czwartek, 30 czerwca 2016

Przegląd prasy: Harper's Bazaar czerwiec 2016

Nie każdy artykuł w kobiecych pismach dotyczący kosmetyków ekologicznych jest zły i nierzetelny. Choć w większości dziennikarkom zdarzają się wpadki, bo po prostu nie wiedzą, o czym piszą, tym razem jest inaczej.

W czerwcowym numerze Harper's Bazaar ukazał się artykuł "Moc polskich marek". Zachęciła mnie zapowiedź na okładce. W ogóle dużo jest w numerze akcentów made in Poland, nie tylko w kosmetykach, ale także w modzie, designie. Co się już chwali. Ale szczególna pochwała zasługuje na prezentację kosmetyków.

Artykuł napisany jest lekko i bez zadęcia. Chwalimy polskie kosmetyki nie tylko za to, że są polskie, ale także za naturalny skład. Wybrane kosmetyki to nie jakaś pseudo-eko-bielenda, ale prawdziwe eko marki, które z czystym sumieniem mogę sama polecić. 

Kogo nie znam w tym gronie? Nie znam perfum Mia, świec Ma Bougie i paprocki&brzozowki. Fajnie byłoby, gdyby perfumy były bez ftalanów, a świece z wosku sojowego - co wcale nie jest wykluczone, sądząc po opisie. 

Jednak najważniejsze jest to, że pozostałe kosmetyki wymienione w artykule są faktycznie naturalne:
Be organic - miałam to masło do ciała i je polecam,
Make me bio - aktualnie używam delikatny peeling,
Bio iq - cenię za skład i minimalistyczne opakowania,
Mokosh - dynamicznie rozwijająca się polska marka, mają rewelacyjne oleje do ciała,
Nacomi - uwielbiam pomarańczowe masło do ciała. Jest w pierwszej chwili twarde, ale potem daje się rozsmarować,
Vianek - nowa marka w stajni Sylveco, sporo produktów, jeszcze się ze wszystkimi nie zapoznałam,
Body Boom - świetny PR w mediach społecznościowych, który uczynił kultowy produkt z prostego peelingu z fusów kawowych.

Nie ma tu pseudo wykładu o szkodliwych składnikach, bo większość redaktorek nie wie, o czym pisze i podchodzą do tych składników, jak pies do jeża. Nie ma tu też sprzecznych porad typu "naturalne kosmetyki są fajne, ale mogą uczulać", co często się zdarza dziennikarkom piszącym o urodzie. Jest krótko, fajnie i na temat. Zresztą zobaczcie same:





niedziela, 26 czerwca 2016

Krokodyl? Byle nie na piętach

Jeśli nie chcecie mieć pięt przypominających skórę krokodyla, czyli twardych i popękanych,  to trzeba regularnie wcierać krem do stóp. Zimą nie ma dla mnie problemu, wcieram tłuste kremy i jest mi z tym dobrze. Ale latem nie lubię tłustej warstwy, pomijając to, że chodząc boso mogę wywinąć orła. 

Dlatego szukam kremu, który będzie dbać o stopy, ale przede wszystkim nie pozostawiać tłustej warstwy. Krem do stóp od Phenome taki właśnie jest. Wbrew nazwie - warming - wcale nie jest dla mnie rozgrzewający. Ma konsystencję przypominającą budyń, dzięki czemu łatwo się wsmarowuje i szybko wchłania. Ja bym mu tę nazwę zmieniła, bo to rozgrzewanie sugeruje, żeby go stosować zimą, a on jest świetny na lato. Stopy są po nim lekkie i świeże, co zresztą przyznaje sam producent, więc tym bardziej polecałabym krem jako całoroczny. 

Nie ma się co tutaj więcej o nim rozpisywać. Spełnia swoją rolę bardzo dobrze. Używam go codziennie wieczorem, po kąpieli. Nie zakładam później żadnych bawełnianych skarpetek (sugestia producenta), bo nie mogłabym zasnąć, zwłaszcza w te upały. Ale i bez tego stopy są dobrze nawilżone. 

