niedziela, 25 października 2015

Skarby w mojej torebce

Jeszcze na ostatnią chwilę słońca załapała się moja torebka i kosmetyki, które w niej noszę. Dużo tego nie ma, bo nie jestem zwolenniczką noszenia w torebce perfum, lakieru do włosów (zresztą nie używam) i kilku tubek kremu. Ale do rzeczy. 

Niezbędnikiem w mojej torebce jest zawsze coś do ust. I to nie jeden błyszczyk, co najmniej dwa. Jestem uzależniona od ciągłego smarowania i poprawiania ust. Zawsze mam przy sobie błyszczyk, czasami pomadkę. Teraz mam w torebce dwa błyszczyki. Jeden to różany Pat&Rub. Jest prawie przezroczysty, nadaje świetlisty, lekko różowy połysk. Drugi to kolorowy błyszczyk Felicea, który jest zdecydowanie różowy. Nadaje jasny i dość ostry odcień różu. Zwraca uwagę na usta. Jest lepszy na popołudnie, od rana nie lubię tak bardzo ich podkreślać.

Za to na wieczór zostawiam pomadkę. Długo nie mogłam znaleźć ekologicznej wersji. Zresztą kilka lat temu to było wręcz niemożliwe. Naturalnych szminek nie było w ogóle na naszym rynku. Teraz mam ciemno-różową pomadkę Tata Harper w sztyfcie. Jest dość twarda, dzięki czemu nie zużywa się zbyt szybko, ale kolor jest dobrze widoczny. Nie roluje się, z czasem delikatnie znika. Jej wąski kształt pozwala mi poprawiać makijaż ust nawet bez lustra. 

Odkąd jestem mamą w mojej torebce niezbędnikiem jest ekologiczny żel do mycia rąk bez mydła. Choć, to czego teraz używam trudno nazwać żelem. To taki psikacz, który zamienia się w płyn, który myje dłonie. Hand sanitizer od clean well niestety nie jest dostępny w Polsce. Bardzo żałuję, bo ten kosmetyk jest świetny. W podróży wręcz niezastąpiony.

I jeszcze jedno moje odkrycie - mokre chusteczki w tabletkach. Rewelacja! Nie dość, że super zielona lanserska tubka, to w środku ekologiczna skompresowana chusteczka, którą można umyć ręce, twarz, a nawet niemowlęcą pupę;) Jedną tabletkę wystarczy włożyć na chwilę pod wodę i rozwija się miękka wilgotna chusteczka. Compressed Wipes firmy green sprouts. To tez jest mój nabytek Z USA. Chusteczki są nasączone tylko roślinnymi ekstraktami. Nie są perfumowane, nie zawierają alkoholu i oczywiście żadnych chemikaliów. 

Gdy zrobi się chłodniej to wrzucę do torebki jeszcze krem do rąk. Ale póki co cieszę się ostatnimi ciepłymi promieniami słońca.




piątek, 23 października 2015

Domowa biblioteczka

W dzieciństwie katalogowałam swoje książki i nawet je ponumerowałam wpisując długopisem nadany przeze mnie numer na pierwszej stronie każdego egzemplarza. Wieczorem leżąc w łóżku wpatrywałam się w postawianie grzbiety książek i bardzo lubiłam ten widok. Dziś zamiast biblioteczki mam dziecięce łóżeczko, a na półkach ubranka. Książki czekają skulone na lepsze czasy (jeszcze nie wiem, kiedy nadejdą, bo jakoś się nie zanosi aktualnie;)) Ale w dobie nowych technologii połknęłam bakcyla na elektroniczne gadżety i moja domowa biblioteczka z dnia na dzień stała się uporządkowana i całkiem pokaźna.

Choć nie zajmuje dużo miejsca, jest naprawdę imponująca, mimo że na to nie wygląda. Jestem fanką dwóch elektronicznych nośników - to audiobooki i czytnik kindle. Formaty różnią się od siebie i mają zupełnie inne przeznaczenie. Audiobooków zaczęłam słuchać jakiś czas temu, gdy złamałam rękę i w ramach rehabilitacji codziennie wykonywałam monotonne ćwiczenia na wzmocnienie mięśni po gipsie. Słuchawki na uszach pomogły mi ten czas przetrwać. Ręka wyzdrowiała, a słuchawki zostały ze mną do tej pory. Najpierw słuchałam książek na iPhonie, ale bateria szybko padała, więc zakupiłam iPod, do którego wgrywam tylko i wyłącznie audiobooki (słuchać muzyki przez słuchawki przestałam już wiele lat temu). 

