sobota, 23 lipca 2016

Prehistoria

Odkryłam niedawno swój własny stary artykuł, jaki ukazał się na portalu zeberka.pl kilka lat temu.

Po latach wydaje mi się zabawny, choć wiele rzeczy wciąż jest aktualnych. Możecie zobaczyć, jak wyglądały moje początki z kosmetykami naturalnymi, jak trudno było je dostać, wybór na rynku niewielki, zwłaszcza kolorówki. Moim sukcesem był wówczas tusz do rzęs bez parabenów.

Na portalu zeberka.pl był (nie wiem, może jeszcze nawet jest) cykl pod hasłem: "wasze kosmetyczki". Dziewczyny przysyłały zdjęcia swoich kosmetyków z opisem, dlaczego akurat te kosmetyki używają. Długo się zastanawiałam, czy w ogóle do nich napisać, ale w końcu sfotografowałam kosmetyki na pralce (tak, tak, białe tło to blat pralki - takie były moje początki zdjęć kosmetyków:)) i wysłałam do redakcji podpisując się moim drugim imieniem (Elżbieta), jakby to miało stanowić jakąś ochronę danych osobowych. Wiek podałam prawdziwy (!). 

Cały artykuł możecie znaleźć tutajKilka kosmetyków już zniknęło na rynku, innych już nie używam, są też takie, których trzymam się do dziś. Ale po kolei:

1. Biochemię Urody lubię cały czas, ale nie kupuje już olejku myjącego. Nie wiem, jak teraz, ale wtedy w zestawie był emulgator, który później uznałam za zbyt szkodliwy, żeby go używać i poszukałam innych produktów. Natomiast masła, oleje, czy hydrolaty z Biochemii Urody wciąż polecam. 

2. żel pod prysznic Calendula Babydream - był bardzo fajny, niestety zielonej serii Babydream już nie ma, a szkoda, bo to były niezłe produkty.

3. Bananowa odżywka The Body Shop to jeden z nielicznych produktów w ich ofercie, które są ok pod względem składu (nie licząć serii z ecocertem). 

4. Szampon Babydream - wciąż jest ok i wciąż jest do kupienia w Rossmannie.

5. kapsułki Dermogal - szczerze? już z nich wyrosłam, są fajne, ale zapach nie powala (żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie), a na rynku jest mnóstwo olejków do twarzy z pięknym naturalnym zapachem, więc jest w czym wybierać.

6. tisane - już go nie używam, bo ma w składzie propylene glycol, a balsamów do ust ze znacznie lepszym składem jest teraz bez liku.

7. diaderma Karotten Ol - to też moje początki z olejami do twarzy, ten był o tyle śmieszny, że barwił twarz na lekko pomarańczowo, a przy tym był strasznie tłusty, miał dość intensywny zapach, dziś nie jestem pewna, czy był faktycznie naturalny.

8. serum z witaminą C z Biochemii Urody - też znalazłam z czasem lepszy odpowiednik z USA, ręcznie robione, z prostym składem.

9. krem pod oczy Nutriganics The Body Shop - nie mam zastrzeżeń, ma certyfikat ecocert, wciąż jest dostępny.

10. krem Physiogel - nie wiem, co ma w składzie, już od dawna go nie używam, mam dużo lepsze eko kremy do twarzy, polskie i zagraniczne.

11. krem na słońce Babydream - przede wszystkim ma filtry chemiczne, więc dziś odpada, wtedy nie było łatwo o same minerały (były kremy z filtrem mieszanym - chemiczne i mineralne).

12. krem Diacneal - był świetny na pryszcze, ale Avene zaczęło przy nim majstrować i go ulepszać. Aktualna wersja Triacneal to już nie to samo.

13. krem Calendula Babydream - niestety wycofany z oferty Rossmanna, szkoda, bo miał cynk wysoko w składzie i bardzo go lubiłam.

14. olejek Babydream fur Mama - wciąż lubię ten zapach, używałam go wówczas, choć nawet nie planowałam ciąży, polecam bez względu na rosnący brzuszek.