Codzienne stosowanie kremu do stóp nie oznacza rezygnacji z pedicure u kosmetyczki. To dla mnie zabieg obowiązkowy, nie tylko latem. Nie ma nic gorszego niż gustowny sandałek z krokodylem na pięcie. Nie rozumiem takich kobiet, a przyznam, że widuję na ulicy. Do tego obuwie mają często niezwykle eleganckie. Biedne sandałki...  








czwartek, 23 czerwca 2016

Aktualnie używam - demakijaż


Tak, tak, na kwestię demakijażu osobny post i cała półeczka. To nie są zapasy. To wszystko jest w użyciu i to naraz. Przyznaję, że czasami pomijam ostatni krok, czyli peeling, ale tylko wtedy, gdy padam z nóg, bo szanowne dziecię akurat wstało o 5.30. Po co mi aż tyle kosmetyków?

Czytałam jakiś czas temu o japońskim rytuale oczyszczania twarzy. Opis wskazywał na to, że Japonki wieczorami nie robią nic innego poza czasochłonnym wieloetapowym demakijażem. Postanowiłam przetransponować ich zasady do mojej własnej rzeczywistości, w której 120% mojego wolnego czasu poza pracą zajmuje dziecko. Mam więc w standardzie deficyt czasowy, w sumie na wszystko. Dlatego wieczorny demakijaż rozpoczynam po południu, tuż po przyjściu do domu. Po pierwsze, nie chcę całować Tosi i przy okazji jej pudrować. Po drugie, chcę, żeby moja cera oddychała. Zaczynam do płynu micelarnego.

1. Biolaven płyn micelarny - przyjemnie pachnie, dobrze zmywa. Jedynym moim zastrzeżeniem do niego jest to, że mam wrażenie jakby się trochę pienił. To mi jest zupełnie niepotrzebne. Nie wiem, z czego to wynika, bo nie analizowałam składu pod tym kątem. Jednak, jeśli chodzi o płyn micelarny, to preferuję konsystencję typu woda, a nie jakikolwiek inny płyn.

Potem bawimy się z Tosią, w międzyczasie usiłuję zjeść kolację, co nie zawsze mi się udaje przed jej zaśnięciem. Ale gdy w końcu Tosia już uroczo śpi, a ja jeszcze nie śpię na siedząco, kontynuuję kolejne etapy demakijażowe. 

2. Douces Angevines olejek do demakijażu - to już wykonuje pod prysznicem, przy czym nie nakładam olejku na mokrą twarz, tylko na suchą i delikatnie masuję, włącznie z oczami. Nic nie szczypie, przy okazji masując twarz, wmawiam sobie, że to masaż przeciwzmarszczkowy i od razu mi lepiej. Olejek ma lekko ziołowy zapach, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie takie zielsko ze sklepu zielarskiego, tylko takie francuskie ziółka. Oczywiście po olejku mam tłustą cerę i nie mogłabym z tym żyć, wiedząc, że to demakijaż, a nie pielęgnacyjny olej, do tego zaaplikowany prawie w oczy, więc muszę to koniecznie zmyć wodą.

3. Douglas Naturals pianka do mycia twarzy - ultra lekka, niemal bezzapachowa, łatwo dostępna i wydajna. Wydawało mi się, że pianką nie da się zmyć oleju, tymczasem ta świetnie daje radę. Nie ma co tu więcej pisać, bo innych funkcji od pianki nie oczekuję.

4. Make Me Bio delikatny peeling do twarzy almond scrub - kluczowe jest tu słowo "delikatny". Nie każdy peeling nadaje się do częstego stosowania (Japonki zalecają codziennie). Ten nadaje się do tego, bo to delikatny proszek, bez ściernych drobinek. Nie ma obawy o nadmierne złuszczanie. Moim jedynym problemem jest uzyskanie odpowiedniej konsystencji, bo zwykle wychodzi za rzadka (daję za dużo wody) i peeling spływa. Nie przejmuję się tym za bardzo, tylko wmasowuję, zanim wszystko spłynie. 

