środa, 30 września 2015

Eko w podróż

Na pożegnanie lata wybrałam się z ukochanym na krótki wypad nad włoską Gardę. Poza romantycznymi uniesieniami i zachodami słońca nad pięknym górskim jeziorem, były oczywiście kosmetyki ekologiczne. Starannie dobrałam secik podróżny. Tanie linie lotnicze mają wyjątkowo drogie opłaty za każdy kilogram bagażu, więc trzeba było spakować się naprawdę kompaktowo. Próbki i miniaturki grały pierwsze skrzypce. Przy okazji mogłam wypróbować produkty, które czekały na taką właśnie okazję. Oto, co zabrałam ze sobą i dlaczego akurat te, a nie inne kosmetyki:

1. dr. bronner's - miętowe mydło w płynie, które może być również szamponem. I faktycznie doskonale sprawdza się jako żel pod prysznic i szampon. Jednak ta wersja nie nadaje się jako żel do mycia twarzy ze względu na intensywnie miętowy zapach, który mnie szczypał w oczy. Nie pomogło obfite spłukiwanie wodą, bo miętowa nuta była dla oczu wyjątkowo intensywna i drażniąca. Poza tym nie mam do tego mydła innych zastrzeżeń.

2. rahua - odżywka do włosów. Rozpoczynam swoją przygodę z tą marką i już mi się podoba. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie mycia włosów tylko szamponem. Muszę nałożyć odżywkę i basta. Rahua jest gęsta, ale nie jest tłusta, co czasami odżywkom się zdarza. Do tego dobrze się spłukuje, pomaga rozczesać włosy i nie zostawia na nich tłustej warstwy. Moje włosy oczywiście schły sobie na świeżym powietrzu, co też dobrze im zrobiło.

3. santaverde - czysty żel aloesowy. Został mi po lecie i idealnie nadawał się w krótką podróż. Nie biorę ze sobą do torby podróżnej żadnych oliwek od czasu, kiedy opakowanie nie wytrzymało podróży w luku bagażowym i oliwka wypełzła w dowolnym kierunku (czyli wszędzie). Żel z tubki nie uciekł. Przyznaję też, że nie wzięłam ze sobą kremu z filtrem, dlatego ten aloes miał pełnić funkcję zbawczo-naprawczą po słońcu, ale moje obawy okazały się niepotrzebne. Koniec września to nie lato, a weekend nad Gardą to nie dwa tygodnie plażowania. 

4. Zamiast słoiczka kremu do twarzy wzięłam próbki. Sylveco - znane i lubiane. Zawsze wiem, czego się spodziewać i jeszcze na żadnym kosmetyku tej marki się nie zawiodłam. Lekki krem nagietkowy jest idealny od późnej wiosny po wczesną jesień. Szybko się wchłania i nawilża. We Włoszech nie mogłam nie wypróbować włoskiej marki ekologicznej Bema. Aż mi się chciało czytać wszystko po włosku na opakowaniu. Te próbki okazały się zaskakująco wydajne. Jedna próbka wystarczyła na rano i wieczór na całą twarz wraz z szyją i dekoltem. Też błyskawicznie wszystko się wchłonęło. 

5. Beyond skincare - krem pod oczy. Kiedyś w podróży wystarczył mi zwykły krem do twarzy. Z wiekiem nie ruszam się nigdzie bez kremu pod oczy. Zresztą opakowanie kremu pod oczy jest zawsze niewielkie, więc nawet w bagażu podręcznym można go zmieścić. Beyond jest w opakowaniu airless z pompką, która przeżyła lot samolotem (kiedyś podobne opakowanie mi się zepsuło i nijak nie mogłam wyjąć z niego kremu, co było wyjątkowo irytujące). Sam krem zaliczam do ulubionych pod oczy. Nie migruje, nawilża, szybko się wchłania, nadaje się i pod oczy, i na powieki. 

6. john masters organics - mgiełka-tonik do twarzy i włosów. Szczerze - do włosów to mi go szkoda. Do twarzy jest świetny. Odświeża, nawilża i przyjemnie pachnie lawendą, choć nie zawsze lubię ten zapach. Opakowanie jest na tyle małe, że przejdzie przez podręczną kontrolę lotniskową płynów. 

