sobota, 31 grudnia 2016

Prognoza na przyszły rok

Puls Biznesu na koniec roku sobie zażartował i postawił szokujące prognozy na Nowy Rok w różnych dziedzinach gospodarki. Jest też o kosmetykach.

Grupa posłów chce złożyć projekt zakazujący reklamy kosmetyków, bo te mają negatywny wpływ na młodzież. Opakowania mają być białe, niczym się nie wyróżniać, żeby nie kusiły do zakupu. Informacja o liście składników i danych producenta ma mieć ograniczoną powierzchnię. Od zasady będą pewne wyjątki. Producent, który jest na rynku 25 lat i zatrudnia Polaków w pewnych przypadkach może mieć kolorowe logo na opakowaniu. 

Wyobraźcie sobie Sephorę, która wygląda jak apteka, na półkach same białe opakowania!

Pojechali po bandzie redaktorzy z Pulsu Biznesu... Powinni to opublikować 1 kwietnia, a nie podnosić ludziom ciśnienie pod koniec roku.

Takiego projektu ustawy oczywiście nie ma i nie spodziewam się, że kiedykolwiek będzie. Ale skoro już mowa o kosmetykach, to chętnie życzyłabym sobie pewnych zmian w prawie w tym zakresie. 

Dobrze byłoby, gdyby lista składników była bardziej czytelna, dostępna, i żeby więcej się o niej mówiło. Żeby przekaz marketingowy nie robił z nas idiotów, konsumenci byli bardziej świadomi swoich wyborów, a kosmetyki dla dzieci nie zawierały kontrowersyjnych składników.

A Wam życzę na Nowy Rok udanych zakupów kosmetycznych - skutecznej pielęgnacji i efektownej kolorówki, oczywiście bez żadnych toksycznych składników:)


czwartek, 29 grudnia 2016

Świąteczne eko prezenty 2016

Prawda jest taka, że część kosmetycznych prezentów dostałam od Świętego Mikołaja, a część sama sobie podarowałam. I muszę przyznać, że obdarowywanie siebie sprawia mi ogromną przyjemność. Prezenty trafione, takie, jakie chcę, jakich akurat potrzebuję i dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam. Jedyne, czego mi brakowało w te Święta, to śniegu, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Choinkę postawiłam na zielonej od deszczu trawie.

Nie widać wszystkiego na zdjęciu, ale postaram się wszystko tak opisać, żeby można było się zorientować, co ukryłam pod tą mini choinką. Od razu rzuca się w oczy papierowa torebka z mojego ulubionego amerykańskiego sklepu Whole Foods. Kto się wybiera za ocean, to gorąco polecam. Jeżeli nawet nie planujecie dużych zakupów kosmetycznych, to warto wstąpić choćby po pomadki ochronne do ust. Zużywam jej w dużych ilościach, dlatego lubię mieć zapas i zawsze mam kilka pod ręką. Jedną z moich ulubionych marek jest Dr. Bronner's. W Polsce ta marka jest chyba dostępna, ale nie w pełnym asortymencie i nie jest tak popularna jak inne zagraniczne eko marki. Mam 3 pomadki - miętową, limonkową i bezzapachową. Miałam już miętową i bezzapachową. Zielona to moja nowość i nie mogę się doczekać, kiedy zacznę jej używać. Jest też nowa pomadka The Honest Company. Właścicielem firmy jest Jessica Alba, która zbudowała tę markę od podstaw i jest naprawdę eko. Podoba mi się, gdy gwiazdy (nie jakieś tam celebrytki, które wciągają gratisy na proszonych imprezach i robią z siebie wieszak na product placement, ale prawdziwe gwiazdy, takie hollywoodzkie) promują eko kosmetyki albo same je produkują. Wiem, że jest to prawdziwe, bo mają już kasę i jeśli inwestują w eko markę, to robią to z przekonania, a nie z powodu mody czy intratnego kontraktu reklamowego. 

Pod pomadkami jest dobrze znany (choć akurat słabo widoczny na zdjęciu) polski peeling cukrowy do ciała od Phenome. To sprawdzony porządny produkt, który znam od wielu lat. Jest mniej tłusty od innych dostępnych na rynku, o podobnej recepturze (cukier plus oleje), co uważam za zaletę. Nie zawsze mam ochotę być cała tłusta po peelingu i ślizgać się przy wyjściu z wanny. Tutaj nie ma takiego ryzyka. Skóra jest gładka, ale nie tłusta. I o to chodzi.

W czarnym pudełeczku jest zestaw miniaturek kosmetyków mineralnych earthncity. Nazwa dla mnie trudna do zapamiętania (choć nie mam problemów z angielskim), ale kosmetyki świetne. Miałam już ich puder rozświetlający. Był bardzo wydajny i rzeczywiście rozświetlał (dlatego trzeba z nim ostrożnie postępować, żeby się za bardzo nie świecić). Teraz dodatkowo będę mogła wypróbować podkłady, korektor i oczywiście pędzel. Przyzwyczaiłam się do pudrów i podkładów mineralnych i sypka konsystencja nie jest dla mnie problemem. Wyjątkiem jest korektor. Nie ukrywam, że wolę w kremie, więc nie wiem, jak sobie poradzę tutaj. Ale się tym zbytnio nie martwię, bo w razie czego zużyję tę miniaturkę mieszając z pudrem.

W łososiowym woreczku był dezodorant Fine. Niemiecka niszowa marka - zrobili perfekcyjnie dezodorant w kremie. Dołączona jest do niego drewniana szpatułka, która ułatwia aplikację i ma swoją eko historię (szpatułki powstają na warsztatach terapeutycznych w Berlinie). Ma szansę zdetronizować mój numer jeden (jeśli chodzi o eko dezodoranty w kremie), tj. soapwalla. Po pierwsze pięknie pachnie - zapach Vetiver Geranium jest ziołowo-perfumowo-niszowy. Nie jestem dobra w opisywaniu zapachów, ale ten jest dla mnie niski, głęboki, wytrawny, momentami ostry, szybko wyczuwalny, ale nie kłóci się z perfumami. Co ciekawe, utrzymuje się cały dzień. Ładnie się rozprowadza pod pachą, nie osypuje się, ma zwartą konsystencję, coś na kształt miodu, ale się nie klei. Za to blokuje wilgoć, bo jak chcę spłukać ręce, to widzę, jak woda spływa i muszę go dobrze zetrzeć z dłoni, co bez mydła zajmuje sporo czasu. W tym tkwi też sekret tego dezodorantu - działa bardzo dobrze. Ok, wiem, że jest zima, ale nie czuję ani potu, ani przykrego zapachu pod swetrem, czy wełnianą sukienką. Nie zostawia też śladów na ubraniu. Słoiczek jest mały, ale widzę już, że starczy na długo.

Na koniec klasyka gatunku - niemiecka Lavera. Tutaj nie znam kosmetyku, który by mnie zawiódł. Marka ma nieprzyzwoicie dobrą jakość w porównaniu do ceny. Uważam, że spokojnie mogliby podnieść ceny o 100% i dalej byłoby to warte zakupu, bo to naprawdę doskonałe eko kosmetyki. Znam ten rynek dość dobrze i wiem, że za 30 zł trudno znaleźć równie dobry balsam do ciała, jak to mleczko z żurawiną i olejem arganowym. Czuję, że tutaj zużyję dość szybko całą tubę. Zapach bardzo delikatny, nietrwały. Konsystencja w sam raz - to mleczko, ale nie tłuste (mimo oleju arganowego), dzięki czemu szybciej się wchłania, choć trzeba je dobrze rozetrzeć, jeśli się nakłada za dużo (to ja tak robię, bo po prostu lubię ten balsam do pierwszego użycia). Na zimę będzie świetny. Błyskawicznie nawilża. Używam go też jako kremu do rąk. 

