Bronner's Europe. Już samo otwarcie paczuszki było zabawne, bo najpierw ukazała się pocztówka z napisem "don't panic, it's organic". Hasło świetne. Przesyłka raczej niewielkich rozmiarów, ale ten mały prezent niezmiernie mnie ucieszył. Jeszcze nie zaczęłam niczego używać, ale obwąchałam i w lnianym woreczku mydełka i pomadka czekają na swoją kolej. Skład jest oczywiście bez zarzutu (inaczej nie wzięłabym udziału w tym konkursie), potwierdzony amerykańskimi i niemieckimi certyfikatami. Dr. Bronner's ma oprócz mydeł także kosmetyki pielęgnacyjne do ciała, pasty do zębów, produkty do włosów. Ta wygrana zachęciła mnie do spróbowania innych kosmetyków. Czyli PR działa - wygrałam i chcę więcej:)




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Sowa od Sylveco

Jak zobaczyłam urocze rysunki na opakowaniu, to już nie mogłam się doczekać, kiedy wypróbuję (a właściwie wypróbujemy z razem Tosią) te kosmetyki. Sfotografowałam je z Tosi ulubioną sową-pozytywką. W gronie ulubionych jest teraz sowa-pozytywka i sowa-kosmetyki. 

Sylveco dla dorosłych używam, lubię i polecam jako dobre kosmetyki naturalne w dobrej cenie. Ale nie będę pisać o linii dla dorosłych, tylko skupię się na dziecinnej. Nowa seria od razu mnie zaintrygowała. O ile płyn do kąpieli i krem pielęgnacyjny można znaleźć w wielu nawet ekologicznych seriach tego typu kosmetyków, to nie jest łatwo znaleźć zasypkę z tak genialnie prostym składem oraz oliwkę w żelowej fantastycznej konsystencji. Ale po kolei. 

Płyn do kąpieli zużyłyśmy obie na wakacjach. I tak zabrałam osobną torbę na kosmetyki dla siebie i dziecka, jednak zawsze staram się, żeby nie dublować produktów - jeden żel pod prysznic dla całej rodziny, jeden szampon, jedna pasta do zębów, itp. Oczywiście sprowadza się to głównie do pakowania kosmetyków dla dzieci, a używają również dorośli. Żel pod prysznic faktycznie ma kremową konsystencję, bardzo delikatnie się pieni i ma dość neutralny naturalny zapach. O zapachu nie dyskutuję, bo wiem, że istnieją na świecie matki, które zarzucają kosmetykom ekologicznym mało atrakcyjny zapach i zdecydowanie preferują nafaszerowane ftalanami sztuczne zapachy. Nie dyskutuję z nimi, tylko im współczuję. Opakowanie żelu wystarczyło nam na około dwa tygodnie, przy czym nie oszczędzałam, bo fajnie się go używało. 

Ewidentnym hitem okazała się oliwka, dzięki żelowej konsystencji. Oliwki zwykle się leją jak popadnie i zwykle gonię strużki po całym ciele, żeby zdążyć rozsmarować, zanim kapnie na podłogę. To pierwsza znana mi ekologiczna oliwka, która ma żelową konsystencję. Nic nie ucieka, dzięki czemu rozsmarowuje się wyśmienicie. Zapach miły neutralny. Wchłania się w miarę - w końcu nie oczekuję od oliwki, że będzie się błyskawicznie wchłaniać. Bardzo dobrze odżywia skórę ciała. Nadaje się także po opalaniu. W efekcie zużyłam całą oliwkę dla siebie i na pewno będę chciała następną.

Tosia za to miała okazję przetestować zasypkę dla dzieci. Na naszych długich wakacjach nad polskim morzem miałyśmy każdą pogodę, także upały. Dzieciom robią się wtedy potówki, niezależnie od stopnia roznegliżowania. I tu właśnie przydała się zasypka. Zgięcia łokci, kolan oraz szyja z przodu - tam często gromadzą się także resztki mleka i najlepiej położyć malucha na brzuchu, żeby spojrzał w górę i wtedy wyczyścić szyjkę, a potem użyć zasypki. Dla mnie zasypka sprawdziła się jako puder pod pachami po goleniu. Cenię ją za wyjątkowo prosty skład (skrobia kukurydziana, tlenek cynku, alantolina i olejek rumiankowy) i oczywiście brak talku. Takich produktów nie ma na rynku, więc zasypka Sylveco jest bezkonkurencyjna. 

Na koniec krem pielęgnacyjny. Jak na krem ma dość lejącą konsystencję. Również go podkradam mojej córeczce i mam dla niego niecodzienne zastosowanie - jest świetny jako serum na przesuszone końcówki. Nakładam na suche włosy niczym krem do stylizacji - zdecydowanie lepiej się układają, są wygładzone i nie puszą się. 



czwartek, 23 lipca 2015

Moja kolorówka

Od kiedy udało mi się zastąpić całą pielęgnację ekologicznymi kosmetykami, kolorowe leżały cicho w kosmetyczce, bo wiedziały, że prędzej, czy później nadejdzie ich koniec. Skompletowanie wszystkich kosmetyków, żeby móc się normalnie pomalować nie było łatwe. Ale w końcu się udało.

