poniedziałek, 30 maja 2016

W kuchni

Nie będzie o zdrowej żywności, bo to zupełnie inna kwestia, tylko o ekologicznym myciu naczyń. 

Nie mam na tym punkcie hopla i nie kupuję drogich płynów do mycia naczyń, choć znam takie i serio uważam, że są fajne, mają świetne składy, naturalne i zarazem przyjemne zapachy, ale są nie na moją kieszeń. Poza tym można znaleźć dobry płyn do mycia naczyń z dobrym (czytaj: nietoksycznym) składem, który wcale nie musi kosztować 20 zł za pół litra. 

Marka Frosch produkuje środki czystości z dobrym składem. Stosuję wiele ich produktów. Płyn do mycia naczyń jest jednym z tych, które mogę polecić z czystym sumieniem. Myję nim przede wszystkim drewniane łyżki i inne kuchenne akcesoria, oraz dziecięce butelki. Nie mam czasu używać rękawiczek ochronnych (w czasach przed dzieckiem zawsze używałam). Dlatego tym bardziej zwracam uwagę na płyn do mycia naczyń. Nie jestem jednak skrajnie ortodoksyjna - gdy nie mogę dostać tego płynu, kupuję zwykły, ale wtedy widzę różnicę w postaci przesuszonych dłoni. Najczęściej kupuję go w Rossmannie, jednak cieszy się sporą popularnością, bo często go tam brakuje. Warto kupić na zapas w promocji. Wtedy kosztuje prawie tyle, co zwykły, a różnica w stosowaniu jest naprawdę ogromna.

Drugim kosmetykiem, który stoi na wierzchu w mojej kuchni jest mydło w płynie. Często w kuchni chcę umyć ręce (przy dziecku to nabiera zupełnie innego znaczenia, poza tym nie ma czasu na bieganie w tym celu do łazienki). Nie polecam oczywiście mycia rąk płynem do naczyń, nawet ekologicznym. Dlatego cenię sobie mydło w płynie z dozownikiem, bo to najszybsze rozwiązanie. Tym razem polecam polską markę Yope. Nie dość, że urocze obrazki na opakowaniu, to jeszcze dobry skład i dobra cena. Miałam już kilka różnych mydeł w płynie z tej firmy i jak dotąd, każde mi odpowiada. Konsystencja jest bardzo dobra, delikatny zapach, łatwo się nim myje ręce (nie o wszystkich ekologicznych mydłach w płynie mogę to powiedzieć). 

Idealnym dopełnieniem mojej kuchennej ilustracji byłoby okno nad zlewozmywakiem, na tle którego stałyby oba produkty. Naoglądałam się w pismach wnętrzarskich kuchni z oknem nad zlewozmywakiem i takie rozwiązanie najbardziej mi się podoba. Póki co, jest gładka ściana, a nad nią wiszące szafki, więc myjąc naczynia mam widok na kuchenne fronty:P


piątek, 27 maja 2016

Aktualnie używam - pielęgnacja ciała

Czas na przegląd mojej łazienki. Będzie o pielęgnacji ciała, czyli czym się smaruję, gdy wyjdę spod prysznica. Jest nowość, sprawdzony bestseller, ulubiony olej i coś nieoczywistego.

Zacznę od oleju. Od dłuższego czasu używam różnych olejów w pielęgnacji ciała i szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie już inaczej. Sam balsam do ciała przestał mi wystarczać. Olej najlepszy jest wieczorem, bo trzeba dać mu czas, żeby się wchłonął, chyba że rano nigdzie się nie spieszę, co jest obecnie ewidentną rzadkością. Nasmarowana od razu czuję, że ubywa mi pomarańczowej skórki na udach, a skóra jest porządnie nawilżona i odżywiona. Teraz mam fantastyczny pomarańczowy olej, a w zasadzie eliksir do ciała od mokosh. Naturalny cudny pomarańczowy orzeźwiający zapach, ciemna szklana buteleczka. Jedynym minusem jest dozownik w formie pipety, bo muszę kilkakrotnie nurkować tą pipetą po olejek. Z kolei bezpośrednio z buteleczki wylewa się za dużo. Ale poza tym drobnym mankamentem, olej jest fantastyczny. Natłuszcza, ale gdy się wchłonie nie zostawia tłustej warstwy. Polecam.