Nie ma to jak trafione eko prezenty. Cóż, czasami warto wyręczyć Świętego Mikołaja i po prostu cieszyć się tym, co się naprawdę lubi.



wtorek, 13 grudnia 2016

Pierzga, czyli super witaminy pszczół

Kto ma pszczoły, ten ma nie tylko miód, ale i pierzgę. Kilka lat temu dostałam od znajomego pszczelarza kawałek plastra z ula z tymi charakterystycznymi wzorkami i wypustkami, i tam właśnie ukryta była pierzga. Co to w ogóle jest?

Oględnie rzecz ujmując, pierzga to zapluty i ubity przez pszczoły pyłek kwiatowy wymieszany z miodem. A fachowo mówiąc - to coś najcenniejszego w ulu. Mieszanka witamin, mikroelementów i przeciwutleniaczy. Same biologicznie aktywne składniki. No więc wracając do podarunku od pszczelarza, to dał mi pierzgę w czystej postaci, żebym sobie ją wydłubała z tego wielkiego plastra. A że zapracowana byłam i w kółko odkładam to na później, wsadziłam plaster do zamrażarki i... w końcu o nim zapomniałam. 

Pierzgi nigdy nie wydłubałam samodzielnie. Kupowałam później miód z pierzgą, ale mi za bardzo nie smakował, wolę delektować się samym miodem. Pierzga nadaje gorzki smak, więc należy ją traktować jak lekarstwo, a nie jak coś słodkiego.

W końcu trafiłam na kapsułki z ekstraktem z pierzgi od beepearl i postanowiłam się wzmocnić przed zimą. Zaczęłam je brać akurat w dniu, kiedy podejrzanie często kichałam. W ramach uderzeniowej dawki wzięłam dwie (raz dziennie). Jeszcze przez dwa kolejne dni brałam po dwie dziennie, a potem przeszłam na jedną kapsułki dziennie. Kończę właśnie opakowanie i mam się bardzo dobrze. Mróz, odwilż, deszcz mi nie straszne. Oczywiście wspomagam się moją ulubioną kaszą jaglaną na śniadanie, ale wierzę pszczółkom, że ta ich zapluta pierzga naprawdę działa.


niedziela, 11 grudnia 2016

Żużyte - Vianek i Mokosh

Zużyłam, dno ujrzałam, więc mogę się podzielić wrażeniami. Dziś na tapecie żel pod prysznic Vianek oraz peeling do ciała Mokosh.

Żel pod prysznic to produkt, od którego nie oczekuję zbyt wiele. Oprócz składu chcę, żeby się dobrze rozprowadzał, nie był tępy na skórze. Niektóre ekologiczne żele mają taką tendencję i mimo dobrego składu ich nie aprobuję. Nie będę się męczyć z galaretką, która tylko spływa po ciele. Na szczęście Vianek jest w porządku. Łatwo się rozprowadza, dobrze mydli i szybko spłukuje. 

Nie przeceniałabym natomiast jego właściwości nawilżających. Takowych - szczerze mówiąc - nie zauważyłam. Nie rozpaczam jednak z tego powodu, bo jak już wcześniej pisałam, nie oczekuję zbyt wiele po żelu pod prysznic. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że ten żel nie wysusza skóry, więc jest to jego niekwestionowany plus. Jeżeli chcę porządnego nawilżenia, to muszę potem zastosować olej albo balsam do ciała.

Vianek ma dobry skład, przyzwoite działanie i to mi wystarczy za niewielką cenę. To taki żel, który kupuje się w drogerii bez szczególnego zastanawiania się. Marzy mi się, żeby tego typu kosmetyki były łatwo dostępne w każdej drogerii i zastąpiły te wszystkie Palmolive i inne Nivea, po których skóra robi się swędząca i sucha jak papier.

Peeling Mokosh - jak o nim teraz pomyślę, to od czuję zapach kawy i pomarańczy. Ten zapach jest obłędny. Filozofii tutaj nie ma wielkiej, bo peeling oparty jest o fusy z kawy, które pozyskać nie jest wcale trudno. Można wziąć garść fusów z ekspresu ciśnieniowego, wymieszać z żelem pod prysznic i będzie tani peeling. Ale to nie to samo. Poza tym intensywny kawowo-pomarańczowy zapach jest unikatowy. 

Od czasu do czasu mam ochotę na taki gadżet. Wiem, że fusy mogę sama ukręcić na peeling, ale nie o to chodzi. Tu mam wszystko gotowe, pięknie zapakowane, przyprawione olejami roślinnymi i olejkami zapachowymi. Samo sięganie do ciężkiego szklanego słoja jest już przyjemne. Aromaterapia działa już jak go odkręcam. Peeling jest kremowy, tłusty. Świetnie wygładza skórę. Nie trzeba używać po nim żadnego balsamu do ciała. Skóra jest gładka, nawilżona i oczywiście pachnie kawą i pomarańczami. Polecam szczególnie zimą. Teraz jest sezon na takie luksusy!



środa, 7 grudnia 2016

Zielony Beyond Organic Skincare

Kiedy we wrześniu zrobiłam to zdjęcie, dopiero zaczynałam używać dwóch kosmetyków Beyond Organic Skincare z Warsztatu Piękna. Tonik już całkowicie zużyłam, a dezodorant właśnie się kończy. To dobry czas na recenzję obu kosmetyków. A przy okazji wspominam ciepłe wrześniowe popołudnie nad jeziorem Garda, gdzie wówczas zawiozłam oba kosmetyki, żeby im zrobić zdjęcie;) 

Zacznę od dezodorantu, bo to trudniejszy temat. Toczą się dyskusje w internecie na temat ekologicznych dezodorantów, aluminium, skuteczności (często wątpliwej) i desperacji fanek kosmetyków naturalnych, które szukają produktu idealnego z idealnym składem i najlepiej w cenie do 15 złotych. Odpowiadam od razu - takich dezodorantów nie ma. W ogóle nie ma tanich kosmetyków naturalnych z bardzo dobrym składem. To się po prostu wyklucza. Nie można zrobić kosmetyku super jakości i sprzedawać go w cenie zwykłego masła shea (do tego najczęściej rafinowanego).

Wróćmy jednak do moich dzisiejszych kosmetyków. Oba są w cenie poniżej 70 zł. Czy to dużo, czy mało - odpowiedzcie sobie same. Ja cenię sobie wysoką jakość i skuteczność. Dezodorant Beyond Organic Skincare jest w kulce, czyli klasyka gatunku. Zawiera ałun potasowy (potassium alun). Tu zaraz zaczną się pytania i wątpliwości co do tego ałunu. Tak, tak... Też czytałam, że ałun jest bardzo podobny do aluminium i dlatego nie powinien się znajdować w eko dezodorantach. Z drugiej strony znam firmę Beyond i wiem, że są bardzo ortodoksyjni, jeśli chodzi o skład. Tam nie ma lipy, tylko drogie składniki, naprawdę wyselekcjonowane. Dlatego postanowiłam zaczerpnąć wiedzy u źródła, o co chodzi z tym ałunem.

Zawartych w tym dezodorancie soli mineralnych ałunu potasowego nie wolno wrzucać do tego samego worka, co glin i aluminium. Dlaczego? Bo cząsteczki ałunu mają negatywny ładunek jonowy, przez co nie są w stanie przejść przez ściany komórkowe, czyli nie wnikają w skórę. Dlatego ten ałun nie będzie się kumulować w organizmie, co ma miejsce w przypadku glinu. Nie jestem chemikiem, ale to wyjaśnienie do mnie trafia. 