Co to wszystko mi daje? Poprawę stanu cery. Mniej drobnych krostek, wyprysków. Cera jest bardziej gładka i wygląda promiennie bez makijażu. Czasami tylko wystarczy odrobina pudru mineralnego, a wrażenie jest takie, jakbym miała zrobiony makijaż. 


wtorek, 21 czerwca 2016

Greenwashing w czystej postaci

Greenwashing nie każdy zrozumie, z drugiej strony polskie tłumaczenie "eko ściema" też nie jest moim faworytem. Tak, czy inaczej, chodzi o kosmetyki, które udają, że są naturalne, ekologiczne, a w składzie dramat. Oto najnowszy przykład, do tego prosto z apteki.

Będąc z Tosią na spacerze, natknęłam się na interesujący plakat przy wejściu do apteki: "naturalna pielęgnacja Twoich włosów" z ilustracją szamponów i odżywek nieznanej mi firmy GlySkinCare. Od razu weszłam, żeby sprawdzić, o co chodzi.

Plakat zachęcał nie tylko dużym napisem i nieodzownym zielonym listkiem, ale także olejem arganowym, kokosowym i makadamia. Przy okazji wiem, jak wygląda argan i makadamia, bo kokos oglądam czasami w Biedronce. Zmierzam więc do apteki z wózkiem krokiem jednostajnie przyspieszonym i widzę na wyeksponowanym regale całą gamę kosmetyków GlySkinCare do pielęgnacji. Interesuje mnie pielęgnacja włosów, bo chcę sprawdzić, czy jest faktycznie jest naturalna. 

Biorę pierwszy lepszy szampon z brzegu. Na dzień dobry Sodium Laureth Sulfate, czyli zupełnie nienaturalny środek myjący, zwany przeze mnie płynem do mycia naczyń, bo tamże ten składnik znacznie bardziej pasuje i zresztą występuje. Potem mamy rakotwórczy środek pianotwórczy Cocamide DEA. Dalej nie muszę już czytać. Te dwa wymienione przeze mnie składniki świadczą o tym, że szampon absolutnie nie jest naturalny. Jest zwykłym chemicznym szamponem, który nie ma nic wspólnego z naturalnością, i tym bardziej szczątkowe ilości oleju arganowego, czy kokosowego tego nie zmienią, nawet jeśli producent będzie się nimi głośno chwalić.

Są produkty, które znacznie lepiej udają naturalne, bo nie mają SLS/SLES-ów i się tym chwalą na opakowaniu. Za to trafi się im w składzie propylene glycol. Taki szampon dalej naturalnym nie jest, ale przynajmniej ze składu usunięto te najbardziej znane składniki, których wiele firm już unika. Czyli nie ma tych "znanych" toksycznych i rakotwórczych składników, ale zostawia się te, powiedzmy mniej szkodliwe, takie, które w oznaczeniach słowników składników kosmetycznych występują jako "średnio szkodliwe" (np. odkładają się w organizmie, ale nie wykazano ich rakotwórczego działania, albo nie zostały jeszcze gruntownie przebadane pod tym kątem). Tak, czy inaczej, szampon firmy GlySkinCare nie ma nic wspólnego z naturalną pielęgnacją.

