poniedziałek, 15 czerwca 2015

Blogowy ekshibicjonizm - 10 nieznanych faktów o mnie

Podjęłam Anulowe wyzwanie i oto 10 nieznanych (szerzej) faktów o mnie:

1) uwielbiam pływać. Woda to moje drugie naturalne środowisko, zachowuję się jak małe dziecko, skaczę, nurkuję, staję na rękach, ale i potrafię ostro trenować. Moim treningowym dystansem jest 1,5 km, czyli 60 krótkich (25 metrów) basenów.

2) słucham książek (audiobooków) w rozmaitych sytuacjach. Na spacerze z dzieckiem, w czasie sprzątania łazienki, podczas prasowania i gotowania. Nie zdawałam sobie sprawy, ile książek można w ten sposób przeczytać (albo raczej przesłuchać), na które inaczej nie znalazłabym czasu. 

3) bardzo lubię kaszę jaglaną. Na słodko z suszonymi owocami i gorzką czekoladą, na słono z mięsem i sosami, na śniadanie, na obiad i kolację. Do rosołu zamiast makaronu. Pycha.

4) nie oglądam horrorów, bo się ich boję. W późnej podstawówce (kiedy jeszcze było 8 klas) obejrzałam u koleżanki całą serię Freddiego Kruegera. Zrobił na mnie takie wrażenie, że do dziś nie mogę na niego patrzeć. Ze strachu.

5) robię nalewki. Mieszam owoce z wódką i spirytusem. Wymaga to cierpliwości, bo nalewka tym lepsza im dłużej leżakuje, ale się opłaca. Mam ich już całkiem sporo, m.in. pyszną gruszkówkę, imbirówkę, malinówkę, nalewkę bożonarodzeniową z pomarańczy i suszonych owoców.

6) dobrze się czuję w cieple. Nie straszne mi upały. Wolę jak jest za gorąco niż za zimno. Zawsze śpię nakryta kołdrą po szyję. Nawet latem. 

7) bardzo lubię prowadzić samochód. Już na kursie prawa jazdy nie mogłam się doczekać, kiedy ruszę w miasto. Gdy zrobiłam prawo jazdy, często jeździłam wieczorami po mieście dla przyjemności. 

8) mam przekute uszy i na tym koniec. Nie wyobrażam sobie kolczyków w żadnych innych miejscach na ciele. Na samą myśl chce mi się mdleć. 

9) piję wodę niegazowaną od rana do wieczora. Kiedyś mogłam mieć pustą lodówkę, ale zgrzewka niegazowanej zawsze jest w pogotowiu. Zwykle mam butelkę przy łóżku. 

10) gram na fortepianie. Skończyłam szkołę muzyczną I-go stopnia. Jako dziecko buntowałam się przeciwko codziennym ćwiczeniom na pianinie. W liceum doceniłam tę umiejętność i zrobiłam opracowanie muzyczne do Kartoteki Różewicza, którą wystawialiśmy  z grupą znajomych na przeglądzie małych form teatralnych. Wygraliśmy. 