15. arganowy krem do rąk Dr. Scheller - już go nie widzę w Polsce, czasami jakieś uszkodzone opakowanie w TK Maxx, był naprawdę niezły.

16. deodorant The Body Shop - też już go nie ma w ofercie, był bez parabenów, bez aluminium, ale cały skład nie był idealny.

17. perfumy Alberta Ferretti - do dziś pamiętam, jak je kupiłam na lotnisku w Mediolanie wracając ze służbowego wyjazdu. W Polsce do dziś ich nie ma, ale w międzyczasie poznałam zapachy niszowe i nie sądzę, żebym tę fiolkę do nich zaliczyła.

18. kredka cielista MAC - używałam jej jeszcze do niedawna, skład daleki od ideału, ale miękka, świetna jako korektor punktowy i do linii wodnej oka. Jednak do rozjaśniania spojrzenia odkryłam ostatnio żółtą kredkę Zuii, więc cieszę się, że jest godny następca.

19. kredka do brwi MAC - już nie używam, aktualnie wspomagam się brązowym cieniem, ale dowiedziałam się o nowej kredce do brwi Felicea i zamierzam ją nabyć (słyszałam, że jest miękka, a na takiej mi zależy).

20. błyszczyk do ust bezbarwny Smashbox, który wydobywa naturalny kolor - już nie moja bajka, od dawna nie używam.

21. podkład Toleriane La Roche Posay - kiedyś ten skład wydawał się przyzwoity, dziś mam bardziej wyśrubowane standardy, a poza tym jest dostępna eko kolorówka, nie tylko minerały.

22. puder bambusowy z Biochemii Urody - jeden z lepszych matujących pudrów, jaki kiedykolwiek miałam. Polecam do dziś. 

23. róż (pseudo)mineralny Maybelline - linia wycofana, chyba za wprowadzanie błąd konsumentki, że to było sprzedawane jako kosmetyki mineralne, a minerałów tam chyba w ogóle nie było, ewentualnie jakieś śladowe ilości.

24. lakier Chanel nr 18 - od 20 lat go uwielbiam (tak, tak, pojawił się na rynku w 1996 roku, dokładnie pamiętam, jak go kupiłam po raz pierwszy). Skład oczywiście beznadziejny, ale ten odcień jest nie do podrobienia. Nie używam go rzadko, więc się tak bardzo nim nie truję. 

25. lakier Inglot - to można powiedzieć ekologiczna marka lakierów do paznokci, już od dłuższego czasu chwalą się, że nie używają w lakierach do paznokci formaldehydu, toluenu, kamphory i innych typowych dla tego typu produktów toksycznych składników.

26. tusz do rzęs Maybelline - w czasach, gdy Lancome, Dior i inne tusze miały po 5 parabenów, ten nie zawierał ich w ogóle. Oczywiście są sztuczne woski, ale z naturalnym tuszem nie jest łatwo. Żaden eko nie pomaluje mocniej rzęs.

27. maseczki z aspiryny używam cały czas, w niezmiennej formule.

Co ciekawe (zwłaszcza dla znajomych dziewczyn z portalu wizaż.pl), ten artykuł był dla mnie inspiracją do założenia niedługo potem wątku o kosmetykach ekologicznych na forum, który dziś doczekał się już 12-tej części i wciąż zyskuje nowe czytelniczki. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy:)






środa, 20 lipca 2016

Nowości od Felicea

Cieszę się, że przybywa ekologicznej kolorówki. Jeszcze parę lat temu nie było praktycznie wyboru. Moim sporym osiągnięciem było znalezienie tuszu do rzęs bez parabenów i odkrycie pudru bambusowego (do dziś uważam, że nic lepiej nie matuje). 

Teraz mamy nie tylko zagranicznych dystrybutorów, ale i polskie marki. Jedną z nich jest Felicea. Do tej pory używałam ich błyszczków. Moim ulubionym jest różowy. Już kilka osób się o niego pytało, więc z przyjemnością odpowiadałam, że to eko.