Dlaczego tyle o tym pisze? Bo ten dezodorant działa. To prawda, że nie sprawdzałam go w największych upałach. Zaczęłam go używać we wrześniu, ale aż do dziś sprawdza się bardzo dobrze. Przy okazji widać, że jest ekonomiczny - to małe opakowanie starcza naprawdę na długo. A sam dezodorant działa przez cały dzień. Nie ma zapachu, nie zostawia żadnych smug na ubraniu. Jest neutralny, co mi bardzo odpowiada. Zaliczam go do swoich dezodorantowych faworytów i polecam z czystym sumieniem.

Obok dezodorantu nad basenem stoi tonik Beyond o lekko ziołowym zapachu. Mój nos lubi taki zapach, ale wiem, że nie każdemu może on odpowiadać. Trzeba do niego dojrzeć, czyli odzwyczaić się od sztucznych zapachów chemicznych. Wtedy docenia się to zielsko. Poza tym ten zapach sprawa, że ja od razu lepiej się czuję i mam wrażenie, że moja skóra szybko chłonie ten tonik. Są toniki, które pozostawiają na skórze coś w rodzaju smugi, jakieś warstwy. Ten taki nie jest. Skóra go pije, od razu i w całości. 

Na początku stosowałam spryskiwacz, ale z czasem... się zepsuł, więc zmuszona byłam przerzucić się na wacik. Nad opakowaniem trzeba jeszcze trochę popracować, ale prosty, a zarazem bogaty skład (tylko 5 składników) to rekompensuje. Uważam wręcz, że mógłby być droższy, bo w takiej Sephorze pierwszy lepszy chemiczny tonik Clinique z byle jakim alkoholem kosztuje drożej. 

Marka Beyond jest dla mnie wyjątkową marką niszową, nawet jak na kosmetyki naturalne, bardzo wysublimowaną i dopracowaną. Oni mają gdzieś PR, opakowania, czy marketing sieciowy. Nie znajdziecie blondynek na instagramie z ich kremami przy twarzy. Po prostu robią kosmetyki bardzo dobrej jakości i tyle. Mają proste składy, ale nikt ich nie podrabia, bo wcale nie jest tak łatwo zrobić te kosmetyki. To pielęgnacja dla zaawansowanych. Nie dla każdego. 





czwartek, 1 grudnia 2016

Nie polecam: Łowicz sok (udający) malinowy

Zrobiło się w końcu zimno, zaczął padać śnieg. Sezon na herbatkę z sokiem malinowym uważam za otwarty. Kto nie zrobił sam, musi posiłkować się tym, co znajdzie na sklepowej półce. Dlatego ułatwię Wam wybór i dziś prezentuję sok, którego absolutnie nie należy kupować, bo malin tam tyle, co kot napłakał.

Oto bohater dnia, niechlubny przykład - Łowicz malina - syrop o smaku malinowym. Oczywiście nazwa jest sprytna i przemyślana. Czerwone maliny na etykiecie biją po oczach. Butelka z ciemnego szkła sugeruje nam, że w środku mamy słodkie wygotowane maliny, które umilą nam długie grudniowe wieczory. Nic bardziej mylnego. 

Przejdźmy do rzeczy najważniejszej, czyli listy składników. Na pierwszym miejscu tego specyfiku mamy cukier (A) albo syrop glukozowo-fruktozowy (B). Cukier to byłoby pół biedy, ale żeby się upewnić, trzeba zerknąć na nakrętkę, czy mamy tam literkę A czy B. Myślę, że wylosowanie literki A to niemal jak wygrana w Totka. Króluje B, czyli tani, uzależniający i powodujący otyłość syrop glukozowo-fruktozowy. 

Dalej w składzie mamy wodę - nie wiem, po co. Jeżeli produkujemy coś o nazwie syrop, to po co to rozcieńczać wodą? Chyba, że syrop glukozowo-fruktozowy jest w postaci tak gęstej mazi, że trzeba go rozcieńczyć. Innego uzasadnienia nie widzę. 

Po tej uroczej mieszance spalonej kukurydzy przetworzonej chemicznie, rozcieńczonej wodą mamy w końcu coś, co leżało obok malin. Pojawia się sok malinowy z zagęszczonego soku malinowego. Czyli dawno, dawno temu został zrobiony sok malinowy, który został zagęszczony (nie wiadomo czym, bo tego już nam producent nie mówi). I właśnie tego zagęszczonego soku producent dolał do naszej uroczej mazi. Ale nie dolał go zbyt wiele, bo aż...2,8% (sic!).

Potem okazało się, że w sumie to ma mało owocowy smak, więc dorzucili zagęszczonego soku wieloowocowego (ale sobie przypadkiem nie wyobrażajcie szklanki soku, którą ktoś wlewa do butelki z sokiem). Też nie wiemy, czym go zagęścili, ani z jakich owoców jest ten sok. Przy czym określenie "owoców" jest tutaj nieco na wyrost. Bo spodziewam się, że to jakieś zlewki, resztki i ogryzki, a nie obrane ze skórki i pestek zmiksowane jabłuszko, gruszeczka i śliweczka. Koniec marzeń, wracamy do Łowicza. 

Otrzymana mieszanka wciąż była za jasna. Nie dziwię się, bo syrop glukozowo-fruktozowy jest gęstą żółtą cieczą, która nijak nie przypomina soku owocowego i z PR-owego punktu widzenia wygląda bardzo źle. Dlatego Łowicz wpadł na pomysł, żeby to podkolorować koncentratem czarnej marchwi. Jak się czarną marchew doda do żółtej rozcieńczonej mazi z dodatkiem resztek soku po-malinowego, to akurat wyjdzie pożądany kolor. 

Kolor jednak idealny wciąż nie był, więc zdesperowany producent poszedł w chemię - antocyjany i karmel amoniakalno-siarczynowy robią teraz za kolor malinowy, gdyby ktoś poszukiwał do przetworów owocowych. 

Gęsty ubarwiony syrop okazał się nieco za słodki, więc trzeba było dorzucić kwas cytrynowy. Na koniec kropelka witaminy C, żeby można było się chwalić, że zdrowy, na przeziębienie, wspomaga odporność, itp. Całość nie pachniała specjalnie malinami, więc uzupełnili syropek odpowiednim aromatem. Sztucznym oczywiście.

Czy ktoś ma jeszcze ochotę na herbatkę z soczkiem malinowym?!

Oczywiście producent łatwo się wykpi. To NIE jest sok malinowy, tylko syrop o smaku malinowym. Nie oczekujcie niczego szczególnego, nie myślcie o malinach, nie sugerujcie się obrazkiem. Samo najlepsze (to hasło reklamowe Łowicz)? Na pewno nie.








wtorek, 29 listopada 2016

Targi eko - nie wszystko - cuda

Mam mieszane uczucia po targach Ekocuda. Nastawiłam się na to, że organizatorzy przeselekcjonują wystawców i na targach będą TYLKO kosmetyki naturalne, ekologiczne, organiczne - nie ważne, jak je nazwiemy (w polskim prawie nie ma definicji kosmetyku naturalnego), ale chodzi o to, żeby miały dobry skład. 

Niestety na targach nie wszystkie firmy, które się wystawiały miały dobry skład. Ba! Niektóre miały skład fatalny, wystawcy o tym wiedzieli i nawet mnie informowali. Tak było w przypadku kosmetyków z Morza Martwego. Naturalna było tylko sama sól z Morza Martwego i chyba błoto. Reszta miała całkowicie nienaturalny skład. Litanie parabenów i innych rakotwórczych składników, których tak dawno nie widziałam, że nawet zapomniałam, że istnieją. 