Żeby nie było, że po jednym produkcie wystawiłam ocenę całej marce, zerknęłam na skład jeszcze dwóch innych kosmetyków. Odżywka do włosów była bogata nie tylko w zestaw kilku parabenów (czyli w sumie abecadło dla tych, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o kontrowersyjnych składnikach kosmetyków), ale zawierała również bardzo stary i paskudny konserwant o nazwie Imidazolidinyl Urea. Uwalnia rakotwórczy formaldehyd, w najlepszym razie powoduje wysypkę, alergię, czy atopowe zapalenie skóry. Nie jest on tak powszechnie stosowany w kosmetykach, bo są na rynku konserwanty bezpieczniejsze, nowsze, których używają duże koncerny. Ten toksyczny używany jest przez małe firmy, które od lat nie zmieniają formulacji albo szukają tanich składników. W odżywkach do włosów rzadko spotyka się zarówno parabeny, jak i Imidazolidinyl Urea. 

Trzecim kosmetykiem, który całkowicie pogrążył "naturalną pielęgnację" był "rozświetlający suchy olejek arganowy do ciała i włosów". Gdyby ten kosmetyk nazywał się po prostu "olejek do ciała i włosów" to byłoby ok, ale włączanie w to przymiotnika arganowy w nazwie jest kompletną pomyłką. Trzeba było go nazwać olejkiem silikonowym, bo w składzie przed olejem arganowym królują silikony, i to takie hardcorowe, trudno spłukiwalne, które oblepiają włos jak przemysłowa taśma klejąca do ciężkich kartonów, a nie malutka taśma klejąca z piórnika pierwszoklasisty. Na pierwszym miejscu był cyclopentasiloxane, czyli silikon, który do spłukania potrzebuje silnych detergentów. A zatem łagodnym ekologicznym szamponem go łatwo nie zmyjemy.  

Moja opinia? Ordynarne wprowadzanie w błąd konsumentów i wciskanie kitu o naturalnej pielęgnacji. Dawno nie widziałam tak jaskrawego przykładu udawania eko. To przebija nawet bielendę, której zielony listek działa mi na nerwy. GlySkinCare nie polecam, wręcz odradzam i uważam, że ich hasło reklamowe "naturalna pielęgnacja Twoich włosów" to największe kłamstwo, jakie ostatnio spotkałam w kosmetykach.




piątek, 17 czerwca 2016

Przegląd prasy: Zwierciadło czerwiec 2016

Dawno nie widziałam tak fatalnie napisanego artykułu (pod względem merytorycznym). Robienie z czytelniczek idiotek denerwuje mnie niemiłosiernie. Co tym razem? 

W ambitnym, inteligentnym, niszowym, czasami przemądrzałym, aspirującym do trzymania wysokiego poziomu Zwierciadle mamy beznadziejny artykuł o kosmetykach ekologicznych. Nie dość, że jest pełen sprzeczności, fatalnych błędów rzeczowych, kompletnej nieznajomości tematu kosmetyków ekologicznych, niewiedzy i ignorancji redaktorki urodowej, to jeszcze w przykładach na zdjęciach mamy kosmetyki, których skład wyklucza jakiekolwiek eko.

Zrobiłam zdjęcia całego artykułu i podkreśliłam smaczki, żebyście nie musiały wyrzucać pieniędzy na ten numer i jednocześnie zobaczyły tę ekologiczną tragedię.

"Kwestia odpowiedzialności" - tak, już w tytule autorka jest skrajnie nieodpowiedzialna. Nie przygotowała się do artykułu, nie zrobiła researchu, oparła się na gdzieś zasłyszanych informacjach albo na gratisach kosmetycznych zalegających w redakcji. Ja w sumie nie wiem, o czym jest artykuł. Kto za co odpowiada? Bo patrząc po kosmetykach, nie mamy tu wyboru tylko tych z dobrym składem (szczegóły poniżej). Nie podoba mi się też to, że tytuł sugeruje, że używając kosmetyków ekologicznych jestem bardziej odpowiedzialna. Guzik prawda. A może jest tak, że je po prostu lubię? Albo od sztucznych zapachów boli mnie głowa i wybieram te, które dla mnie lepiej pachną? Powodem używania eko kosmetyków wcale nie musi być troska o lasy tropikalne. Zresztą do sadzenia drzew jeszcze wrócimy.