Teraz będę testować pierwszy znany mi ekologiczny puder w kamieniu. Wiele z nas już się przyzwyczaiło, że ekologiczna kolorówka to przede wszystkim sypkie minerały. Ja zawsze szukałam dalej, bo od samego początku nie pasował mi np. korektor pod oczy w proszku. A jak się chce, to się znajdzie.

Teraz spodobał mi się puder w kamieniu w prawdziwej puderniczce z lusterkiem, co też było rzadkością. Z tego właśnie powodu żałuję, że nie ma lusterek w różu i cieniach do powiek, które też są nowością. 

Puder ma uniwersalny kolor i jest dobry do wykończenia makijażu. Róż w odcieniu ceglanym stosuję oszczędnie (na zdjęciu kolor jest bardziej nasycony niż w rzeczywistości). Jestem ostrożna z tym kolorem. Poszaleć mogę z różem, ale z kolei taki koralowy lepiej modeluje. 

Jasny cień jest świetny pod łukiem brwiowym. Na szczęście nie jest perłowy. Myślę, że bardziej uniwersalne kolory to będzie egzotyczna pistacja i złota czekolada - może takie duo w kolejnej odsłonie?


piątek, 15 lipca 2016

Melonowy mokosh

Niektórzy narzekają, że kosmetyki ekologiczne mają nieciekawe zapachy, że naturalny zapach nie jest atrakcyjny i przegra z tym dopracowanym chemicznie. Dziś chciałam zadać kłam tym twierdzeniom oczarowana melonowo-ogórkowym aromatem balsamu do ciała mokosh.

Znałam te kosmetyki już wcześniej, używałam m.in. olejku pomarańczowego do ciała i byłam z niego zadowolona. Wiedziałam, że szykują się nowe produkty, które będą miały też nowe zapachy. Wybrałam wersję świeżą melonową, bo uznałam, że na lato będzie pasować. Nie pomyliłam się.

Zapach jest urzekający, świeży, poranny, zupełnie nie... naturalny. Nie zrozumcie mnie źle. Taki zapach można z powodzeniem zamknąć w mgiełce do ciała, czy letnich perfumach, nie wspominając nic o eko składnikach. Wiele osób zarzuca kosmetykom ekologicznym, że naturalne nuty zapachowe nigdy nie będą tak doskonałe, jak te dopracowane chemicznie, że jest różnica, że to jednak pachnie inaczej, że nie da się zrobić naprawdę fajnego naturalnego zapachu. Jednak da się.

Sam w sobie balsam do ciała jest świetny. Konsystencja w sam raz - nie za tłusta, nie za lekka. Dobrze się wchłania, choć zostaje przez chwilę cienka tłusta warstwa. Nie przeszkadza mi to, bo jestem przyzwyczajona do tłustych olejów i zwykle czekam chwilę, zanim się ubiorę. Wróćmy jednak do głównej atrakcji balsamu, czyli zapachu.

Jest świeżo, subtelnie, nie dusząco i pachnąco. Mnie ten zapach skłania do tego, aby od razu użyć balsamu do ciała. Powoduje to oczywiście, że w szybkim tempie znika on ze słoiczka. Używam go namiętnie jako kremu do rąk w ciągu dnia, a po kąpieli smaruję całe ciało. Do końca lata słoik na pewno nie przetrwa...





środa, 13 lipca 2016

Aktualnie używam - prysznic

Pod prysznicem u mnie lato - kwiatowo, aloesowo i... przeciwłupieżowo;)

Latem nie lubię tłustych peelingów i masek do włosów. Ma być lekko i świeżo. Nie siedzę w wannie, tylko biorę szybki prysznic, więc tym bardziej zależy mi na kosmetykach, które się do tego rytmu dopasują.

W mojej łazience aktualnie jest kilka nowości - przynajmniej dla mnie, bo nie są to nowości rynkowe, ale ja używam po raz pierwszy. Odkrywanie nowych eko kosmetyków cieszy mnie niezmiernie i jeśli ktoś twierdzi, że na rynku jest mały wybór ekologicznych kosmetyków, to proszę o kontakt, a wskażę całe kontenery naturalnych produktów.