Zaczepił mnie też pan z firmy Forever Living coś tam z aloesem. Nie wiedział, co robi. Zadał mi, spacerującej między stoiskami, pytanie, czy chcę poznać nowe kosmetyki. Rzuciłam okiem na jego koszulkę z logo i już wiedziałam, że będzie tego pytania żałował. Grzecznie odmówiłam, ale on był chyba prosto po szkoleniu ze sprzedaży, bo nie dawał za wygraną i dalej mnie nagabywał. Powiedziałam: - ok, proszę mi pokazać dowolny kosmetyk, bo chcę zobaczyć listę składników. Następnie odczytałam mu 3 parabeny, propylene glycol i oznajmiłam, że to dla mnie dyskwalifikacja na całej linii i takich kosmetyków nie używam. Lekko się zdziwił, ale nie miał już więcej pytań. 

Denerwuje mnie to, że takie osoby w ogóle znalazły się na tych targach. Ja umiem czytać listę składników, robię to bardzo wnikliwie. Rozróżniam totalny syf, eko ściemę i kosmetyki, które mają w miarę fajny skład poza np. zapachem, który jest ewidentnie sztuczny. Ale to wyższa szkoła jazdy. Na targi przyszły przecież także dziewczyny, które chciały poznać kosmetyki naturalne, bo o nich słyszały i spodziewały się, że tutaj dostaną wszystko w jednym miejscu. Wiele z nich nawet nie zdawało sobie sprawy, że zostały wpuszczone w maliny przez organizatorów. Bo zaufały organizatorom, że tutaj są eko cuda, czyli kosmetyki naturalne, wybrane przez organizatorów, którzy wiedzą, co wystawiają, nie idą na ilość, tylko na jakość.

Wiosną planowana jest kolejna edycja targów. Liczę, że organizatorzy wyciągną wnioski, bo jeśli okaże się, że hasło "eko" to tylko dobra przynęta do zrobienia interesu na kosmetykach, to mnie się to nie podoba. Jak się organizauje eko targi, to chcę, żeby tam było tylko eko. Trzeba było podzielić wystawców na producentów i dystrybutorów kosmetyków naturalnych i powiedzmy pół-naturalnych, a osobno umieścić pozostałych, bo zostało jeszcze miejsce w holu Domu Braci Jabłkowskich.

A propos miejsca - to wychodzenie do holu też mi się nie podobało. Oczekiwałabym, że przestrzeń będzie lepiej zaaranżowana. Tymczasem prosto z dmuchawy przy wejściu były już stoiska kosmetyków, gdzie biedne dziewczyny, które się tam wystawiały na zmianę marzły i się pociły. 

Pomysł zorganizowania targów był świetny, ale organizacja i dobór wystawców pozostawał wiele do życzenia. Jestem krytyczna, bo pierwsza edycja powinna być perfekcyjnie zorganizowana. Rynek kosmetyków naturalnych się rozwija, jest coraz większa świadomość konsumencka, więc trzeba było to zrobić na takim poziomie, żeby zachęcić nowe klientki, a nie zrażać je tym, że nagle w domu otwierając torbę z zakupami okaże się, że wcale nie kupily kosmetyków naturalnych, choć były na targach Ekocuda. 



poniedziałek, 28 listopada 2016

Włoskie siemię lniane

Włosi kojarzą mi się z modą, dobrą kuchnią, winem, jeziorem Garda i nartami, ale jakoś mało z kosmetykami ekologicznymi. Mimo że jest sporo włoskich firm produkujących eko kosmetyki, to do mnie jakoś dociera niewiele z nich.

Będąc we Włoszech, nigdy nie widziałam tam sklepu z rodzimymi kosmetykami ekologicznymi. Znam jeden super zaopatrzony (będzie o nim w swoim czasie), ale paradoksalnie nie ma tam włoskich kosmetyków. 

Dlatego włoską odżywkę o ciekawej nazwie Bio Balsamo firmy la Saponaria wynalazłam u nas, a nie w czasie zagranicznych wojaży. Z nowymi firmami, z którymi mam do czynienia, jestem zawsze ostrożna. Przyglądam się i wybieram pojedyncze produkty. Sprawdzam jeden - spodoba mi się, to będzie następny. Długo wyrabiam sobie opinię na temat poszczególnych kosmetyków i potrzebuję do tego czasu. 

Odżywka do włosów z siemieniem lnianym i mandarynką nie nazywa się po prostu odżywka do włosów, tylko balsam. I taka też jest. Tak jak balsam do ciała, tutaj mamy balsam do włosów. Działa też podobnie. Nie pieni się, tylko trzeba nim posmarować końcówki i poczekać, aż włosy go wchłoną. 

Na początku obawiałam się, że taki balsam będzie nadto obciążać włosy. Zupełnie niepotrzebnie. Ale inna rzecz, że używając odżywki staram się omijać skórę głowy, żeby niepotrzebnie jej nie przetłuścić. Bio balsam ładnie odżywia włosy, ale ich nie obciąża. Jest lekki, tak jak balsam do ciała, który się szybko wchłania. 

Zapach ma delikatny, raczej neutralny, który specjalnie nie zapada w pamięć. I dobrze, bo nie zawsze mam ochotę na aromatyczne odżywki do włosów. Najważniejsze, że końcówki są ujarzmione i się nie puszą. Czasami używam jeszcze odrobinę na suche już końcówki jako preparat do układania włosów. Tego już nie spłukuję. Chodzi mi o to, że je trochę przyklepać. Mam grube włosy i czasami odstają jak pędzel. Bio balsam sobie z tym radzi. W końcu jest balsamem, a nie zwykłą odżywką do włosów.


środa, 16 listopada 2016

Przegląd prasy: Vogue listopad 2016

Ach, znowu amerykański Vogue! I artykuł o tym, jak kosmetyki Twojego dziecka mogą być bardziej eleganckie/ szykowne niż Twoje.

Ilustracją do tego artykułu są wyłącznie kosmetyki ekologiczne dla dzieci. Wymienione w treści marki też są tylko naturalne. Artykuł jest lekki, przyjemny, ale przede wszystkim merytoryczny. To cecha, której niestety brakuje wielu artykułom w polskiej prasie kobiecej. 

Możemy przeczytać o zaletach naturalnych składników, o certyfikatach i ekonomicznym podejściu do pielęgnacji (jedno opakowanie dla mamy i dziecka). Każde zdanie coś wnosi, zwłaszcza dla osób, które nie znają kosmetyków naturalnych. Może też przekonać tych, którzy sądzili, że kosmetyki dla dzieci nie nadają się dla dorosłych.

Do tego zdjęcie supermodelki Sashy Pivovarovej z własnym dzieckiem, a nie tylko same packshoty kosmetyczne. Już mam ochotę poznać tę markę, o której wcześniej nie słyszałam. 

Zamieszczam skan, żebyście sobie mogły poczytać. Polecam lekturę!




środa, 9 listopada 2016

Po amerykańsku, czyli moje nowości w Whole Foods

Dziś mamy nową amerykańską rzeczywistość po wyborach prezydenckich, więc będzie o moich nowościach z ekologicznej amerykańskiej sieci Whole Foods. Nie wiem, czy nowy prezydent lubi zdrową żywność, ale wiem skądinąd, że nowa pierwsza dama używa ekologicznych produktów do włosów (ale to osobna historia). 

