środa, 25 listopada 2015

Aktualnie używam - prysznic

Dbanie o codzienną higienę z małym dzieckiem okazuje się wyzwaniem. Choć najgorsze już za mną, to wciąż nie mam czasu, żeby sobie poleżeć w wannie.

Minęły już na szczęście czasy, gdzie poranny prysznic brałam o 14.00. Dla mnie, po nieprzespanej nocy, to w sumie było wciąż rano… Ale wróćmy do teraźniejszości. Na kąpiel czasu nie ma, ale prysznic biorę rano i wieczorem. Dosłownie - rano znaczy rano, a wieczorem to naprawdę wieczorem. Z czasem nabrałam wprawy i myję się szybciej niż kiedyś. Dzięki temu od czasu do czasu pozwalam sobie na peeling ciała. Nazwałabym to pielęgnacyjnym luksusem, bo to już nie jest tak oczywiste, jak w czasach przed dzieckiem, że w sobotę rano robię sobie leniwy peeling, smaruję ciało trzema różnymi balsami i jeszcze  nakładam maseczkę z glinki na twarz. Teraz jest szybko i kompaktowo. Oto szczegóły:

1. Czarne mydło marokańskie savon noir Avebio - kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy użyłam tego mydła, miałam mieszane uczucia co do czarnej galaretki i zdecydowanie naturalnym zapachu (czytaj: mało atrakcyjnym, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do pachnących kosmetyków). Zmęczyłam opakowanie, ale zrobiłam sobie długą przerwę zanim kupiłam kolejne. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej. Po pierwsze, mój nos się zmienił, odkąd zminimalizowałam sztuczne zapachy wokół siebie, a mydło aleppo ma dla mnie przyjemny zapach. Po drugie, doceniam kosmetyki wielofunkcyjne, a takie właśnie jest savon noir. To  jest mydło do twarzy, do ciała, ale używam go również jako maseczki do tłustej cery, którą stosuję pod prysznicem (oszczędzam czas przy okazji).

2. peeling do ciała Pat&Rub - mniej znany spośród słynnych scrubów do ciała. Ten jest lżejszy, mniej tłusty i zdecydowanie lepszy do stosowania pod prysznicem niż te tłuste w dużych plastikowych słojach. Jest antycellulitowy, ale ja go stosuję od stóp po ramiona. 

3. żel pod prysznic Pat&Rub - bardzo lubię żele pod prysznic do Pat&Rub za odpowiednią konsystencję i obłędne zapachy. Ten zapach nazwałabym przygotowujący do zimy. Na lato jest zbyt świąteczny;)

4. szampon i odżywka Avalon Organics - nowość w mojej pielęgnacji, dopiero zaczęłam używać, więc nie mogę jeszcze za wiele powiedzieć. Skład w porządku, zapach też. Liczę na lecznicze działanie olejku tea tree, żeby mi się włosy nie przetłuszczały. Czy tak faktycznie będzie? Zobaczymy….

PS. Nieodzowną scenografią zdjęcia są Tosinkowe zabawki do kąpieli:)


poniedziałek, 16 listopada 2015

Nie polecam - Planeta Organica

Od pewnego czasu trwa internetowy zachwyt nad rosyjskimi kosmetykami Babuszki Agafi (czy jakoś tak) i innymi tego typu wynalazkami zza wschodniej granicy. Peanom nie ma końca. Że takie rewelacyjne, z dobrym składem, w dobrej cenie. Po prostu Chanel w promocji. Tyle, że Chanel nie robi promocji ani przeceny.

Intuicja podpowiadała mi, żeby przyjrzeć się porządnie tym kosmetykom, bo jak wiadomo "nie ma darmowych lunchy" i tak samo nie ma tanich kosmetyków z super składem. Ale postanowiłam wypróbować. Padło na arganową odżywkę do włosów Planeta Organica.  Obejrzałam opakowanie i natknęłam się na coś, co udaje certyfikaty. Pierwsze oznaczenie, że "certified organic ingredients" okraszone listkami (że niby to roślinki są) - czyli nic to nie znaczy. Ziaja też swego czasu pisała na opakowaniu, że zawiera olej arganowy z ecocertem. Tylko co z tego, jak przy okazji było tam mnóstwo paskudnych i zdecydowanie nieekologicznych składników. 

Drugi pseudo certyfikat głosił "paraben free" i "sls free" plus grafika pt. blokująca rączka w kółeczku. To się nazywa z angielskiego greenwashing, czyli jak nie możemy nabyć certyfikatu, to sobie sami go wymyślimy. Jak widzę tego typu oznaczenia, to już mi się zapala czerwona lampka. Toleruję tylko albo prawdziwy certyfikat albo prawdziwy dobry skład, który sam się broni i nie potrzebuje certyfikatu. A jeśli ktoś na siłę wymyśla takie pseudo certyfikaty, to zwykle dlatego, że ma coś do ukrycia. 