Zacznę od różanej nowości, czyli odżywki do włosów Dr. Organic. Nie znając wcześniej zapachu tej linii, już mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać - cudnej róży w świeżym wydaniu, żadne tam duszące i mdłe różane płatki, tylko wspaniały zapach, który urzeka w chwili nakładania produktu. Odżywka jest lekka, nie obciąża włosów, łatwo się rozprowadza i delikatna woń róży zostaje na włosach. Wprawdzie nie na długo, ale na 2-3 godziny, przynajmniej w moim przypadku. 

Szampon to moja kolejna nowość. Wizyta u fryzjera (który nie jest ekologiczny niestety, ale ma dobre nożyczki) sprawiła, że miałam podrażnioną i swędzącą skórę głowy. Szampon przeciwłupieżowy Lavery zaradził temu od pierwszego użycia. Ma konsystencję galaretki, ale dobrze się rozprowadza i wbrew pozorom całkiem nieźle pieni. Zapach lekko ziołowy, szybko ulatuje. Szampon zawiera wyciąg z Neem (miodli indyjskiej), który jest zbawienny dla włosów. Wiem, że włosomaniaczki wcierają neem we włosy i przynosi to bardzo dobre efekty odżywcze dla włosów. Jednak samego olejku neem nie lubię wcierać we włosy, bo jest dla mnie za tłusty, więc tym bardziej spodobał mi się ten składnik w szamponie. To nie jest mój pierwszy szampon z Lavery, ale nie miałam wcześniej żadnego leczniczego. Nie zawiodłam się i z czystym sumieniem ( i głową) polecam na problemy skóry głowy.

Żel pod prysznic Santaverde, można powiedzieć, że ma swoje stałe miejsce w mojej łazience. Uwielbiam go, chętnie do niego wracam, jest świetny do całego ciała. Doskonała konsystencja, słodki zapach, ekologiczny aloes, naprawdę nawilża skórę. Minusów brak. Myję nim także czasami twarz jak się spieszę i też się sprawdza. Koleżanka poleciła mi go ostatnio jako szampon do włosów. Nie próbowałam jeszcze takiego użycia, ale wszystko przede mną. 

Pod prysznicem stoi też tubka z peelingiem do ciała Lavery. To lekki peeling, który używam co kilka dni zamiast żelu pod prysznic. To nie jest ostre ścieranie, tylko takie mizianie delikatne. Taki produkt lubię właśnie latem. To kosmetyk do stosowania regularnego, ale nie na twarde pięty, czy łokcie. Peeling Lavery jest raczej do podtrzymania wypracowanego efektu (gładkiej skóry) niż do szorowania. To kolejny kosmetyk o bardzo przyjemnym, lekko miętowym naturalnym aromacie, który zadaje kłam tezie, że eko kosmetyki mają słabe zapachy. Przy tych kosmetykach te chemiczne pachną jak tandetne odświeżacze do toalety. 





wtorek, 5 lipca 2016

Przegląd prasy: Weranda Country lipiec 2016

W lipcowym numerze Weranda Country znajdziecie moje dwa artykuły o kosmetykach.

Pierwszy dotyczy słońca i kremów z filtrem. Przypominam w nim podstawową różnicę między filtrami chemicznymi, które pochłaniają promieniowanie słoneczne a filtrami fizycznymi, które odbijają słońce niczym lustro. 

Pochłanianie promieniowania słonecznego oznacza, że w naszej skórze zachodzi proces, którego skutki mogą być bardzo szkodliwe. Wciąż trwają badania nad tym, jak filtry chemiczne oddziałują na naszą skórę. Niektóre z tych badań dowodzą, że chemiczne filtry mogą być rakotwórcze. A już na pewno niszczą rafy koralowe. W jaki sposób? Wystarczy, że koło rafy pływają nurkowie posmarowani chemicznym kremem z filtrem. Dla mnie to przekonujący dowód na to, żeby nie używać filtrów chemicznych, tylko mineralne.