Tymczasem wróćmy do mojej łazienki. Jeśli czytacie mojego bloga to wiecie, że jestem zagorzałą fanką Whole Foods. Oprócz świetnego jedzenia mają też dział z ekologicznymi kosmetykami i można tam w ciemno brać wszystko. Chciałabym, żeby pewnego dnia zagościły tam również polskie kosmetyki naturalne, bo jest ich coraz więcej i są naprawdę dobrej jakości. Na to jednak musimy jeszcze poczekać.

Tym razem mam dwa duże mydła w kostce i krem do rąk. Mydła, jak przystało na USA, są w rozmiarze XXL. Obie kostki ciężkie i naprawdę duże. U nas sprzedaje się mydła czasami nawet dwa razy mniejsze, a cena niemal identyczna. Używam obecnie mydło z minerałami z Morza Martwego, które ma bardzo delikatny zapach, lekko słony, bo w końcu soli tam nie brakuje. Mydło ma świetną konsystencję. Wiele mydeł opartych o oleje roślinne się ślimaczy i szybko topi leżąc na mydelniczce. To takie nie jest. Ani za twarde, ani za miękkie, w sam raz. 

Moja córeczka przeżywa obecnie fascynację tym mydłem i codziennie w kąpieli bawimy się w uciekające mydło - tak jej podaje, że nie może go złapać, wpada do wody i szukamy mydła w wanience. Ale chcę powiedzieć, że ona też w pewnym sensie tego mydła używa i ono się dla młodej skóry jak najbardziej nadaje. Nie ma po nim żadnych uczuleń, ani podrażnień. Zresztą po takim składzie podrażnień się nie spodziewam.

Drugie mydło to marka własna Whole Foods. Ma zniewalający zapach i dlatego jeszcze go nie używam, tylko sobie od czasu do czasu wącham. To zapach świeżej orzeźwiającej zielonej herbaty. Po latach używania kosmetyków naturalnych odkryłam w sobie umiejętność rozpoznawania sztucznych zapachów w kosmetykach, które poza "parfum" mają całkiem niezły skład. Ale do tego jednego składnika nie można mieć 100% zaufania, bo o ile producent sam nie zadeklaruje, że zapach składa się z olejków eterycznych albo nie ma certyfikatu ekologicznego, to jest spora szansa, że zapach jest w mniejszym bądź większym stopniu sztuczny. Jeśli chodzi o mydło z zieloną herbatą, to nie wyczuwam tu żadnej fałszywie sztucznej nuty zapachowej, pachnie naturalnie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Krem do rąk z kolei to taki kosmetyk, który jest moim niezbędnikiem. Mam zawsze miniaturkę w torebce, tubkę w pracy i kolejną w domu. Nubian Heritage jest do domu (bo ma największą pojemność, więc nie będę go dźwigać ze sobą). Choć też ma w składzie ekstrakt z zielonej herbaty, to nie pachnie tak jak mydło. Ale jest odpowiednio tłusty i dobrze odżywia. Co ciekawe, to kolejny mój kosmetyk, który nie zawiera wody. Pierwszym składnikiem na liście jest oliwa z oliwek, a potem masło shea. Cały jego skład jest wręcz wzorcowy. Jak go poużywam dłużej, to powiem o nim więcej. Teraz czekam, aż się zrobi mróz, bo wtedy to będzie dla tego kremu prawdziwy test, czy formuła bez wody faktycznie chroni dłonie przed pierzchnięciem. Także stay tuned!







poniedziałek, 31 października 2016

Mój zbiór kosmetyczny, czyli czego aktualnie używam - pielęgnacja i kolorówka

Na ostatnim spotkaniu z ramach grupy "Koleżanki z Wilanowa" opowiadałam o składnikach kosmetycznych i pokazałam, jakich kosmetyków sama używam. Zbiór okazał się całkiem spory. Po okresie minimalizmu związanego z zajmowaniem się noworodkiem, postanowiłam o siebie zadbać. W miarę im dłużej udawało mi się spać, a potem mieć w końcu trochę czasu dla siebie, zaczęło mi przybywać nowych kosmetyków. Uzupełniłam najpierw pielęgnację, a następnie kolorówkę (wróciłam do pracy i postanowiłam jakoś wyglądać;)).

Kolejne wpisy będę poświęcała poszczególnym kosmetykom. Teraz wrzucam całość z krótkim tylko opisem, co to jest. Jeśli macie jakieś konkretne pytania, to piszcie w komentarzach. 

Wszystkie kosmetyki, które mam, są do kupienia w Polsce, przeważnie przez internet, niektóre także stacjonarnie. Oto szczegóły:
Organicall – stąd mam produkty John Masters Organics, ILIA, True Organic of Sweden, Biarritz, Fine
Organic farma zdrowia – przez internet albo stacjonarnie Urtekram
Naturativ – pielegnacja Naturativ i kolorówka Zuii
Warsztat Piękna – Tata Harper, RMS Beauty, Beyond Organic, Juice Beauty
Galilu – stacjonarnie i przez internet REN SKincare, Erbaviva i Aromatherapy Associates
Fontanna Młodości – stacjonarnie i przez internet Jane Iredale
Ekodrogeria – Santaverde

Jeśli chodzi o pozostałe marki, to po nazwie znajdziecie sklepy firmowe internetowe, a w Warszawie także w niektórych przypadkach sklepy stacjonarne (np. Phenome, czy Annabelle Minerals). 

Zdjęcie nr 1 - pielęgnacja włosów:
John Masters Organics – szampon i odżywka do włosów
Urtekram – odżywka do włosów nie do spłukiwania
Vianek – żel pod prysznic
Urtekram – żel pod prysznic
Naturativ – płyn do higieny intymnej
Biolaven – płyn do higieny intymnej



Zdjęcie nr 2 – pielęgnacja twarzy i ciała + podkład:
Naturativ – krem do pielęgnacji biustu
Beyond Skincare – tonik do twarzy
Sylveco – płyn micelarny do demakijażu twarzy
True Organic of Sweden – krem wielofunkcyjny do suchej skóry
REN Skincare – różane masło do ciała
Mokosh – peeling do ciała kawa z pomarańczą
Phenome – płyn micelarny do demakijażu
Tata Harper – maseczka złuszczająco-odżywcza
Urtekram – krem do rąk brzozowy
Tata Harper – krem odżywczy do twarzy
Zuii Organic – podkład
Beyond Skincare – dezodorant
Make me bio – peeling do twarzy
Aromatherapy Associates – olejek zapachowy na stres



Zdjęcie nr 3 – makijaż i kilka kosmetyków do pielęgnacji:
Jane Iredale – cień do powiek podwójny
Tata Harper – pomadka
RMS Beauty – tusz do rzęs
Sylveco – pomadka pielęgnacyjna
Felicea – błyszczyk
Santaverde – serum pod oczy
Lavera – beauty balm (krem bb)
Sylveco – krem pod oczy
Pixie Cosmetics – korektor pod oczy
Zuii Organic – kredka korektor (kolor żółty)
Biarritz – krem z filtrem SPF 50
Juice Beauty – maseczka złuszczająca z kwasami owocowymi
Tata Harper – błyszczyk do ust i róż do policzków w jednym
ILIA – pomadka
Mokosh – balsam do ust
Annabelle Minerals – podkład, puder, róż mineralny
Felicea – róż do policzków z lusterkiem
Fine – dezodorant
Erbaviva – krem do stóp
RMS beauty - błyszczyk do ust i róż do policzków w jednym 







poniedziałek, 24 października 2016

Dlaczego lubię Ministerstwo Dobrego Mydła?