7. dr. organic - mokre chusteczki. Już któryś raz z kolei doceniam tego typu kosmetyki w podróży. Poczynając od umycia rąk, przez odświeżenie twarzy, na wycieraniu plam z ubrania skończywszy. To absolutny niezbędnik poza domem. Myślałam, że zapach drzewa herbacianego będzie intensywny, ale okazał się dość łagodny. Tea tree jest tu bardziej dla dezynfekcji i nie ma nic wspólnego z ostrym aromatem eterycznego olejku.

Szkoda, że ten weekend minął tak szybko. Na szczęście wspomnienia pozostaną na dłużej. Chętnie znów bym gdzieś pojechała. Nie tylko po to, żeby zabrać ze sobą kilka fajnych kosmetyków naturalnych do wypróbowania. 

PS. Zdjęcie plus stylizacja kosmetyków to dzieło mojego mężczyzny:)




wtorek, 15 września 2015

Hipp, Hipp, Hurra!

Wkraczając w etap rozszerzania diety niemowlaka stanęłam przed dylematem: gotować czy kupować? Nasze babcie gotowały i było super, ale miały ogólnie dostępną ekologiczną żywność, która dziś jest na wagę złota niemalże. Bo nawet w sklepie ekologicznym nigdy nie mam gwarancji, czy kupuję marchewkę ekologiczną, czy nie. Ogródka nie mam, więc sobie sama nie wyhoduje.

Postawiłam więc na słoiczki, ale przed zakupem zrobiłam research. Trochę poczytałam, kilka kupiłam i okazało się, że sprawa wcale nie jest taka prosta. Najgorsze okazały hipermarketowe marki własne - cukier, niepotrzebne dodatki, nie wiadomo skąd pochodzą składniki. Nawet szata graficzna tych słoiczków nie budziła zaufania. Ostatecznie moją  wstępną selekcję składu przeszły Hipp, Babydream i kilka Gerberów. Oczywiście nie wszystko, ale wybrane przeze mnie słoiczki. Wybierałam bez cukru, żeby był jak najbardziej prosty skład i zwracałam uwagę, skąd pochodzą warzywa i owoce. Kwestię smaku miała zweryfikować Tosia. Wybierałam tylko owoce i obiadki. Najpierw rozpoczęłam serwowanie obiadków, żeby nie przyzwyczajać dziecka do słodkich smaków owoców. 

Po miesiącu wprowadziłam mięso. Rybą Tosia notorycznie pluje. Pluła również królikiem, dopóki nie spróbowała królika Hippa. W ten sposób zaczęłyśmy eliminować poszczególne słoiczki. Na liście nielubianych jest wspomniana już ryba, a także szpinak i kluseczki. Do ulubionych zalicza się dynia pod każdą postacią (z innymi warzywami oraz z mięsem), pomidorówka (krem z pomidorów jest tak dobry że sama mogłabym go jeść), a ostatnio wołowina z buraczkami i jabłkiem. 

Ważne jest, żeby nie dawać dziecku stale tych samych słoiczków, tylko dostosowane do wieku. Np. chodzi o to, że od 7-8 miesiąca jedzenie nie powinno być zmiksowane na gładką masę, ale powinny zacząć pojawiać się drobne grudki, żeby nauczyć dziecko rozdrabniać jedzenie (nawet dziąsłami). Inaczej można doprowadzić do sytuacji, gdzie trzylatka w przedszkolu nie umiała jeść podanego jej jedzenia, bo była przyzwyczajona do papki, którą od razu połykała (tak, tak, słyszałam o takim przypadku). 

Zrezygnowałam ze słoiczkowych kaszek. Głównie dlatego, że mieszamy mleko ze swoją organiczną kaszkę orkiszową pełnoziarnistą w proszku. Pediatra poleciła mi kiedyś Sinlac, który jest bez glutenu, bez laktozy, ale za to z syropem glukozowym. Więcej do niej nie poszłam. 