Zaletą audiobooków jest to, że można ich słuchać i jednocześnie robić jakieś inne czynności. Obecnie standardem jest dla mnie słuchanie książek na spacerze z dzieckiem. Zamiast siedzieć na ławce z książką w ręku (i marznąć) wolę spacerować i słuchać. Przez długi czas po porodzie to była jedyna możliwość przeczytania jakiejkolwiek książki, bo zwyczajnie inaczej nie miałabym czasu na czytanie. Polecam też słuchanie książek podczas prasowania, sprzątania łazienki, itp. Z odkurzaniem będzie gorzej, bo szum odkurzacza będzie zagłuszać głos lektora. Poza tym audiobooki zrobiły się popularne i czytają je znani aktorzy i naprawdę bardzo przyjemnie się tego słucha. Mam nawet swoich ulubionych lektorów, do których należy m.in. Krzysztof Gosztyła, czy fantastyczna Anna Maria Buczek (polecam szczególnie Królową Południa w jej wykonaniu). Jeśli chodzi o zbiory, to audiobooki wymagają jedynie wolnej pamięci komputera. Nie wiem, ile aktualnie ich mam, bo po mniej więcej 150 przestałam liczyć. 

Kindle to zupełnie inna bajka. Tu nie słuchamy, tylko czytamy, ale na ekranie. Kindle wybrałam ze względu na dobre opinie i nieświecący ekran, dzięki czemu czyta się jak gazetę i oczy się nie męczą. Najpierw ściągnęłam sobie książki po angielsku dotyczące kosmetyków i zdrowej żywności. Jest kilka świetnych (i darmowych na amazonie) poradników dotyczących np. sposobów zastosowania oleju kokosowego. Kindle jest poręczny, lekki i nadaje się w podróż samolotem, czy pociągiem, bo szum uniemożliwia słuchanie audiobooków (chyba że ktoś zainwestuje w super drogie słuchawki z redukcją zewnętrznego szumu). Nawet nie wiem, ile książek mieści sam kindle, ale archiwizować też można oczywiście na komputerze. Nie ukrywam, że w audiobookach jestem bardziej zaawansowana, ale z przyjemnością zgłębiam tajniki kindla.

Oczywiście nie zamierzam wyeliminować tradycyjnej (jak to zabrzmiało!) drukowanej książki, ale zamiast tracić miejsce na opasłe kryminały (które bardzo lubię), wolę ich posłuchać. Audiobooki i czytniki nie zastąpią mi na pewno literatury fachowej, gdzie zaznaczam, podkreślam i się uczę. Tu zawsze wygra druk. Ale dziś pochwalę się moją minimalistycznie wyglądającą biblioteczką, w której jest mnóstwo naprawdę świetnych książek. Właśnie skończyłam 1Q84 Murakami. A Wy co teraz czytacie albo słuchacie?


wtorek, 20 października 2015

Aktualnie używam - pielęgnacja ciała

Czas na przegląd kosmetyków, które aktualnie używam do ciała. Przy dziecku nie mam czasu na osobny balsam ujędrniający, krem do stóp, serum do biustu, do szyi i dekoltu. Tu liczy się czas, a już możliwość wsmarowania czegoś po kąpieli to jest spory luksus. Także moja pielęgnacja ciała jest dość minimalistyczna w tej chwili. Nie wykluczam, że to się w przyszłości zmieni, choć teraz nie narzekam. Żeby zaoszczędzić cenny czas wybrałam zamiast  balsamu do ciała oliwkę (a nawet dwie), bo to jest dla mnie kosmetyk najbardziej odżywczy, wielofunkcyjny (do smarowania od stóp po dekolt). Ale po kolei:

1. olejek rahua amazon oil - to olejek już sam w sobie luksusowy. Składniki z lasów tropikalnych z Amazonii nie zdarzają się często w olejkach do ciała. Sam olejek jest w szklanej buteleczce z pompką, przez co nakłada się trochę wolniej na ciało, ale z drugiej strony nie leci bez opamiętania, jak z normalnego opakowania. Zapach ma bardzo przyjemny, delikatny, nie jest słodki, pachnie naturalnie, ale ładnie (w sensie nadaje się dla początkujących użytkowniczek kosmetyków naturalnych przyzwyczajonych do sztucznych zapachów i nietolerujących ziołowych naturalnych aromatów). I ten zapach utrzymuje się przez jakiś czas na skórze, co mi bardzo odpowiada. Używam od czasu do czasu, bo mi go szkoda tak szybko zużywać, a poza tym nie zawsze mam dla niego czas.