Na początku nazwa Ministerstwo Dobrego Mydła nie przypadła mi do gustu, bo długa, skomplikowana, niekoniecznie kojarzącą się z ekologią, no i w sumie literalnie rzecz biorąc żadne inne (prawdziwe) ministerstwo nie jest takie sympatyczne, jak to;)

Teraz się przyzwyczaiłam do nazwy, choć bardziej przekonują mnie ich mydła. Są świetne, miękkie, pachnące, oczywiście roślinne i z wyjątkowo dobrym składem. Na czym polega ta wyjątkowość? Składnikiem naturalnych mydeł jest często olej palmowy. Sęk w tym, że pozyskiwanie go to karczowanie lasów tropikalnych, a tym samym pozbawianie orangutanów i innych podobnych gatunków ich domów. Dosłownie. W internecie krążą zdjęcia smutnych małpek przyczepionych kurczowo do ostatniego drzewa, bo im te drzewa są niezbędne do życia.

Także kupowanie ekologicznego mydła tylko dlatego, że nie zawiera sodium tallowate (tłuszczu zwierzęcego) to już za mało. Trzeba jeszcze patrzeć, czy w składzie jest sodium palmate. W składzie mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła ten składnik jest, ale przy nim jest gwiazdka-odnośnik. I co możemy przeczytać poniżej? Że ten olej palmowy został zebrany bez szkody dla środowiska naturalnego i gatunków obok żyjących. To oznacza, że małpki dalej mają gdzie mieszkać, więc mamy czyste sumienie, że nasze naturalne mydło nie wyrządziło po drodze więcej szkody niż pożytku. 

Aktualnie mam mydełko ryżowe, które ma bardzo delikatny zapach, jest miękkie i dzięki temu, że ma dobry skład, nie wysusza skóry podczas mycia. 

Mydło - niby prosta rzecz, ale jak widzicie, ważne jest też to, skąd się bierze ten naturalny skład. Bo nie chodzi o to, żeby udawać, że się jest eko, ale żeby uważnie czytać listę składników. 



czwartek, 20 października 2016

Dozownik, czyli duża oszczędność czasu

Zrobiłam się wygodnicka. Dobry skład to dopiero początek. Chcę czegoś więcej. Szukam nowości, przebieram w zapachach, a jako praktyczna i nudna Waga przyglądam się sprytnym rozwiązaniom. Opakowanie z dozownikiem to niby nic, ale ułatwia życie, co ma szczególne znaczenie, gdy biorę prysznic i liczy się dosłownie każda sekunda. 

Przedstawiam więc dzisiaj dwa żele pod prysznic z dozownikiem - jeden dla mnie, a drugi dla Tosinki. Zacznę od dziecięcego - Bioselect z grecką oliwą z oliwek. Fajny produkt dla dzieci, zdecydowanie nie dla matek, które oczekują zapachu (sztucznego) i pieniącej konsystencji. To faktycznie mleczko (zgodnie z nazwą), a nie żel pod prysznic. Nie pieni się w ogóle, zapach naturalny, nie dla początkujących z eko kosmetykami, bo im się może nie spodobać. Za to jest to produkt dobry dla dzieci. 

Brak sztucznego zapachu (czy to kwiatowego, czy owocowego, czy innego równie "atrakcyjnego") powoduje, że moje dziecko nie ma ochoty tego kosmetyku zjeść. Obecnie jesteśmy na etapie pakowania do buzi wszystkiego, co jest pod ręką, niezależnie od przeznaczenia. Tu nie ma takiej obawy. Tosia dobrze zgaduje, że to nie nadaje się do jedzenia i grzecznie sama myje rączki. Konsystencja mleczka też ma tu znaczenie, bo nie kusi do podjadania tak jak piana (tak, moje dziecko usiłuje zjeść pianę, a przynajmniej jej spróbować w kąpieli). 

Mleczko poza tym nie podrażnia, łagodnie myje, nie wysusza skóry (myślę, że to zasługa dobrej jakości oliwy z oliwek, która jest lepsza niż niejedna z działu spożywczego!) i ma wygodny dozownik, który zdecydowanie ułatwia używanie tego mazidła, bo inaczej musiałabym pewnie walić w denko, żeby coś wypadło. Także mleczko polecam do kąpieli i do mycia małego ciałka. Włosów nie myłyśmy, bo przy tej ilości (zbliżamy się do dwóch lat i wciąż obcy się mylą mówiąc, że to chłopiec!) nie jesteśmy jeszcze na etapie mycia włosów, tylko ich płukania od czasu do czasu samą wodą.

Natomiast dla mam pragnących cukierkowych zapachów, karmelowych kolorów i żelowych konsystencji polecam kokosowy żel pod prysznic Urtekram. Ach, cóż za doznanie kąpielowe! Świetnie się rozprowadza na skórze, delikatnie pieni, pachnie słodko i w związku z tym znika z butelki w ekspresowym tempie. Nie jest to gęsty żel, więc trzeba go trochę zużyć, a ja nie jestem oszczędna, jeśli chodzi o żele pod prysznic.

Dozownik ratuje mi życie, czyli cenne sekundy rano, kiedy zawsze, ale to zawsze, mam za mało czasu. A tutaj ciach, ciach i nie trzeba zakręcać, zatykać, wyginać się w wannie, nic nie leci, nie ucieka, nie spada. Rozważam nawet to, żeby potem przelać do tej butelki inny żel pod prysznic, choć tego nie lubię, bo przyzwyczajam się do oryginalnej zawartości i w krótkim czasie po takiej podmiance wyrzucam to opakowanie zastępcze. Póki co żel się nie skończył, więc mogę się nim jeszcze trochę nacieszyć i zaoszczędzić czas pod prysznicem.

PS. Załączone na zdjęciu ferrari (tak, to prawdziwe ferrari z oryginalnym znaczkiem zastrzeżonym, a nie jakaś marna podróbka!) należy oczywiście do Tosi. Nie, nie jeździ nim. Usiłuje je zjeść podczas kąpieli.





wtorek, 18 października 2016

Wypadek na planie, czyli dziś recenzji nie będzie

Wykorzystując piękny słoneczny dzień, co w październiku należy do rzadkości, postanowiłam zrobić zdjęcie toniku Pure Skin Food. Nówka sztuka opakowanie, jeszcze nie używana szklana buteleczka (to szkło ma tu zasadnicze znaczenie). A potem sobie poużywam i za jakiś czas napiszę, czy mi się podoba, czy nie.

Wyszłam więc na spacer z dziecięciem, żeby połączyć dwa w jednym, przyjemnie z pożytecznym, Tosia na spacerze, a ja zrobię zdjęcie kosmetyku, żeby było ładne tło, a nie tylko w kółko moja łazienka (bardzo atrakcyjna do zdjęć, ale po jakimś czasie jednak monotonna).

Tosia tuptusia, a ja szukam fajnego, najlepiej zielonego, tła, co na moim osiedlu wcale nie jest takie proste. Udało mi się końcu znaleźć małą alejkę między blokami, odpowiednio zadrzewioną i z trawnikiem. Przestrzeń mała, Tosia nie ucieknie. Jest ławeczka, a więc na czym postawić buteleczkę toniku. W tle zieleń, popołudniowe słońce świeci odpowiednim ciepłym światłem. 

Ustawiam, przymierzam, przestawiam, łapię od dołu, potem od góry. Wciąż nie to. Tosia tuptusia w moją stronę i pyta się stanowczym "yyyyyyyy?!" - czyli co to jest? Więc jej tłumaczę, że to taka ładna zielona buteleczka, kosmetyk naturalny, jak będziesz starsza, to też będziesz takich rzeczy używać, itd. W tym samym czasie złapałam odpowiedni kąt przymierzałam się do ujęcia. Tosia była gdzieś w pobliżu.