Artykuł ma typową ekologiczną ilustrację. Pięknie pomalowana buzia bez wieku okraszona zielonym liściem (nieodłączny element wszelkiego eko). Mina nieco zbolała, co jest w sumie zrozumiałe, bo używanie kosmetyków ekologicznych łatwe nie jest, jak nas przekonuje autorka. Stosowanie eko kosmetyków kojarzy jej się z adoptowaniem kury, która z nami nie mieszka, co ma być dowodem wysokiej świadomości ekologicznej (whatever that means). Nie wiem, jaka jest moja świadomość ekologiczna, bo znam się na liście składników kosmetyków, ale wciąż jest dla mnie zagadką, w jaki sposób z wiatraków płynie prąd do gniazdka. Wróćmy jednak do artykułu.

"kosmetyki przyjazne środowisku i naszej skórze" - w lidzie mamy pierwszą sprzeczność. To sformułowanie wskazuje na to, że prezentowane w artykule kosmetyki dbają o naszą skórę i jednocześnie o środowisko. Patrząc na te kosmetyki wiem, że tak nie jest. W artykule (na zdjęciach i w treści) jedno wyklucza drugie. Jeśli dana marka ma dobry skład, to nie sadzi drzew i odwrotnie. Jeśli sadzi drzewa to skład jest fatalny (Klorane). 

"odżywianie się wyłącznie ekoburaczkami i organiczną jaglanką wydaje się równie trudne jak smarowanie się tylko ekokosmetykami" - i tu jest pies pogrzebany. Po tym zdaniu wiem, że autorka nie ma pojęcia o kosmetykach ekologicznych i nie znosi kaszy jaglanej. Użycie słowa "smarowanie" wskazuje, że nawet nie lubi kosmetyków ekologicznych. Bo te chemiczne się nakłada, aplikuje, wklepuje przecież, a smarowanie jest czynnością mało luksusową. Posmarowałam bułkę masłem. Nie brzmi. Tym bardziej, że 2 strony dalej inny (już nie eko) krem tej samej redaktorce "przywraca dłoniom gładkość", o ordynarnym smarowaniu nie ma mowy. 

Próba odpowiedzi na pytanie "co jest eko?" tylko zaciemnia obraz. Ja rozumiem, że nie ma w polskim prawie definicji eko kosmetyku, więc łatwo nie jest. Ale sprowadzanie eko do "kosmetyku wyprodukowanego z naturalnych wyciągów roślinnych" to za mało. Certyfikaty to dla niej tylko wskazówka i za chwilę znów miesza, że jest wiele fajnych eko marek, które certyfikatów nie mają, bo to droga impreza. Zgadza się, ale przeciętna czytelniczka, która nie zna eko kosmetyków, a chciałaby się czegoś o nich dowiedzieć z artykułu, będzie miała mętlik w głowie. Dziewczyny z Zielonego Laboratorium próbują ratować sytuację, ale nie dadzą rady sprostować tego, co redaktorka sama spłodziła. 

Dalej jest jeszcze gorzej, bo dowiadujemy się, że znaczek z króliczkiem (nie testowane na zwierzętach) jest w sumie bez sensu, bo mamy nowe prawo, że nie wolno testować kosmetyków na zwierzętach, ale on nie zniknął z opakowań, bo jak zniknął na chwilę, to wszyscy myśleli, że testy wróciły. Uhhh.... trzeba było olać tego króliczka i skupić się na składnikach. 