Mimo złego pierwszego wrażenia na zewnątrz (ogląd opakowania) postanowiłam spróbować osławionej odżywki. Najpierw powalił mnie intensywny zapach, zdecydowanie nie naturalny,  ostry, drażniący w nos. Mimo to nałożyłam odżywkę na dłoń. Konsystencja brejowatej papki o zgniłym zielonym kolorze - taka typowa antyreklama kosmetyków naturalnych. Zgniły zielony kolor toleruję jedynie w oryginalnym mydle aleppo. Ale nic co. Dałam odżywce szansę i nałożyłam na włosy, od połowy długości po końcówki. Mimo takiego sposobu nakładania miałam problemy ze spłukaniem odżywki, a następnie z rozczesaniem włosów. I za nic w świecie nie mogłam pozbyć się tłustej pozostałości tejże odżywki na czubku głowy. Płukałam, czesałam, suszyłam, a na czubku wciąż tkwiło tłuste gniazdo. 

Nie wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek doceni moje zdeterminowanie, bo nie wyrzuciłam tej odżywki od razu, tylko jeszcze kilka razy użyłam, z niezmiennie tłustym na czubku głowy efektem. W końcu się poddałam, czyli uznałam, że odżywka nie nadaje się do włosów. Jako osoba oszczędna z natury nie lubię wyrzucać kosmetyków, których nie zużyłam do końca. Dlatego też postanowiłam znaleźć inne zastosowanie dla arganowej odżywki do włosów. Wymyśliłam, że może uda się użyć jej jako mydła do golenia nóg. Niestety tu również zawiodła. Maszynka tępo sunęła po mojej łydce, nie czyniąc jej wcale gładkiej. Tu także dałam jej kilka szans. Oczywiście bez efektu.

Wobec licznych niepowodzeń, przełamałam wrodzoną sknerowatość i wyrzuciłam (ciśnie mi się na usta bardziej dosadne określenie) odżywkę arganową marki Planet Organica. Nie zamierzam więcej próbować jakichkolwiek rosyjskich kosmetyków. Dziękuję. Dasfidania. 


czwartek, 12 listopada 2015

Wypróbowuję

Próbki kosmetyków naturalnych budzą we mnie mieszane uczucia. Nie zawsze próbka wystarczy na tyle, abym mogła poczuć działanie kosmetyku. Ale za to udaje mi się sprawdzić zapach i konsystencję. Nie ma się co tutaj rozpisywać, bo w końcu próbka to tylko namiastka i ewentualnie zachęta, żeby kupić pełne opakowanie. Jednak wobec zalewu próbek zwykłych (czyli chemicznych, nielubianych przeze mnie, które trzymam tylko po to, żeby pokazać ich paskudny skład) bardzo lubię próbki kosmetyków naturalnych. Kiedyś zbierałam je, ale to nie ma sensu, bo termin przydatności nie jest długi. Więc zamieniłam zasady i zużywam od razu, nie robię żadnych zapasów. Oto, co ostatnio zużyłam:

Centifolia przeciwzmarszczkowy krem do twarzy - marka do tej pory mi nieznana. Tym bardziej się ucieszyłam, że poznam coś nowego. Krem jest zaskakująco lekki, ale dzięki temu nadaje się idealnie pod makijaż. Błyskawicznie się wchłania, ma miłą konsystencję (poślizg trochę jak zwykłe kremy z silikonami, których ten oczywiście nie zawiera, więc kolejny plus za to). Zapach bardzo delikatny, taki francuski. 

Love me green krem przeciwzmarszczkowy na noc - miałam wcześniej miniaturkę kremu z tej serii na dzień. Szczerze? Nie widzę różnicy pomiędzy kremem na dzień i na noc. Poza tym nie widzę żadnego szczególnego działania. Mam wrażenie, że to po prostu zwykły krem nawilżający. Nie zachwycił mnie.

Tata Harper - jestem przede wszystkim urzeczona opakowaniami próbek. Tak ładnych jeszcze nie widziałam, ani wśród kosmetyków ekologicznych, ani zwykłych. Moje zdjęcie nawet tego nie oddaje. Te próbki wyglądają jak mini zapakowane prezenty. Otwiera się kartonik, a tam zielona próbka w opakowaniu takim jak centifolia. Wyjątkiem jest peeling do ciała, który jest w malutkim plastikowym prawie płaskim słoiczku. Oczywiście jest go zdecydowanie za mało na całe ciało, więc zużyłam tylko na uda i chcę więcej:) Serum do ciała to bogaty krem, który wsmarowałam w brzuch (na tyle starczyło). Tłusty i pachnący. Najbardziej jednak przypadł mi do gustu olejek do demakijażu. Od czasu, gdy odkryłam, jak dobrze olejki zmywają makijaż (włącznie z makijażem oczu), chętnie sięgam po olejki (na zmianę z płynami micelarnymi, które też bardzo lubię). Olejek stosuję zawsze tak samo - na wilgotną twarz nakładam palcami i dokładnie wsmarowuję w całą twarz. Do przetestowania jedna próbka w zupełności wystarczy. A sprawdzam przede wszystkim, czy mnie nie szczypie w oczy. Ten nie szczypie w ogóle, zmył cały makijaż, nie pozostawił resztek tuszu, ani czarnej kredki. Nie musiałam poprawiać wodą, ani płynem micelarnym. I to właśnie w demakijażu chodzi. 