Dostrzegłam małą rączkę z boku kadru. Za chwilę wysunął się rękaw w kwiatki. Z prędkością światła Tosia zbliżała się do ławeczki, na skraju której stała pięknie oświetlona zielona buteleczka naturalnego toniku Pure Skin Food o zapachu orange blossom. Wiedziałam już, co się stanie, ale nie mogłam temu w żaden sposób zapobiec. Nieuchronne nadciągało nieubłagalnie. W ułamku sekundy podjęłam decyzję, żeby uwiecznić ostatnie chwile toniku na ławeczce, skąpanego w popołudniowym słońcu, które odbijało się w butelce, podkreślając jej wyjątkową zieleń. 

Nastąpiło zderzenie rączki z tonikiem i usłyszałam "plask!"...

Rozbita buteleczka leżała na chodniku. Atomizer przetrwał nienaruszony. W powietrzu unosił się zapach gorzkiej pomarańczy. Tosia skwitowała całe zajście pytającym "uuuueeee?" i oddaliła się na wszelki wypadek z miejsca zdarzenia.    

Nie przekonam się już o odżywczych i nawilżających właściwościach toniku, nie dowiem się, jak bardzo poprawia koloryt skóry, nie sprawdzę czy nada mojej skórze blasku. A jego skład był taki piękny.

Zostało mi po nim na pamiątkę zdjęcie. Ładne, prawda?



piątek, 14 października 2016

Zużyłam - polecam: regenerujące masło do ciała Phenome

Denko, a właściwie wyciśnięta do końca tubka, czyli moja opinia o balsamie do ciała rozgrzewającym od Phenome. 

Zużyłam mniejsze opakowanie 50 ml. Taka pojemność wystarczyła mi na kilkudniowy wyjazd. Balsam faktycznie pachnie migdałowo. Rozróżniam dwie migdałowe nuty - duszącą i spokojną. To jest zdecydowanie wersja spokojna, zapach jest delikatny, ale przez jakiś czas utrzymuje się na skórze. 

To wygodny kosmetyk do ciała, do pielęgnacji rąk i stóp. Konsystencja gęsta, ale zwarta. Nie jest oleisty, w związku z czym szybko się wchłania. Nie nazwałabym go masłem, bo kojarzy mi się zwykle z bardzo tłustym oleistym kremem, a takich nie lubię zabierać w podróż. To raczej bogaty krem niż tłuste masło. 

Trzymałam go w torebce i stosowałam też jako krem do rąk. To nie jest jakiś super odżywczy kosmetyk, ale za to idealny do codziennej pielęgnacji. Początkującym polecam właśnie w takiej małej objętości. Można się nim nacieszyć i wyrobić sobie zdanie, czy chcemy go więcej, czy wolimy spróbować czegoś innego. 

Akurat Phenome ma jeszcze kilka fajnych tego typu kosmetyków. A że robi się coraz chłodniej, więc następny pewnie wybiorę z serii rozgrzewającej. 


środa, 12 października 2016

Październikowa różowa wstążka, która działa na mnie jak płachta na byka

Jak co roku, w październiku, miesiącu walki z rakiem piersi, pojawiają się limitowane edycje kosmetyków z różową wstążką. Sęk w tym, że przodują kosmetyki, których składniki podejrzewane są działanie rakotwórcze właśnie. Błędne koło albo... zamierzona strategia. Nie będę snuć tutaj teorii spiskowych, ale wyjaśnię Wam, dlaczego nie znoszę różowych limitowanych edycji. Jako przykład posłuży mi najnowszy artykuł z ostatnich Wysokich Obcasów (z 8 października 2016 r.).

Hasło brzmi: "kupując kosmetyki oznaczone różową wstążką, wspierasz badania naukowe i edukację kobiet dotyczące nowotworów piersi". Nic bardziej mylnego, zwłaszcza dla Clinique, Estee Lauder i La Mer. Te firmy używają składników, które mogą przyczyniać się do rozwoju raka piersi (na czele z parabenami). Zamiast więc przekazywać pieniądze ze sprzedaży potencjalnie rakotwórczych kosmetyków na badania nad rakiem piersi, lepiej byłoby wyeliminować kontrowersyjne składniki i w ten sposób promować profilaktykę. 

Od lat wiele środowisk (głównie organizacje pozarządowe w Stanach Zjednoczonych) piętnuje za to koncern Estee Lauder, który przoduje w tej hipokryzji. Jeśli chodzi o Bobbi Brown, to nie znam składu tej kredki, ani innych kosmetyków. Być może nie są one tak toksyczne, jak pozostałe wymienione przeze mnie firmy, ale nie dałabym głowy, że cały ich asortyment kolorówki i pielęgnacji nie zawiera kontrowersyjnych składników, podejrzewanych o działanie kancerogenne.

Jedynym pozytywnym wyjątkiem w tym artykule jest spray do twarzy Jane Irelade z certyfikatem ecocert (który zresztą od razu widać nawet na zdjęciu). To w pełni ekologiczny kosmetyk, który nie wpuszcza tutaj nikogo w maliny. Co znamienne, Jane Iredale nie ulega manii różowej wstążki i się w ten sposób nie promuje. 

Zamiast więc kupować bezsensowne różowe wstążki, lepiej zapisać się na mammografię i czytać listę składników kosmetyków, które wcieramy w swoje ciało. Bo to ich składniki przenikają w głąb naszej skóry i mogą się odkładać w wątrobie, czy w nerkach. 

Takie niby świadome Wysokie Obcasy, a poszły ślepo za różową wstążką. Po tej redakcji spodziewałabym się raczej fachowego artykułu o organizacji Think Before You Pink, która przestrzega przed pochopnymi zakupami produktów, które nijak się mają do walki z rakiem piersi, a wykorzystują różowy kolor i wstążkę do wzrostu sprzedaży w październiku, bo o ten przecież miesiąc tu chodzi. 

Także za tytuł artykułu "Przyjemne z pożytecznym" stawiam dwóję - wśród wymienionych kosmetyków jest tylko jeden dobry przykład - Jane Iredale. Reszta ani przyjemna, ani pożyteczna.






poniedziałek, 10 października 2016

Wytwórnia mydła - to nie tylko mydła

Lubię polskie eko marki i cieszę się, że powstaje ich coraz więcej. Wszystkim kibicuję, niech się rynek rozwija, używajmy naszych rodzimych eko produktów bez względu na uzasadnienie - patriotyczne, polityczne, listy składników, konsystencji i zapachu. Każdy pretekst jest dobry, pod warunkiem oczywiście, że skład też jest dobry.

Wytwórnia mydła urzekła mnie, wbrew pozorom, wcale nie mydłem, ale musem do ciała na ratunek, który uroczo pachnie olejem konopnym. Nie jestem fanką palenia czegokolwiek, żeby była jasność, ale tym zapachem trawki chętnie się odurzam;)

Stąd mus znika ze słoiczka w błyskawicznym tempie. Świetnie się nadaje do suchej skóry, czyli na łokcie, kolana, stopy i do dłoni. Z tym że jest dość tłusty, więc potem nie da się  pisać na komputerze, czy prasować, bo wszędzie będą tłuste plamy. Dlatego do rąk mus najlepiej sprawdza się na noc. I do tego oczywiście ten zapach... Konsystencja jest lekka, ale jak się go wetrze, to okazuje się zaskakująco treściwy. Dlatego lojalnie uprzedzam, że to tłuścioch. 