piątek, 12 czerwca 2015

Tata Harper

Nikt od urodzenia nie używa kosmetyków ekologicznych (z wyjątkiem mojej córeczki oczywiście). 20 lat temu nie było tej świadomości, żeby czytać listę składników, a Logona reklamowała swoje kosmetyki na tle ziółek i worka lnianego (tak, tak, widziałam ten plakat - koszmarny!). Kosmetyki ekologiczne kojarzyły się ze śmierdzącą papką o konsystencji i kolorze przypominającym zawartość pieluszki noworodka. Mnie również nie były w głowie. Byłam kiedyś typową klientką Sephory i Douglasa, gdzie zostawiałam spory odsetek swojej korporacyjnej pensji i zachwycałam się kartonikami, pudełeczkami i zapachami. Zastanawiające, że nigdy nie ufałam ślepo zapewnieniom producentów na opakowaniu, a mimo to wydawałam krocie na drogie kremy. Kiedy byłam na etapie tych najdroższych, mój osobisty budżet popadł w finansowy kryzys (na krótko przed tym światowym). Ale nie jestem Lehman Brothers, więc nie udało mi się wyprowadzić kasy i ogłosić upadłości, tylko musiałam przejść na tryb oszczędnościowy. Wtedy zeszłam na niską cenowo kosmetyczną półkę i miałam do wyboru Nivea albo Eris (i jeszcze kilka innych tym podobnych). Nieustannie zmagałam się z trądzikiem, którego eliminacja powodowała przesuszenie skóry, a potem następował powtórny atak pryszczy. To błędne koło zmusiło mnie do poszukiwania innych kosmetyków, niż mainstreamowe. Tak właśnie zaczęłam używać kosmetyków ekologicznych. Przebrnęłam przez Biochemię Urody, ale nigdy nie lubiłam samodzielnie kręcić kremów i kupowałam jedynie to, co dało się od razu używać. Szybko też ogarnęłam (internetowo) cały świat i zaczęłam sprowadzać kosmetyki z najdalszych zakątków naszego globu. Australia, USA, Francja, Włochy, Niemcy, Wielka Brytania. Przerobiłam też Rossmannową Alterrę, która jest dowodem na to, że certyfikat ekologiczny (BDiH) i poprawny skład nie gwarantują sukcesu. Tu, jak w każdych kosmetykach, są lepsze i gorsze. Tańsze i droższe. Nie rozumiem utyskiwań, że kosmetyki ekologiczne mają być tanie. To nie jest tańsza alternatywa dla tych chemicznych, tylko zdrowsza. Różnica jest taka, że w przypadku kosmetyków ekologicznych wiem, za co płacę. W ten oto sposób stałam się wybredna. Już nie tylko selekcjonowałam kosmetyki pod względem składu, ale nauczyłam się odróżniać te średnie jakościowo od tych lepszych, luksusowych, drogich (jakkolwiek je nazywać). 

Kilka lat temu w amerykańskim Vogue'u natrafiłam na artykuł o Tata Harper i już wiedziałam, że je chcę. Anna Wintour nie promuje lipy. Więc jeśli poświęciła tej marce pierwsze kilka stron w dziale Beauty, to znaczy, że to jest naprawdę coś. Postanowiłam je przetestować, ale potknęłam się najpierw o brak wysyłki do Polski, a potem koszmarnie drogi shipping i ryzyko zapłacenia cła, co było oczywiście nieopłacalne. Z żalem porzuciłam zamiar używania zielonych fiolek na kilka lat. Do czasu, gdy wreszcie pojawiły się oficjalnie w Polsce. Pierwsza moja myśl była taka, że jest ktoś, kto myśli podobnie do mnie - kosmetyki ekologiczne też mogą być luksusowe. Nastawiłam się na produkty najwyższej jakości, żadnych neutralnych zapachów, kiepskich opakowań. Chcę tego, co oferuje Dior i Lancome, tylko z dużo lepszym składem. No i nie zawiodłam się. Starter kit jest doskonały, żeby przetestować całą pielęgnację i wybrać the best of. 