Potem przyczepiła się do kosmetyków wegańskich. Więc ja (jako czytelniczka, która chce się czegoś o eko kosmetykach dowiedzieć) nie wiem, czy w końcu wosk pszczeli to może być w eko kosmetykach, czy nie?! Następnie do tego wegańskiego składu dokładane są konserwanty i dowiaduję się, że kosmetyk wegański nie jest w 100% naturalny i zawiera gumę ksantanową. Znów - nic nie mam do dziewczyn z Zielonego Laboratorium, wręcz przeciwnie, to świetna eko marka - ale ich wyjaśnienia są wyrwane z kontekstu i nijak nie pasują do całości. Zamiast tego trzeba było napisać, że one (Zielone Laboratorium) stawiają sobie wyżej poprzeczkę niż inne eko marki, bo oprócz dobrego składu, nie używają składników pochodzenia zwierzęcego (nawet jeśli pszczółkom nie dzieje się z tego tytułu krzywda) i szukają roślin w pobliżu, żeby ich nie transportować za daleko i dbać w ten sposób o czyste powietrze. 

"sto procent natury" i odpowiedź na pytanie "jak usunąć z kosmetyku wszystkie sztuczne składniki?" - to kolejna bzdura. Z lektury tegoż akapitu wynika, że kosmetyki Fridge by yDe nie nie mają żadnych sztucznych składników. To stwierdzenie pozostaje w sprzeczności z przytoczoną wypowiedzią samej właścicielki marki, która mówi, że nie ma sztucznych kompozycji zapachowych, barwników i alkoholu (więc sztuczne mogą być np. emulgatory). A to nie oznacza, że kosmetyk składa się z samych roślinek. W pierwszym lepszym mleczku do demakijażu tej marki mamy Glyceryl Stearate, czyli monogliceryd kwasu stearynowego. Nic w tym złego, ale nie piszmy, że nie ma w ogóle sztucznych składników. 

"na uczciwych zasadach" - tu aż się prosi, żeby przerobić ten podtytuł - "na nieuczciwych zasadach". Mamy omówioną ideę fair trade, biedne państwa, w których rosną kakaowce, sprawiedliwy handel, ratowanie puszczy i kornika, co ma się nijak do kosmetyków ekologicznych. Dlaczego? Bo firmy wymienione w artykule, które sadzą drzewa, mają beznadziejne składy (na czele z Klorane). Co do The Body Shop - mają jedną linię z ecocertem, a reszta eko nie jest. Podobnie z L'Occitane - niektóre kosmetyki mają dobry skład, a inne fatalny (mieli świetną linię z ecocertem dla dzieci, ale niestety w zeszłym roku została wycofana). W tych dwóch firmach trzeba uważnie czytać każdy skład, co jest tylko dla zaawansowanych i nie polecam tym, które nie potrafią rozszyfrować listy INCI (pani redaktor z pewnością nawet nie próbowała). Natomiast Klorane nie polecam nikomu bez względu na liczbę posadzonych drzew na Peloponezie. 

"dobre dla skóry" - podtytuł bez sensu, jakby pozostałe kosmetyki dla skóry były złe. Rozumiem, że autorce zabrakło inwencji twórczej albo była zmęczona. A więc do rzeczy: Ava nie jest dobra dla skóry, mają tylko jedną linię z ecocertem. Dalej mamy kolejne błędy. Gdyby była rzetelna, to powinna napisać, że w Douglasie certyfikowane kosmetyki to marka własna sieci, która nazywa się Douglas Naturals (a nie samo Naturals, bo to nic nie znaczy). No i można było wspomnieć, że od niedawna w H&M jest linia kosmetyków z ecocertem (też marka własna), tym bardziej, że na zdjęciu jest ich produkt. Ale autorka pewnie nie wie, że jeszcze pół roku temu w H&M nawet nie wiedzieli, że będzie wkrótce taka linia (wiem, bo sama pytałam obsługę po obejrzeniu reklam linii na amerykańskich portalach).

Dalej jest zbrodnia, bo autorka do naturalnych kosmetyków zalicza Origins, która marką naturalną w ogóle nie jest. Po otwarciu ich pierwszego stacjonarnego butiku w Warszawie poszłam tam i obejrzałam wszystkie składy. Jedynym ewentualnie nadającym się kosmetykiem jest olejek do demakijażu. Ma składzie parfum (obstawiam, że sztuczny zapach, a nie olejki eteryczne), ale na końcu składu, więc ujdzie w tłoku. 