Mydło peelingujące mydlany bobas, znów wbrew pozorom, zostało zużyte przeze mnie, a nie przez mojego bobasa. Miękkie, delikatne, czuć roślinne oleje, ale peeling jest bardzo delikatny, taki owsiany, a nie solny (jeśli chodzi o moc ścierną). Dlatego nadaje się do codziennego stosowania pod prysznicem. Drobnym minusem może być tutaj fakt, że mydło szybko się topi. Mnie ta miękkość nie przeszkadza, ale trzeba zadbać o dobrą mydelniczkę, bo zacznie się z niego robić mydło w płynie. 

Na koniec proszek kąpielowy caffe latte o bardzo łagodnym kawowym zapachu. Bardziej przypomina kawę inkę niż mocne espresso. Skład bardzo dobry, w wodzie się szybko rozpuszcza, nie ma żadnej piany i nie brudzi wanny (co też istotne). Jak na moją wannę proszku było jednak trochę za mało w saszetce. Wolałabym, żeby proszek był w większym, przynajmniej półkilogramowym opakowaniu, to wsypałabym tyle, ile sama uważam za stosowne. 

Wytwórnia mydła ma potencjał. Życzę im dalszego rozwoju i doskonalenia linii konopnej. Z tym zapachem biorę od razu wszystko!

 


niedziela, 2 października 2016

Duńczyk do rąk

Zawsze miałam problem z nazwą Urtekram. Cały czas mi się myliła i błędnie ją wypowiadałam.  Jeśli chodzi o duński język, to umiem powiedzieć tylko "truskawki ze śmietaną", co brzmi jak skrzyżowanie szczekania psa i prychania kota. Nie wiem, co znaczy Urtekram, ale Duńczyków lubię za najbardziej restrykcyjne prawo w Europie, jeśli chodzi o kosmetyki. Nigdzie indziej parabeny nie są zakazane w kosmetykach dla dzieci do lat 3.

Dlatego chętnie sięgnęłam po tę markę, tym bardziej, że jest już łatwo dostępna w Polsce w sieci Organic Farma Zdrowia. Zaczęłam od kremu do rąk, bo to kosmetyk, który zawsze mam pod ręką (w domu i w pracy) i który jest dla mnie czasami takim papierkiem lakmusowym, czy warto dalej inwestować w markę, czy nie. 

Różowy krem z nordycką brzozą (jakkolwiek to brzmi) jest kremem nawilżającym. Czyli nie spodziewam się tłuściocha, ale chcę mieć nawilżone i nietłuste dłonie. Krem zdał egzamin. Wchłania się bardzo szybko. Nie zostawia na skórze tłustej warstwy. Jak każdy krem, stosuję go kilka razy dziennie, po każdym myciu rąk. 

Skład potwierdzony przez najnowszy certyfikat Cosmos Organic by Ecocert. Tubka poręczna, nie za duża, nie za mała. Nie mam do niego zastrzeżeń. Na pewno na tym kremie nie zakończę używania Urtekram. Także za jakiś czas pojawią się na blogu moje opinie o kolejnych kosmetykach tej marki. 



piątek, 30 września 2016

Niezawodny Naturativ dla dzieci

Było Pat&Rub, teraz jest Naturativ. Mają być kosmetyki Kingi Rusin, ale nie wiadomo, kiedy. Jest konflikt między firmami. Nie wiem, co wyprodukuje Kinga Rusin, ale wiem, co było do tej pory w Pat&Rub. Wiem też, że te same receptury są teraz w Naturativ. Ufam liście składników, a nie reklamie i tak też jest w tym przypadku.

Serię dla dzieci stosuję dla siebie i dziecka od dawna. Płyn do kąpieli cieszy się powodzeniem w całej rodzinie. Oliwkę regularnie podkradam dziecku, a balsam do ciała stosowałam na wakacjach jako krem do twarzy na noc. W nowej odsłonie zmieniła się tylko etykieta. Skład jest ten sam i - co najważniejsze - zawartość również ta sama.

Zauważyłam też znaczek na nowym opakowaniu certyfikatu NaTrue, co dla mnie oznacza, że faktycznie w składzie jest to, co deklaruje producent. Niewiele polskich firm produkujących kosmetyki naturalne, ma ten certyfikat. Szczerze mówiąc, jak zaczęłam myśleć, to chyba żadna ze znanych mi polskich marek nie ma, poza właśnie Naturativ.

Także dalej będę używać sprawdzonych i dobrze mi znanych kosmetyków, teraz pod nową nazwą. Oczywiście nie zmienia to faktu, że jestem ciekawa, co wyprodukuje Kinga Rusin. Póki co, ma opóźnienie, bo już kilkakrotnie zapowiadała na facebooku premierę swoich kosmetyków. Zakupiłam jej książkę - ekoporadnik, w którym m.in. podaje przepis na płukankę do siwych włosów z suszonego tymianku i rozmarynu. Nie mam czasu, ani nie lubię się bawić w samodzielne kręcenie tego typu specyfików. Wolę porządny eko kosmetyk dobrej jakości. 

A kaczuszka oczywiście co wieczór pływa w Tosiowej wanience:)


piątek, 23 września 2016

REN Skincare: hit i kit

Pisałam już kiedyś, że jeżeli jeden kosmetyk z danej firmy jest fajny, to nie oznacza, że wszystkie będą super. Tym razem też tak jest. Używam teraz dwa kosmetyki z REN Skincare - maseczkę złuszczającą z kwasami owocowymi i szybką maseczkę (oni to nazywają terapia) z witaminą C. Zacznę od tego produktu, z którego jestem niezadowolona.

Generalnie lubię witaminę C i chętnie wypróbowuję nowe kosmetyki z dużą dawką tej witaminy. Jak do tej pory najlepsze co miałam, to serum z witaminą C i wygląda na to, że tak  nadal zostanie. REN wymyślił produkt, który się nakłada na twarz, wmasowuje okrężnymi ruchami. Potem trzeba zwilżyć palce i dalej masować, żeby aktywować witaminę C, pozostawić na minutę i spłukać. Dla mnie to zbyt skomplikowane. Nakładam na sucho, potem na mokro, to mi odpada, nie wiem, kiedy minie minuta. Ufff..... no nie podoba mi się ta procedura. 

Ale jakby tego było mało, nie widzę efektów. Nie zauważyłam, żeby skóra była natychmiast wygładzona, błyskawicznie odżywiona. Oznak zmęczenia się nie pozbyłam, nie widzę żadnej jędrności. Skład dobry, wiem, że jest ta witamina C, bo nawet czuję ten specyficzny zapach, ale nie widzę niestety działania. Dlatego uważam, że ten produkt to strata pieniędzy, bo w tej samej cenie można sobie kupić coś lepszego z witaminą C (np. moje ulubione serum NuFountain, które zamawiam przez amazon). Na szczęście mam miniaturkę tego kosmetyku, więc szybko zużyłam i się z nim pożegnałam.

Maseczka z kwasami owocowymi - tu też mam miniaturkę, ale w przeciwieństwie do poprzedniego produktu, zdecydowanie chcę pełnowymiarowe opakowanie. Świetna maseczka wygładzająca. Te kwasy owocowe od razu czuć - lekko szczypie miejscami, ale absolutnie do zniesienia. Skład jest fantastyczny - ekstraktów owocowych jest tyle, że mogłabym z tych owoców zrobić sałatkę. Zapach w 100% naturalny, ale tak naprawdę nie czuję tam żadnego specjalnego zapachu, tylko lekko kwaskowatą nutę. 

Nie stosuję tej maseczki regularnie, bo nie mam na to czasu, ale za każdym razem jak mi się uda, to widzę, że twarz jest jaśniejsza i gładka. Omijam oczywiście okolice oczu szerokim łukiem, ale za to stosuję ją na szyję. Ten produkt zdecydowanie polecam.