Cleanser akurat nie jest najlepszą reklamą całej serii, bo jest za bardzo lejący jak dla mnie i zanim trafi na twarz, to mi ucieka z rąk. Za to tonik w spraju jest fantastyczny. Ograniczam się do dwóch psiknięć, bo inaczej już by go nie było. Pachnie kwiatowo, ale nie dusząco, odświeża i orzeźwia. Serum ma kremową konsystencję i łatwo się nakłada. Przypomina krem nawilżający, więc muszę zerknąć na opakowanie, żeby się nie pomylić. Zachwycił mnie krem pod oczy. Choć to tylko mała próbka, jest go zadziwiająco dużo. Krem jest tłusty, gęsty, taki, jak pod oczy lubią 30-latki plus (nawet duży plus). Świeży zapach, dobrze się wchłania i dobrze odżywia. Idealny krem pod oczy. Użyłam też maseczki detoksykującej. Porządnie się nakłada, nic nie ścieka, ani nie kapie. Szybko tworzy taką błyszczącą łuskę, ale łatwo się zmywa. A na koniec produkt hit - odżywczy kompleks naprawczy. Próbka - miniaturowa buteleczka wyposażona jest w kulkę, a więc nakładając ten olejek od razu robimy masaż twarzy. Uwielbiam olejki do twarzy i ten z pewnością zaliczę do ulubionej czołówki. To nie jest jakiś tam zwykły argan. To super mieszanka olejowa, dzięki kulce nakłada się tyle, ile potrzeba. Gdy już przejadę całą twarz, wklepuje jeszcze wszystko palcami. Całą serię używa się z przyjemnością. Teraz czuję się tak, jakbym nie musiała z niczego rezygnować w związku z tym, że używam kosmetyków ekologicznych. Mam drogą markę, po którą mogę sięgnąć. Nie jestem skazana na własnej produkcji papki w plastikowych tanich słoiczkach. Mam wybór. Wersja oszczędnościowa - jest wiele marek z dobrym składem i w dobrej cenie. Wersja luksusowa - Tata Harper. I koleżanki, które używały do tej pory dumnie paradowały z czarną torebką Sephory, odchudziwszy uprzednio portfel, już nie patrzą na mnie z politowaniem i miną pt. "no tak, Ty nie używasz tego, bo masz te swoje ekologiczne" (czytaj: gorsze). Tylko mają czego zazdrościć. 




wtorek, 9 czerwca 2015

Nivea Baby - nie dla dzieci!

Znowu będzie o pielęgnacji dzieci, ale jako młoda (stażem wyłącznie) matka czuję się w obowiązku ostrzegać i informować inne matki przed szkodliwymi kosmetykami. Już dawno przekonałam się, że hasło "dla dzieci" nie oznacza wcale zdrowszej wersji kosmetyku. Wręcz przeciwnie. Może być znacznie gorzej. W tym przypadku zachowałam próbkę kremu wyłącznie w celu udokumentowania i ostrzegania. Nivea baby kojący krem przeciwko odparzeniom to krem, który należy omijać szerokim łukiem, a już na pewno nie smarować ani dziecka, ani siebie. Dlaczego?

Będę budować  napięcie stopniowo, zgodnie z listą składników. Na pierwszym miejscu mamy krystaliczny wosk mineralny - nic strasznego, ale mógłby być naturalny wosk pszczeli, tak jak w kosmetykach ekologicznych dla dzieci. Dalej tlenek cynku w liczbie 20%, o czym Nivea informuje na opakowaniu. W porządku. I na tym koniec dobrych wiadomości. Im dalej, tym gorzej. Lanolina i parafina. Nie używam kosmetyków z zawartością paraffinum liquidum i tym bardziej nie używa ich moje dziecko. Nivea chwali się na opakowaniu unikalną formułą wzbogaconą wyciągiem z kiełków pszenicy. Są te kiełki pszenicy, owszem, na piątym miejscu od końca. Unikalna formuła polega być może na znikomej ilości kiełków. Prawdziwy unikat. I najlepsze na końcu (ściśle na drugim miejscu od końca). Methylisothiazolinone. Nigdy nie mogę wymówić poprawnie tej nazwy. Zawsze przekręcam na "metylizone". W każdym razie to wyjątkowy syf, za który zabrała się nie tak dawno organizacja sektora kosmetycznego Cosmetics Europe. Dla mnie to dowód na rakotwórczość tego składnika, a w wersji poprawnej politycznie powiem, że może powodować co najmniej alergie skórne. Cosmetics Europe apeluje do producentów, aby nie stosować tego składnika w produktach, których się nie spłukuje oraz w kosmetykach dla dzieci. A tu co mamy? Kosmetyk dla dzieci, którego się nie spłukuje. Kumulacja toksyczności. Składnik wciąż jest dozwolony w produktach spłukiwalnych (spotykam go w mydłach w płynie i płynach do mycia naczyń). Ale uwaga! Dopuszczalne stężenie to 0,01%. A zatem "metylizone" w kremie dla dzieci na odparzenia pieluszkowe to zbrodnia. Nivea - wstyd!