Drugi artykuł jest o tym, jak spakować letnią kosmetyczkę. Lubię kosmetyki wielofunkcyjne, które mają kilka zastosowań, więc są szczególnie przydatne w podróży. Latem pakuję żel aloesowy (podobnie jak w zeszłym roku niezawodny Santaverde), który jest świetny po opalaniu i na komary. Do mycia zabieram zwykle kosmetyki dla dzieci (najbardziej lubię płyn do mycia Pat&Rub Sweet), które nadają się dla całej rodziny. 

Ale nie będę tutaj streszczać artykułów, tylko zachęcam do lektury:)


niedziela, 3 lipca 2016

Uwaga na "naturalnie piękna, inspired by"

Dziś nie będzie żadnej ilustracji. Będzie za to link: naturalnie piękna, inspired by

Zwróciła mi na niego uwagę Anula z bloga naturalna zakupoholiczka - która podobnie jak ja, używa naturalnych kosmetyków i nie znosi podróbek eko produktów. 

Od pewnego czasu modne są tzw. boxy, pudełka, czy jak je tam nazwiemy. Chodzi o przesyłki z kosmetykami. Zasada jest taka, że płacimy np. 80 zł za pudełko, w którym dostaniemy kosmetyki o wartości np. 150 zł. Haczyk polega na tym, że nie mamy wpływu na zawartość pudełka. Dla kobiet lubiących kosmetyki (czyli 99% kobiet) to nawet ekscytujące, bo dostajemy np. raz w miesiącu (częstotliwość można sobie wybrać) przesyłkę-niespodziankę z kosmetykami które możemy wypróbować, nowych wchodzących na rynek firm, czy niszowych marek. Nie mam nic do tych pudełek, o ile nie reklamują się, że ich zawartość to TYLKO naturalne kosmetyki. Bo wówczas mamy 2 warianty:
1. ktoś się świetnie zna na kosmetykach i faktycznie wybiera tylko te z dobrym składem, albo
2. ktoś nie ma pojęcia o kosmetykach ekologicznych, ale uważa, że to chwytliwy PR, a jeśli na opakowaniu jest zielony listek, to do naturalnego pudełka się nadaje.

W wymienionym powyżej linku mamy do czynienia z wariantem nr 2. Dlaczego?

Dostajemy taką informację: "Pudełko wypełnione po brzegi naturalnymi produktami kosmetycznymi najlepszych marek". Więc ja sobie przejrzałam te marki, bo strona jeszcze mnie zachęca tekstem "zobacz, co Cię ominęło". 

Faktycznie, kilka marek jest naturalnych, ale zostały umieszczone w jednym miejscu z innymi produktami, które eko w ogóle nie są. Na dodatek stosują toksyczne składniki, które są podejrzewane o działanie rakotwórcze. Oto niektóre z nich:
1. Klorane - to nie jest naturalna firma, sam fakt, że jest sprzedawana w aptekach wcale o tym nie przesądza. 
2. Oillan - akurat produkt z pudełka ma przyzwoity skład, ale cała marka naturalna nie jest, bo np. w składzie płynu do kapieli dla dzieci jest PEG, który w kosmetykach naturalnych jest niedopuszczalny.
3. Labrayon - zadałam sobie trud, żeby poszukać przykładowego składu szamponu i znalazłam: SLS (agresywny składnik myjący), Cocamide DEA (rakotwórczy środek pianotwórczy), Methylisothiasolinone (składnik z rekomendacją unijnej agendy, żeby firmy go eliminowały ze swoich produktów, bo jest szkodliwy)
4. Pilomax - polska firma, która ma przestarzałe składy, z przestarzałymi konserwantami typu DMDM Hydantoin, który uwalnia rakotwórczy formaldehyd.

Tyle wystarczy. Szkoda w tym sąsiedztwie korektora Pixie Cosmetics, balsamów Sylveco, czy produktów z Ministerstwa Dobrego Mydła - te firmy znam, używałam i z czystym sumieniem polecam jako kosmetyki naturalne. 

Całe szczęście, że "naturalnie piękna, inspired by" zamieściła "co mnie ominęło", bo dla fanek kosmetyków naturalnych to idealny przewodnik, żeby wiedzieć, co omijać. A to pseudo naturalne pudełko radzę omijać szerokim łukiem.