Żadnego oleju do ciała nie polecam za to łączyć z olejkiem magnezowym BetterYou. Olejek w nazwie, ale służy zupełnie do czego innego. To po prostu magnez, który dostarczamy organizmowi przez skórę. Kilka psiknięć wsmarowujemy w uda. Ale bez żadnego balsamu do ciała, czy olejku, bo razem się nie wymieszają, robie się dziwnie tępa konsystencja i mam nieprzyjemne uczucie, że ten olejek magnezowy spływa po skórze, jak deszcz po płaszczu Burberry. Olejek wchłania się na tylko umyte i osuszone ciało. Używam, jak mi się przypomni. Na początku trochę mnie szczypał (może to był znak niedoboru magnezu?), ale teraz jest już w porządku. Fakt, że odkąd go stosuję nie mam problemów ze skurczami łydek, co mi się czasami zdarzało.

Nowość to dezodorant o oryginalnej nazwie revolver. Nabytek z USA, oczywiście z mojego ulubionego whole foods'a. Jeszcze nie mam wyrobionej o nim opinii, bo dopiero zaczęłam go używać. Klasyczny sztyft. Wrażenia za chwilę, jak wypróbuję go nie tylko w pochmurny dzień, ale przede wszystkim w pełnym słońcu. 

Santaverde to marka, o które pisałam tutaj już wielokrotnie. Nie mają dużego asortymentu i całe szczęście, bo to, co mają w ofercie, jest najwyższej jakości i dopracowane niemal do perfekcji. Taki też jest ujędrniający żel do ciała. Konsystencja żelowa, czyli chłodne, szybko się wchłania, nie zostawia tłustej warstwy, ale skóra nie jest ani sucha, ani ściągnięta. Nie spodziewam się, że mi podciągnie pośladki do poziomu Jennifer Lopez, ale mam wrażenie, że ciało jest po nim bardziej sprężyste. Jest świetny na lato i przede wszystkim na dzień, kiedy rano nie mam czasu na pielęgnację i muszę się szybko ubierać (zwykle rano jestem w niedoczasie). Lubię też opakowania Santaverde, gdzie zakrętka tuby jest jej integralną częścią. Nie odkręca się do końca, tylko tworzy się mały otwór, przez który łatwo wyciska się żel. Dzięki temu nie ma ryzyka, że zakrętka mi spadnie i będę jej szukać po całej łazience. I o to chodzi. 





sobota, 14 maja 2016

Zużyte polecone - peeling solny i masło pomarańczowe

Chciałam się z Wami podzielić moja opinią na temat dwóch polskich eko kosmetyków:
pomarańczowe masło do ciała Nacomi i solny peeling od Purite

Oba mi się spodobały, choć trzeba wiedzieć, czego się po nich spodziewać, bo po pierwsze peeling peelingowi nie równy, a i masła bywają różne.

Zacznę od peelingu Purite. Dość długo czekał, aż się za niego zabiorę. Pierwsze wrażenie, to ciężki szklany słoik. Miałam wrażenie, że w środku są kamienie zamiast kryształków soli. Poza tym trochę się tej soli obawiałam, że będzie ostra, drapiąca i piekąca. Ale z drugiej strony dzięki temu mam bardziej wygładzający peeling, a nie takie tylko mizianie mikro-drobinkami malinowych, czy innych pestek. Skład był bardzo obiecujący, więc postanowiłam się zmierzyć z ciężkim słoikiem. Swoją drogą trzeba go stabilnie postawić, żeby nie spadł do wanny, gdzie mógłby narobić szkód mnie i wannie. Mieszanki soli i olejów zawsze mnie zachęcają. I tym razem nie byłam rozczarowana. Wręcz przeciwnie - byłam zachwycona. 