2. krem do rąk żurawinowy Pat&Rub - bez kremu do stóp mogę się obyć, ale krem do rąk zawsze jakiś używam i muszę mieć go na półce. Od razu wywaliłam zatyczkę, bo łatwiej i szybciej aplikuję naciskając z góry na pompkę, a nie bawię się w zdejmowanie wieczka, które często mi spadało na podłogę powodując hałas grożący obudzeniem śpiącego dziecka. Krem jest odpowiednio tłusty, ale dobrze i szybko się wchłania. To nie pierwsze i na pewno nie ostatnie moje opakowanie. Uwielbiam ten zapach (najbardziej jesienią i zimą) i bogatą konsystencję. Używam kilka razy dziennie. Tosi zapach żurawiny też nie przeszkadza, gdy biorę ją na ręce mając posmarowanie dłonie tym kremem.

3. dezodorant Tom's of maine - marka w Polsce niedostępna, nie wiem, czy można go kupić w jakimś sklepie internetowym z wysyłką do Polski. Ja go mam z USA (z mojego ulubionego Whole Foods'a). Dezodorant jest bez zapachu, zupełnie neutralny, więc pasuje do wszystkich zapachowych kosmetyków i perfum. Czy nazwałabym go long lasting? Niekoniecznie. Nie ma się co oszukiwać - dezodoranty ekologiczne nie mogą konkurować z antyperspirantami z aluminium. Nie spotkałam jeszcze takiego naturalnego, który trzymałby pot w ryzach od świtu do nocy, a już na pewno nie przez 24h. Jednak poza upalnym latem ten dezodorant daje radę i jestem z niego zadowolona. Jest w sztyfcie i nie zostawia żadnych śladów na ubraniu, co też jest dla mnie ważne.

4. oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt Hipp - przyznaję się bez bicia, że podbieram dziecku;) To świetny produkt do codziennej pielęgnacji. Skład prosty i naturalny. Bardzo lubię ten zapach, choć dla dzieci moim zdaniem jest nieco intensywny. Smaruję się tą oliwką od stóp po szyję. Jedynym jej minusem jest to, że szybko znika z butelki. Ale na szczęście nie jest droga, więc nie ma problemu.


piątek, 16 października 2015

Aktualnie używam - pielęgnacja twarzy

Z wiekiem robię się coraz bardziej wybredna, także w kwestii kosmetyków. Nie wystarczy mi już poprawna lista składników. Jak to określiła moja koleżanka składając mi życzenia urodzinowe - jeszcze trójka z przodu - owszem jest, ale już niedługo, więc tym bardziej trzeba o cerę dbać.

Mój każdy kolejny zestaw pielęgnacyjny to nieustanne dążenie do perfekcji, wysokiej jakości (nie zawsze równej wysokiej cenie), kosmetyków, do których będę chętnie wracać. Takim właśnie stał się płyn micelarny resibo. Polska marka, raczej manufaktura, a nie duży producent, ale dba o jakość, bo właścicielka sama używa własnych kosmetyków (co jest bardzo częste nie tylko wśród producentów, ale i dystrybutorów kosmetyków naturalnych). Bardzo lubię płyny micelarne i przez lata używałam czerwonej biodermy, której lista składników idealna nie jest, ale i nie najgorsza. Płyn micelarny resibo biodermę zdetronizował. Zmywam nim całą twarz i oczy. Nie szczypie, dobrze oczyszcza, przyjemnie pachnie. Będę do niego wracać.

Hibiskusowy tonik sylveco ma wiele pozytywnych opinii. Lubię tę markę za dobrą jakość i przystępną cenę. Jednak nie do końca odpowiada mi żelowa konsystencja. Mam problem, żeby nałożyć na wacik tyle, ile potrzebuję (zawsze coś mi się wylewa). O ile w oliwce dla dzieci żelowa konsystencja jest genialna, to w toniku wolę tradycyjny płyn. 