W tym samym akapicie mamy recydywę, czyli zbrodnia nr 2. Redaktorka pisze o niemieckiej marce Santaverde tak: "twórcy hiszpańskiej marki Santa Verde". Droga pani redaktor! Może chodziło o Santa Claus, przy czym w czerwcu jeszcze za wcześnie na mikołajowe prezenty, ewentualnie była pani na wakacjach w Costa Verde (region turystyczny w Hiszpanii). Bo czysty sok z aloesu, pochodzący z ekologicznych plantacji to znak rozpoznawczy niemieckiej marki Santaverde (którą zresztą bardzo lubię). Ale frau redaktor nie ma o tym bladego (żeby nie powiedzieć zielonego, bo to obraza eko) pojęcia. 

"Puder dla weganki" - a jeśli piekę właśnie indyka, to nie mogę używać pudru mineralnego?! Wymieniona kolorówka jest w porządku (Annabelle Minerals, Zuii i Emani). Trzeba było jeszcze wspomnieć o Felicei, która jest na zdjęciu. Zabrakło mi natomiast kluczowego stwierdzenia, czy eko makijaż się sprawdza? Czy puder dobrze kryje, a róż rozświetla? Bo to jest podstawowe pytanie dziewczyn, które chcą takie kosmetyki wypróbować. I nie mają ochoty brać przy tym odpowiedzialności za Burkina Faso, ale chętnie wezmą odpowiedzialność za matowe czoło, tusz, który nie robi pandy i błyszczyk, który nie zniknie po 2 minutach. 

Epilog
Wśród kosmetyków, które ilustrują artykuł są takie, które nie mają z ekologią nic wspólnego, za to mają kiepski skład. Oto one: krem do ciała The Body Shop, maska do twarzy Origins, krem do rąk Herbal Care Farmona. Nie widziałam składu olejku do twarzy Korres. Może być w porządku, biorąc pod uwagę, że trudno skopać mieszkankę olejową (o czym pani redaktor pewnie nie wie). Nie czytałam też składu maseczki L'Occitane, więc jej nie skreślam a priori.

Istne kuriozum stanowi mapka Afryki, która jest ilustracją Klorane. Może jest tak, że w redakcji Zwierciadła wiedzą, że Klorane to syf, a nie eko i dali tylko mapkę przedstawiającą "Afrykę z Wielkim Zielonym Murem", który biegnie przez sam środek Sahary. To trochę zawracanie kijem Wisły, jeśli spojrzeć na atlas. Sęk w tym, że nawet jeśli Klorane obsadzi cały afrykański kontynent, to ich kosmetyki nie staną się przez to eko. 










środa, 15 czerwca 2016

Aktualnie używam - pielęgnacja twarzy

Wreszcie znalazłam czas, żeby przysiąść i zrobić ten wpis. Już dawno chciałam się podzielić moimi wrażeniami z używanych obecnie kosmetyków do twarzy, ale cały czas coś mi przeszkadzało (głównie dziecko i praca;)). Najważniejsze, że w końcu się udało. Oto, czego aktualnie używam do pielęgnacji twarzy:

1. tonik santaverde z ekstraktem z kwiatu aloesu - zakochałam się w tej linii przez jej zapach. Jest inny niż niebieskiej do ciała, czy czerwonej do twarzy. Dlatego seria age protect jest wśród moich faworytów, nie tylko ze względu na mój własny wiek;) Tonik jest w atomizerze, więc można psikać bezpośrednio na twarz albo na wacik. Oba sposoby lubię, choć psikanie na twarz jest doznaniem wręcz niezwykłym podczas upałów. Tonik łagodzi drobne krostki i świetnie odświeża. Zero ściągniętej skóry, doskonale się wchłania. Używam na twarz i dekolt.