Z góry uprzedzam, że peeling jest dość ostry i drapie. Za to świetnie wygładza i nawilża. Natychmiastowy efekt na stopach, kolanach i łokciach. Wszystko gładkie, miękkie i lekko tłuste. W związku z tym nie ma potrzeby stosowania po peelingu balsamu do ciała. Zapach solno-olejowy bardzo mi odpowiadał. Trzeba uważać z dekoltem na zaczerwienienia, więc lepiej szorować uda, a nie biust. Co ciekawe, łatwo się spłukuje z wanny i nie wymaga jej natychmiastowego mycia, jak to mam w przypadku peelingów cukrowych, które się zwykle rozłażą i zostawiają tłustą warstwę. Peeling polecam, jeśli chcecie konkretnego wygładzenia, lekkiego szorowania i poprawienia krążenia. Nie codziennie, ale raz na jakiś czas szorowanie się przyda, zwłaszcza przed latem. 

Drugi zużyty przeze mnie kosmetyk to masło do ciała Nacomi z olejem macadamia i olejkiem pomarańczowym. Zapach pomarańczowy jest naprawdę urzekający i trzyma się na skórze. Konsystencja masła jest twarda, co nie każdemu może odpowiadać, bo takie masło nie będzie się szybko rozsmarowywać na ciele i błyskawicznie wchłaniać. Trzeba się z nim trochę napracować. Za to jest świetne do kolan, łokci, dłoni i stóp. W pewnym momencie tak właśnie zaczęłam je używać, a gdy już się kończyło, wcierałam w skórki wokół paznokci. Ważne dla mnie jest to, że masło jest prawdziwym masłem, bo głównym jego składnikiem jest masło shea. Żadne tam gliceryny. 

Oba kosmetyki mają świetny skład i są polskie. Wiem, że teraz jest moda na polskie kosmetyki, gdzie w każdej prasie kobiecej pokazuje się kosmetyki made in Poland. Przy czym dla mnie nie wystarczy polska etykieta. Liczy się przede wszystkim skład. Tym bardziej cieszy, że na rynku mamy coraz więcej świetnych jakościowo eko kosmetyków. Jeszcze kilka lat temu ten wybór był znacznie mniejszy.










piątek, 6 maja 2016

Weranda Country maj 2016

W majowym numerze Weranda Country polecam mój artykuł "10 kroków do promiennej cery".

Jednym z punktów jest sen. Uważam, że wciąż nie doceniamy, jak ważny jest dla nas sen. Mam porównanie z czasami (prehistorycznymi;)) sprzed dziecka. Teraz nie ma szansy na to, żebym się porządnie wyspała. Zdarza się nawet tak, że mój organizm tak bardzo przyzwyczaił się do wcześniejszego wstawania, że budzę się i sprawdzam, co u Tosi w łóżeczku, a ona jeszcze smacznie sobie śpi. 

W artykule zawarłam na ten temat to, co najważniejsze: żaden kosmetyk nie zastąpi snu i nie zregeneruje skóry jak odpowiednio długi sen. 

Życzę więc Wam wyspania się w ten weekend. Ja też zaraz zmykam spać, bo u mnie o 6.00 rano pewnie będzie pobudka...;)



niedziela, 1 maja 2016

Przegląd prasy: PANI kwiecień 2016

W kwietniowym numerze PANI w dziale uroda mamy artykuł "Włos w kąpieli - Z pianką czy bez?" Już w drugim zdaniu się nie zgadzam: "Trudno byłoby zaakceptować szampon o rzadkiej konsystencji, bez zapachu, koloru, a na dodatek pozostawiające włosy matowe i szorstkie". No nie! Bo wiele osób, nie tylko mężczyźni (choć oni są tutaj w większości) lubi szampony bez jakiegokolwiek zapachu. Sama wolę szampon bez zapachu niż ze sztucznym aromatem, od którego boli głowa. Ale to coś więcej, niż tylko zapach. W tym zdaniu jest sprytna przygrywka do szamponów naturalnych, które mają rzadką (czytaj: okropną) konsystencję, a nie gęstą (czytaj: fajną) i perłową (to akurat zasługa rakotwórczych środków pianotwórczych, takich jak np. Cocamide DEA). Nie rozumiem jednak kwestii koloru, bo szczerze mówiąc nie kręcą mnie kolorowe szampony. Nawet te zwykłe chemiczne zwykle są białe, przezroczyste, ewentualnie perłowe. Czy widział ktoś czerwony szampon? Czy coś takiego w ogóle by się sprzedawało? 