Jesienią lubię bogate tłuste konsystencje, chętnie używam olejki, więc kolejne kosmetyki na mojej półce to typowe tłuściochy. Mallow beauty balm od herbfarmacy przypomina tłustą maść. Ma naturalny ziołowy zapach, do razu wiadomo, że nie ma tam żadnego sztucznego aromatu. Używam jako kremu na noc. Można go też stosować pod oczy, na szyję i dekolt. Zresztą od pewnego czasu każdy krem do twarzy używam również na szyję i dekolt (to ta  ostatnia trójka z przodu każe mi dbać o te okolice;)). Krem jest naprawdę tłusty, więc nie można się od razu położyć do łóżka, bo wszystko wsiąknie w poduszkę. Resztki oczywiście wsmarowuję w dłonie i od razu czuję tłustą ochronną warstwę na skórze. 

Amerykańska pomadka Sierra Bees to jedna z wielu pomadek pielęgnacyjnych, jakie używam. Pachnie lekko miodem, jest odpowiednio tłusta, ale trzeba często powtarzać aplikację, bo szybko się wchłania albo po prostu ją zjadam.

Trio od Beyond Organic Skincare. To pielęgnacja zdecydowanie dla kobiet z trójką z przodu. Krem pod oczy jest rewelacyjny (już o nim pisałam przy okazji kosmetyków, które ze mną podróżowały nad Gardę). Tłusty, ale szybko się wchłania. Nie wiem, jak to się dzieje, ale tak właśnie jest. Ma dozownik airless z pompką i wierzę, że wyciśnie wszystko do ostatniej kropli, bo inaczej byłabym skłonna rozwalić młotkiem opakowanie, żeby z niego coś jeszcze wydobyć. Stosuję ten krem dookoła oczu, w ogóle nie migruje. Ma lekki ziołowy zapach, który jest najbardziej delikatny z całej serii.

Za to serum to tłusty olej o intensywnym ziołowym zapachu. Przypomina mi runo leśne. Podoba mi się takie zapachowe zielsko, ale początkującym użytkowniczkom kosmetyków naturalnych może on nie odpowiadać. Do takich naturalnych zapachów trzeba dojrzeć i przeprowadzić najpierw zapachowy detoks od sztucznych aromatów. Serum jest tłuste i powoli się wchłania, więc poduszka po aplikacji odpada. Trzeba dać mu czas na działanie. Ale to jest właśnie taki kosmetyk, który można potraktować jak kurację. Ze względu na bogata konsystencję nie używam już więcej kremu na to serum. Stosuję je na noc na zmianę z mallow beauty balm.

Na koniec krem na dzień z niebieskiej, pachnącej zielskiem serii. Zapach bardziej intensywny niż kremu pod oczy, ale zdecydowanie mniej niż serum. Krem też jest tłusty, ale jak się wchłonie to można się pomalować. Podkład i puder mineralny dobrze się na nim trzymają. Nic się nie roluje i nie warzy. Krem jest dobry na chłodniejsze dni i jesienną aurę. Na lato moim zdaniem byłby zbyt tłusty. 

Ta pielęgnacja nie przygotuje mnie do zimowego snu (czasami mam wrażenie, że nabotoksowane blondyny zapadają w październiku w zimowy sen i budzą się dopiero wiosną z jeszcze większymi ustami i odsłoniętym dekoltem, bo jakoś znikają mi o tej porze roku z horyzontu). Za to mogę spacerować z moją córeczką, bo póki nie ma -10 stopni na zewnątrz, to codziennie chodzimy na spacery. I nie wracam do domu z czerwonym nosem i przesuszoną skórą na twarzy.


środa, 14 października 2015

Pyszne chrupecki

W sumie nie wiem, dlaczego Polacy nie potrafią wyprodukować tak prostej przekąski, jak miękkie chrupki z dwóch składników, ale nie będę w to wnikać. Znalazłam czeskie fantastyczne chrupki kukurydziano-jaglane, które uwielbia moja jeszcze-mało-ale-już-nie-bezzębna córeczka (aktualnie mamy 4 ząbki na dole i prawie 4 na górze).

A ząbki są tu kluczowe. Chrupki kupił w sklepie ze zdrową żywnością mój ukochany w czasach, kiedy szeroki uśmiech Tosi składał się tylko z dwóch dolnych mini-ząbków. Zwykłe chrupki kukurydziane okazały się za twarde dla jej delikatnych dziąseł, bo to nimi podgryzała właśnie chrupki. Te składają się z kaszy kukurydzianej (80%) i kaszy jaglanej (20%). W wersji oryginalnej to kukurićna krupice i jahelna krupice - prawda, że urocze? Jako fanka kaszy jaglanej jestem zachwycona, bo wierzę, że wdrażam mojej córeczce zdrowe nawyki żywieniowe (pewnie trochę przesadzam, ale przynajmniej jest smak prawdziwej kaszy jaglanej). 