2. olejek santaverde age protect - kolejny produkt z mojej ulubionej serii. Olejek stosuję na noc. Jak widać na zdjęciu, niewiele go zostało i już zaczynam za nim tęsknić. To taki olejek, który skóra dosłownie pije. Oczywiście zostawia tłustą warstwę, ale i tak mam wrażenie, jakby tej tłustości było mniej niż w przypadku np. czystego oleju arganowego. Nie żałuję go sobie i stosuję od czoła po dekolt. Jeżeli zgrabnie nałożę pod oczy (czyli nie wsadzę sobie palca do oka), to rezygnuję wtedy z kremu pod oczy. Olejek jest na tyle łagodny, że z powodzeniem można go stosować pod oczy. Obu tych kosmetyków santaverde nie polecam małoletnim fankom kosmetyków naturalnych - nie są tanie, a poza tym jeszcze nie potrzebujecie anti age. Wszystkie inne w wieku 35+ powinny wypróbować przynajmniej jeden kosmetyk z tej serii (a potem pewnie same wrócą po następne). 

3. krem pod oczy tiisa - w pierwszej chwili nie wiedziałam, co jest nazwą, a co marką. Teraz już wiem, że tiisa to marka. Nie słyszałam wcześniej o niej i chyba nieprędko znów usłyszę, bo w sklepie biolander, skąd mam ten krem, już go nie ma w ofercie. A szkoda. Krem ma przyjemną bogatą, ale nie za tłustą konsystencję, delikatny zapach, higieniczny aplikator i mam wrażenie, że się w ogóle nie kończy. Używam i używam i nie widzę, ile jeszcze zostało, a on cały czas jest i jest. Szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż. Nic się na nim nie roluje.

4. krem nawilżający Lilla Mai - polska marka, w zasadzie manufaktura. W ofercie mają kilka kosmetyków ręcznie robionych. Krem jest fajny, ale jednak trochę za tłusty. Nie nadaje się pod makijaż, bo nawet po nałożeniu pudru mineralnego się świeci. Tłustość to pewnie zasługa olejku arganowego, ale dla mnie to też znak, że akurat w tym wypadku jest go trochę za dużo. Nie tego oczekuję od kremu nawilżającego. Myślałam, że będzie bardziej lekki. Gdyby nazywał się "odżywczy krem na noc" nie miałabym pretensji.

5. maseczka z kwasami REN - to miniaturka, ale z pewnością będę chciała pełnowymiarowe opakowanie. Kwasy w wydaniu skutecznym, ale nie żrącym. Maseczka zawiera kwas mlekowy, glikolowy, jabłkowy i cytrynowy. Nic nie szczypie, a widzę, że działa. Twarz jest rozjaśniona i wygładzona. Nie stosuję jej regularnie, bo nie mam na to czasu, ale za każdym razem, gdy mi się to uda, jestem zadowolona, bo od razu widzę efekt. Polecam.

6. pomadka do ust waniliowa whole foods - szczerze? Lepsza jest wersja miętowa. Jakaś mętna ta wanilia, choć myślałam, że będzie niezła. Pomadka tania jak barszcz, ale u nas niedostępna. Ale jeśli będziecie w USA, to koniecznie zajrzyjcie do sieci marketów ekologicznych ze zdrową żywnością i eko kosmetykami whole foods. Pomadki są przy kasie, kosztują coś ok. 1$ za sztukę. Pomadki do ust kupuję w hurtowych ilościach, bo używam wszędzie, kilkanaście razy dziennie albo i jeszcze więcej. Mam tu spore rozeznanie i np. lepszy whole foods niż droższy burt's bees (też tam dostępny). Jednak jeśli macie wybierać między różnymi smakami, to zdecydowanie polecam miętę. 

Jak widzicie na zdjęciu, nie ma tu nic do mycia twarzy i demakijażu. Bo te produkty nie zmieściłyby się na mojej pokazowej półce, a poza tym zasługują na osobną historię o oczyszczaniu i zmywaniu makijażu. A o tym już niedługo...