Zaczęłam oczywiście od pudru mineralnego. Tu wybór jest spory, ale i niełatwy. Nie znam żadnego sklepu stacjonarnego z kosmetykami mineralnymi. Jesteśmy skazane na próbki w woreczkach strunowych i potrzeba sporej determinacji, żeby te próbki użyć, a jeszcze do tego wybrać odpowiedni odcień. No ale dla upartych da się. 

Z korektorem pod oczy jest mniejszy problem. Kilka lat temu kupiłam w ciemno korektor w kremie Pixie Cosmetics. Był rewelacyjny. Taki ekologiczny odpowiednik YSL w pędzelku (który uchodzi za najlepszy na rynku, ale bynajmniej nie pod względem składu). Potem Pixie zamilkło z produkcją i nie dało się nic kupić, aż wrócili z nowym pięknym opakowaniem i tak samo dobrym korektorem. 

Puder wykończeniowy do zmatowienia podkładu mineralnego też można w miarę łatwo znaleźć. Również nada się zasypka dla dzieci (np. Sylveco) albo puder bambusowy z Biochemii Urody. 

Cienie mineralne mają mnóstwo kolorów, przy czym denerwują mnie woreczki strunowe, a ponieważ zamawiałam sporo próbek, jeszcze nie dotarłam do etapu, żeby kupić normalne opakowanie, bo próbki są wyjątkowo wydajne. Znalazłam też cienie w kamieniu, które zdecydowanie wolę.

Pomadki i błyszczyki były wyzwaniem. Pielęgnacyjnych jest mnóstwo, ale z kolorem gorzej. A ja chciałam prawdziwą pomadkę, a nie takie tam niby kolorowe, a na ustach blade. Po latach poszukiwań znalazłam swoje typy i moje usta nabrały koloru (co dostrzegł również ukochany:))

Najtrudniej było z tuszem do rzęs. Próbowałam wielu. Mimo wielu pozytywnych opinii od 100% pure nie byłam zadowolona z ich tuszu (a może trafiłam na stary produkt). Podobnie było z Alterrą (kolorówka dostępna w każdym niemieckim Rossmannie) i Lily Lolo. Maluje, maluje, a efekt marny. Rzęsy wyglądały naturalnie. Zbyt naturalnie. Prawie jak niepomalowane. A w tuszu do rzęs nie o to chodzi. Dopiero za oceanem (w Whole Foods, czyli ekologicznej Sephorze) znalazłam Zuzu. Wdzięczna nazwa, a tusz jeszcze lepszy. Kleisty, z dobrą szczoteczką, wydłuża rzęsy i się nie osypuje.

Trochę czasu mi to zajęło, ale komplet jest (na zdjęciu od lewej):
- podkład mineralny Pixie Cosmetics - do kupienia na stronie producenta http://pixiecosmetics.pl, dość mocno kryje, więc nie można przesadzać z ilością.
- cienie w kamieniu Almay i Alterra - niestety w Polsce niedostępne, nie wiem, czy u nas są jakiekolwiek w kamieniu dostępne.
- korektor pod oczy Pixie Cosmetics - najlepszy kosmetyk tego typu jaki kiedykolwiek miałam, do kupienia tu: http://pixiecosmetics.pl
- pomadka do ust i róż w jednym od Tata Harper - lepiej sprawdza się jako pomadka niż róż,  jako róż dla mnie za mało wyrazisty. Do nabycia tu: http://www.sklep.warsztatpiekna.pl 
- puder green people - kupiłam w Londynie, matuje, nawet za bardzo. Nie jest to kosmetyk, do którego będę wracać.
- błyszczyk różany Pat&Rub - daje delikatny błyszczący połysk, czyli to, czego od błyszczyka oczekuję, do nabycia w Sephorze albo na stronie http://www.patandrub.pl
- kredki cieliste UNE make up - nie wszyscy wiedzą, że to linia bourjois. Jakiś czas temu mieli cały stand w Douglasie w Arkadii, ale niestety zrezygnowali. Szkoda.
- czarna kredka Alterra - też z niemieckiego Rossmanna. O ile tusz od nich jest kiepski, to kredka bardzo fajna. Jak jest dobrze naostrzona to daje ładną miękką linię.
- tusz Zuzu - najlepszy, jaki miałam do tej pory, niedostępny w Polsce (nie wiem nawet, czy w Europie można go gdzieś kupić), do nabycia w sieci Whole Foods (to sieć sklepów, którą powinna odwiedzić każda fanka kosmetyków naturalnych).
- pomadka be adored Tata Harper - prawdziwa pomadka, opakowanie i konsystencja w niczym nie ustępuje tym zwykłym, kolor żywy, letni, pomadka nie roluje się, ani nie wysusza ust, do nabycia  tu: http://www.sklep.warsztatpiekna.pl
- pędzel kabuki - mam go już kilka lat i nawet nie pamiętam, gdzie go kupiłam. Jest spory wybór tego typu pędzli, prawie każda firma, która sprzedaje pudry mineralne ma w swojej ofercie również pędzle.