Tosia pokochała te chrupki od pierwszego gryza. Chrupki, oprócz przekąski, spełniają wiele innych ważnych funkcji. Tosia się niecierpliwi, że nie ma jeszcze kolacji - chrupek. Chcemy w ciszy (przez kilka minut jedynie, czyli tyle, ile trwa zjedzenie jednej sztuki) pooglądać telewizor - chrupek. Nie smakuje słoiczek z owocami - chrupek na zmianę z łyżeczką z owockami. Tosia chce zjeść kawałek gazety (ewentualnie kwiatek, paproch, czy cokolwiek innego, co wpycha do buzi i grozi połknięciem), a następnie płacze, gdy jej to zabieram - chrupek. 

Jakaż więc była moja rozpacz, gdy w sklepie, w którym ostatnio kupowaliśmy chrupki ich zabrakło ("w hurtowni nie ma i może będą w przyszłym tygodniu" - a tydzień bez chrupek jest nie do przeżycia!). Rozpoczęłam intensywny research w sklepach internetowych patrząc, aby przesyłka zajęła jak najmniej czasu. W końcu znalazłam w sklepie biomaluszek.pl. Oczywiście wykupiłam od razu cały asortyment (10 opakowań). Jedno opakowanie oscyluje między 3,25 zł w sklepie internetowym a 3,90 w stacjonarnym, więc zbankrutować nie można, a przekąska bezcenna. Przy następnym zamówieniu od razu zadzwoniłam do sklepu i dowiedziałam się, że idzie kolejna dostawa, którą też całą wykupiłam. 

Chrupki cieszą się powodzeniem w całej rodzinie. Są naturalną przekąską o banalnie prostym składzie. Są tak miękkie (sama przetestowałam), że rozpływają się w ustach bez użycia zębów, dlatego nadają się dla niemowlaków. Polecam nie tylko mamom i ich maluchom. Extrudowany wyrobek jahelne krupky - nazwa w oryginale rewelacyjna. Smacznie i śmiesznie;))


poniedziałek, 5 października 2015

Kosmetyki naturalne we Włoszech

W mieście stołecznym Warszawa nie ma ani jednej stacjonarnej drogerii ekologicznej. Nie ma sklepu, do którego mogłabym wejść i oglądać same ekologiczne kremy do twarzy, balsamy do ciała, błyszczyki, peelingi i tusze do rzęs. Czy ja wymagam zbyt wiele? Chyba tak…

Tymczasem nad pięknym jeziorem Garda w północnych Włoszech, gdzie do najbliższej metropolii (Mediolan) mamy 150 km, a dookoła jeziora tylko kurorty, małe wioski i winnice… i co znalazłam? Sklep z kosmetykami ekologicznymi! Nie jakieś tam stoisko, nie jakiś tam firmowy butik jednej marki, tylko prawdziwą drogerię z naturalnymi kosmetykami. Spacerujemy sobie z ukochanym po Salo, podziwiamy łódki w porcie, zaglądamy do butików, zastanawiamy się, gdzie zjemy lunch. I nagle pewna wystawa przykuła moją uwagę. Ukochany już wiedział, co się święci, bo dostrzegł niezdrowe podniecenie w moich oczach. - To ja pójdę sobie zobaczyć tam dalej - warknął i zniknął za rogiem. Zostałam sama przed cudowną witryną sklepową.

Jednak szybko ogarnęła mnie rozpacz, bo się okazało, że w środku jest ciemno. Przykleiłam nos do ogromnej szyby, ale niestety nie dostrzegłam w środku żywej duszy. Słońce pięknie świeci, ludzie spacerują, łódki pływają, a sklep zamknięty. No trudno. Zrobiłam więc klasyczny "window shopping", czyli przykleiłam pół twarzy do witryny i starałam się pochłonąć wzrokiem wszystkie kosmetyki, jakie wpadły w moje pole widzenia. Kilka firm znałam, inne były dla mnie zupełnie nowe. Po chwili zorientowałam się, że oferta firm dostępnych w sklepie wypisana jest obok wystawowej szyby;) Zakupów nie było, ale przynajmniej udokumentowałam kolejny ekologiczny sklep, jakiego mi brakuje w Polsce. 

Podziwiajcie, a jak będziecie nad Gardą (miejsce bardzo polecam!), to pamiętajcie, że w Salo na południu jest taki cudny sklep.