Po tym marnym wstępie mamy pierwszą konkluzję artykułu: "Dlatego dodaje się składniki, które poprawiają jego [szamponu] wydajność, jakość włosa, a nawet działają na nasze zmysły". To ma być chyba usprawiedliwienie długiej listy emulgatorów, zapachów (działanie na zmysły), środków pieniących i innych niepotrzebnych rzeczy. Natomiast jakość włosa poprawią naturalne składniki (nie wiem, czy pani redaktor potrafiłaby wymienić choć jeden poprawiający jakość włosa). Nic to. Idźmy dalej.

Wśród środków regenerujących włosy autorka artykułu wymienia silikony i oleje roślinne. Dość szeroko zakrojone zestawienie. Niestety olejom roślinnym nie poświęca zbyt wiele uwagi albo wychodzi z założenia, że wszyscy już wiedzą, że są fajne, więc nie ma sensu o nich pisać. Zamiast tego skupia się na silikonach, co nie wychodzi czytelnikom na dobre. Dostajemy bowiem sprzeczne informacje - raz, że silikony ujarzmią włosy z tendencją do puszenia się, a dwa, że lepiej je stosować na zmianę z szamponem mocno oczyszczającym. Nie sądzę, aby autorka artykułu sama się do tego stosowała. Raz w życiu używałam profesjonalnego szamponu oczyszczającego i nie zamierzam robić tego ponownie, chyba że chciałabym, aby włosy wyglądały jak po huraganie. 

Kolejnym kuriozum jest twierdzenie, że "alternatywą dla silikonów jest olej kokosowy, czy z pestek moreli". To żadna alternatywa. Jedno to taśma klejąca oblepiająca włos i dająca lśniący efekt na miesiąc, a drugie to naturalny olej, który z silikonem dzielą lata świetlne. To jak porównać złoto wysokiej próby do tandetnego tombaku. Dalej odkrywczo autorka artykułu informuje, że w szamponie możemy znaleźć substancje nawilżające jak np. panthenol. Nadmieniam, że panthenol w spraju można dodawać do szamponu do włosów w celach nawilżających. Ale nic to. 

Przejdźmy do zdania, które rozsierdziło mnie najbardziej: "w szamponach spod znaku eko nie znajdziemy z kolei środków pianotwórczych". No szlag mnie trafia, jak czytam takie bzdury. Autorka artykułu nie ma pojęcia o eko szamponach, zwyczajnie nimi gardzi i teoretycznie zrobiła pobieżny research w googlach i dowiedziała się, że naturalne szampony mniej się pienią. Napisała, co wiedziała i zadaje dalej fundamentalne pytanie, czy w takim razie piania jest zbędna. Moja cierpliwość się kończy. Pani redaktor przechodzi płynnie (i bez piany) z szamponu na odżywkę i wymienia unikatowe cechy odżywki, która się nie pieni (a która, do cholery, się pieni?!), nie zawiera mydła (bo odżywka nie jest od tego), nie zawiera silikonów i parabenów (i tu możemy porozmawiać, dlaczego tak jest, ale nie wiem, czy po dwóch poprzednich elementach w ogóle jest sens). 

Artykuł jest niespójny, obraża czytelniczki, które znają się na kosmetykach naturalnych, zawiera sprzeczne informacje, co najlepiej podsumowuje cytat fryzjera Bartka Janusza na końcu artykułu: "nie sięgajmy po preparaty oczyszczające, gdyż spowodują rozchylenie łusek, wyblaknięcie koloru i narażenie włosa na uszkodzenia". I tego zdania się trzymajmy. O reszcie artykułu jak najszybciej zapomnijmy. Dobranoc.