piątek, 5 czerwca 2015

Mydła i mydełka

Przechodząc na kosmetyki ekologiczne porzuciłam całkowicie mydła w kostce. Te zwykłe oparte o tłuszcze zwierzęce, wysuszają skórę na wiór i stąd kostka kojarzyła mi się ze wszystkim, co złe. Sucha, łuszcząca się skóra. Swędząca, ściągnięta, domagająca się natychmiast balsamu do ciała. To wszystko fundowały mi mydła, których głównym składnikiem jest sodium tallowate. Myślałam, że nie produkuje się już kosmetyków opartych o tłuszcze zwierzęce, ale myliłam się. To tani składnik. Wystarczy go zatuszować dowolnym (sztucznym oczywiście) zapachem i może zalegać na półce drogeryjnej i supermarketowej. Dziękuję. Postoję.

Stąd przez długi czas używałam jedynie żeli pod prysznic studiując uprzednio wnikliwie ich skład. Mydła omijałam szerokim łukiem. Z czasem zaczęły pojawiać się sklepy z mydłami glicerynowymi. Problem z nimi był taki, że były sztucznie barwione i miały sztuczne zapachy - tę sztuczność dało się wyczuć na odległość. 

Pierwszym mydłem w kostce z dobrym składem, które zaczęłam używać, było mydło Aleppo. Potem stopniowo szukałam innych mydeł opartych o składniki roślinne. Zwykle nie poprzestaję na jednym, tylko sprawdzam od razu całe linie zapachowe. Ucieszyłam się, gdy okazało się, że Pat&Rub poszerzyło ofertę o mydła w kostce. Jest ich pięć. Różnią się nie tylko zapachem, ale kształtem i konsystencją. 

W rankingu zapachowym na pierwszym miejscu ustawiłabym mydło z przyprawami korzennymi. Pachnie trochę goździkami, trochę ciasteczkami. Bardzo lubię ten zapach. Mydło prostokątne, poręczne, miękkie. Nie jest zbyt duże, dlatego dobrze mieści się w dłoni i nie ucieka. Problemem wszystkich tych mydeł jest to, że są miękkie i szybko się topią. Dlatego powinny leżeć na ażurowej mydelniczce, która nie trzyma wody, bo inaczej przekształcają się w mydła w płynie, a nie o to nam przecież chodzi.
Na drugim miejscu stawiam mydło nagietkowe. Pachnie łąkowo, lekko kwiatowo, ale nie duszno, tylko miękko i naturalnie. Jest mniej narzucające się niż korzenne, więc trafi w szersze gusta. 
Dalej plasuje się niebieskie mydło dla dzieci. Pachnie dziecinnie, delikatnie, trochę mlecznie. Jest okrągłe i ma uroczy wzorek w gwiazdkę. Bardzo łatwo się namydla. Chociaż przeznaczone dla dzieci, można przecież stosować niezależnie od wieku. Zawsze podkreślam, że nie należy bezkrytycznie sugerować się przeznaczeniem na opakowaniu nawet ekologicznych kosmetyków, tylko używać wedle własnych potrzeb. 
Na czwartym miejscu mydło odświeżające. Szczerze mówiąc to jego zapach nie zapadł mi w pamięć, więc albo był neutralny (w sensie nic wyjątkowego) albo nieciekawy. 
Na ostatnim miejscu mydło orientalne. Fajna pomarańczowa glicerynowa kostka, dobrze się używa, ale ten zapach… niestety zapada w pamięć. Orientalna woń jest wyjątkowo cierpka. Zapach na początku jest koszmarny, brudny, ciężki i swędzi w nos. Co ciekawe, nuta zapachowa rozwija się w miarę zużywania się mydła i pod koniec kostki jest już całkiem znośne. Ale nie polecam tego eksperymentu zapachowego. Pozostałe mydła są po prostu fajniejsze.