W sumie najbardziej jestem zadowolona ze słoiczków Hippa. Są ekologiczne, począwszy od zasiania marchewki, na zakręceniu słoika skończywszy. Mam też gwarancję, że żaden ze składników nie jest modyfikowany genetycznie. Pewnie z czasem nie uda mi się utrzymać tak restrykcyjnie zdrowej diety dla Tosi, ale przynajmniej na tym etapie ma bardzo smaczny i zdrowy początek żywieniowy. 



piątek, 11 września 2015

W poszukiwaniu dezodorantu idealnego

Nie ma się co oszukiwać. Nie jest łatwo znaleźć dobry ekologiczny dezodorant. Dobry - mam na myśli nie rtylko dobry skład, ale (a może przede wszystkim) działający dłużej niż godzinę. Bo niestety tak działa większość eko dezodorantów. Dlaczego tak mi zależy, żeby znaleźć skuteczny dezodorant w dobrej cenie? Bo to jest słaby punkt kosmetyków ekologicznych. 

Najprościej zmienić pielęgnację na naturalną. Tu jest w czym wybierać. Trochę trudniej jest z kolorówką, ale jak się poszuka, to też się da. Tym bardziej, że do Polski wchodzą kolejne kolorowe eko kosmetyki, ale o tym już niedługo napiszę osobno. Bardzo trudno, o ile nie najtrudniej jest znaleźć dezodorant z dobrym składem i to taki, który będzie działać przez cały dzień i nie mam zamiaru uciekać do toalety w porze lunchu i sprawdzać węchowo własne pachy.

Dawno temu używałam biotherm deo pure, który uważam za najlepszy z chemicznych. Ale gdy przeczytałam jego skład (mieszkanka aluminium i parabenów) porzuciłam go bez żalu. Biotherm za jakiś czas wypuścił dezodorant w wersji ekologicznej z certyfikatem ecocert oparty o alkohol i olejki eteryczne (głównie cytrynowy), ale nie dorównywał wersji chemicznej. Działał słabo (mniej więcej właśnie do pory lunchu). Zaczęłam szukać dezodorantów ekologicznych i zaczęły się schody. Rossmannowski nie działa w ogóle. Dr. Hauschka działa jeszcze w miarę wersja różana, pozostałe nie. Kryształów nie używam, bo chemicy mówią, że to ałun to inna forma aluminium (przynajmniej pod względem chemicznym). 

Natrafiłam w końcu na dezodorant w kremie. Jedyną niedogodnością jest to, że trzeba go rozetrzeć w dłoni i zaaplikować, czyli zaszpachlować pod pachami. To dezodorant schmidt's. Wybrałam wersję bergamot + lime. Zapach cytrusowy, świeży, bardzo mi się podoba, taki właśnie chciałam. Na początku przerażała mnie ta aplikacja. Bo spieszę się rano, a tu trzeba wydłubywać ze słoiczka. Jest nawet dołączona mini łopatka do nakładania, ale ostatecznie i tak trzeba tą papkę rozetrzeć w dłoni. Jednak wpadłam na pomysł i resztę z dłoni zaczęłam wsmarowywać w stopy (taki deo dla stóp;)). Zauważyłam, że ten dezodorant naprawdę działa. Oczywiście nie mówię o trzydziestostopniowych upałach, bo wtedy nic nie działa. Ale w normalne letnie dni jest ok. 

W składzie na początku masło shea i soda oczyszczona. Wiem, wiem - można sobie samemu ukręcić taki dezodorant. Lista składników jest jak przepis. Ale ja nie lubię produkować samodzielnie kosmetyków naturalnych. Denerwują mnie te warsztaty samodzielnego kręcenia kosmetyków. Czy są warsztaty kosmetyków chemicznych? No właśnie. Chcę kupić kosmetyk z dobrym składem w ładnym opakowaniu i go po prostu używać. 

Szkoda, że schmidt's nie można dostać w Polsce. Może jakiś dystrybutor innych marek się skusi? Halo! Potrzebujemy w Polsce dobrego eko dezodorantu! Schmidt's sprawdziłam i jestem zadowolona. Polecam.