czwartek, 5 listopada 2015

Kasia Stankiewicz wylewa dziecko z kąpielą

Nie mogę przejść obojętnie na podobnymi bzdurami. Kasia Stankiewicz błysnęła zamiłowaniem ekologicznym - rzadko się myje, nie używa dezodorantów i jeździ rowerem klik! Bo jest taka ekologiczna. Uhhh…. I przy okazji zrobiła krecią robotę wszystkim osobom, które starają się promować kosmetyki naturalne. Komentarze pod Kasi wyznaniem nie pozostawiają wątpliwości, co internauci myślą o ekologii i naturalnych kosmetykach. Dołączyła do grona oszołomów żywiących się zielskiem, którzy się nie myją i chodzą w lnianym worku.  

Wielka szkoda, że w ogóle otworzyła usta. Chce oszczędzać wodę? To niech zakręca kran jak szczotkuje zęby i się namydla. Nie wie, czym się umyć, żeby był dobry skład? Oto przegląd żeli pod prysznic z dobrym składem klik! A już zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie używa dezodorantów?! Przecież jest mnóstwo ekologicznych wersji klik! 

No ale po co Kasia Stankiewicz ma się czegoś dowiedzieć, poszukać, jak można obwiniać kosmetyki za całe zło na świecie. Bo wg Kasi to kosmetyki to zło i trzeba się ich pozbyć. A potem wsiąść na rower i odjechać do lasu. Kasia już odjechała, ale od rzeczywistości. Nowa płyta się nie sprzedaje, ale to nie powód, żeby ją promować przy pomocy braku higieny osobistej. 

Używam kosmetyków naturalnych, pielęgnacyjnych, kolorowych, perfum i lakierów do paznokci z dobrym składem. Ale nie jestem ortodoksyjna. Farbuję włosy, choć zdaję sobie sprawę, że farby nie są ekologiczne (henna mnie nie interesuje). Dlatego robię to rzadko, ale jednak odwiedzam fryzjera w tym celu. Gdy nie uda mi się znaleźć kosmetyku z naturalnym składem, kupuję zwykły, ale czytam listę składników, bo chcę mimo wszystko wiedzieć, co będę wklepywać w skórę. Przyznaję, że kosmetyki ekologiczne nie zastąpią wszystkich produktów na rynku, ale akurat w kwestii pielęgnacji i higieny osobistej nie ma wymówki - wszystko może być naturalne i z dobrym składem, począwszy od szamponu po krem do stóp. 

A Kasi radzę, żeby się wreszcie umyła. Starczy dla niej wody na naszej planecie. 

wtorek, 3 listopada 2015

Dla małych ząbków

Ząbkowanie u dzieci to poważna sprawa. Pierwsze dwa ząbki u Tosi wyszły bez problemu. Nawet nie zauważyłam kiedy. Za to przeżywałyśmy gorączkę przez 3 dni przy wychodzeniu górnych jedynek i nie obyło się bez czopków przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. 

Wypróbowałyśmy też kilka żeli do smarowania dziąseł. Po jednym Tosia dostała uczulenia, drugi jej nie smakował i uparcie zamykała buzię za każdym razem gdy zbliżałam się do niej ze znajomą tubką. W końcu znalazłyśmy żel idealny - Tosi smakuje, działa znieczulająco i ma naturalny skład. Minusem jest to, że mój ukochany sprowadził go dla nas specjalnie z USA i nie wiem, czy w Polsce można go gdzieś kupić. Ale gdyby ktoś miał możliwość sprowadzenia ze Stanów dla swojej pociechy, to naprawdę polecam.

Żel jest przezroczysty, nie ma zapachu. Nie zawiera żadnych potencjalnie szkodliwych składników. Zjedzenie go niczym nie grozi. Zauważyłam, że smarowanie nim małych dziąseł faktycznie przynosi ulgę. Poza tym większość żeli dostępnych w naszych aptekach ma obostrzenie, że nie wolno smarować dziecku częściej niż 2-3 razy dziennie. Tego żelu używałyśmy nawet 6 razy dziennie i wszystko było w porządku. 

To kolejny dowód na to, że naturalne preparaty mogą być równie skutecznie (a może nawet bardziej) niż chemiczne. Lubię wyszukiwać takie perełki, zwłaszcza wśród produktów dla dzieci, bo szczególnie dziecku nie chcę dawać aptecznych preparatów, skoro mam naturalną alternatywę.