wtorek, 30 sierpnia 2016

Nowość: Juice Beauty

Juice Beauty to amerykańska marka, którą wspiera wizerunkowo ekologiczna wariatka Gwyneth Paltrow. Piszę to w pozytywnym znaczeniu, bo lubię tę aktorkę - A Perfect Murder i Sliding Doors wręcz uwielbiam! Nie zmienia to faktu, że jest ortodoksyjnie ekologiczna. To ona wywołała burzę w Stanach mówiąc, że od szamponu można dostać raka. Zgadzam się z nią po części, ale nie wygłaszam publicznie tego typu stwierdzeń, bo to nie przysporzy osób, które zaczną używać eko kosmetyków, tylko może wywołać efekt wręcz odwrotny. 

Wracając do tematu, marka Juice Beauty weszła oficjalnie do Polski. Sprowadził ją Warsztat Piękna i chwała mu za to. Nie miałam z tymi kosmetykami wcześniej do czynienia i postanowiłam od razu rzucić się na głęboką wodę. Wybrałam pielęgnację trądzikową (trądzik w różnych fazach rozwoju mam nieustannie). Jest fajny zestaw małych pojemności, aczkolwiek stosując już trochę te produkty, muszę przyznać, że mała pojemność w tym przypadku to nie jest próbka, która się szybko kończy, ale zestaw, który wystarcza naprawdę na długo. 

Pierwszy jest cleanser, czyli żel do mycia twarzy. Najpierw trzeba zmyć dokładnie makijaż, bo to się nie nadaje do demakijażu, zwłaszcza oczu. Żel jest lekki, trochę lejący, ale zaskakująco dobrze się rozprowadza i łagodnie oczyszcza. Stosuję na twarz i szyję (oczy oczywiście omijam, ale jak coś się dostanie w okolice, to nie szczypie). 

Drugi produkt w kolejce do nakładania to serum. Jest dość lejące, więc trzeba uważać, żeby nie uciekło z tubki (normalna pojemność ma wygodną pipetę). Rano stosuję pod krem, a wieczorem zamiast kremu na noc. Zarówno żel, jak i serum mają ziołowo-brązowy kolor. Nie należy się tym zrażać, bo brak sztucznych barwników nie powinien nam przesłaniać antytrądzikowego działania. A działanie jest. Skóra po tych dwóch produktach jest oczyszczona, pojawia się mniej zaskórniaków. 

Na dzień, gdy serum już się wchłonie, nakładam krem nawilżający. Pierwszy raz spotkałam się z taką konsystencją. Wygląda jak zbity krem, ale mam wrażenie, że pęcznieje w dłoni i wystarczy zaskakująco niewielka ilość na twarz i szyję. W pierwszej chwili się klei, a potem ten klej błyskawicznie znika i można robić makijaż. Krem jest bez zapachu i dobrze.

Na koniec maseczka green apple peel. Tu szczypie, ale przyjemnie. Czuję działanie kwasu jabłkowego. Coś fantastycznego. Maseczkę trzymam 10 minut i zmywam dołączonym mini ręcznikiem. I faktycznie widzę poprawę, jeśli chodzi o oczyszczanie cery. Nie pojawiają się zaskórniaki i nawet gdybym chciała coś na siłę poszukać, to nie widzę. W końcu doprowadziłam cerę do takiej postaci, że w ramach makijażu używam wyłącznie pudru rozświetlającego. Korektorem nie ma czego maskować. 

W kuracji pomaga również aspekt finansowy - kosmetyki są drogie, więc powstrzymuję się od samodzielnego wyciskania pryszczy, bo szkoda w ten sposób niwelować efekt działania kosmetyków. Tym samym pozbyłam się niedobrego nawyku dotykania twarzy i szukania palcami zaskórniaków. Brawo ja!





poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Przegląd prasy: Kaleidoscope sierpień 2016

To magazyn rozdawany na pokładzie samolotów LOT. Jakieś było moje zaskoczenie, gdy ujrzałam tam artykuł o kosmetykach ekologicznych. Napisała go Joanna Winiarska (dział urody Glamour). 

Tekst nie jest zły sam w sobie. Jest wiele przydatnych informacji. Podoba mi się tytuł "slow beauty". Jest wyjaśnione, że trzeba czytać listę składników, ale już na drugiej stronie autorka się gubi, nie wie, o czym pisze, co niestety widać. Mam też zastrzeżenia co do zdjęć kosmetyków - nie wszystkie są eko.

Przede wszystkim to nie jest prawda, że zadaniem kosmetyków eko nie jest błyskawiczne poprawienie stanu skóry. Dobry balsam do ciała, oparty o masło shea działa od razu i nie potrzebuje tygodni, aby nawilżyć i odżywić skórę.

Jest tam też bzdurne stwierdzenie, że Ministerstwo Dobrego Mydła jest właścicielem receptury oleju z pestek śliwki i nasion malin. Oni po prostu sprzedają te oleje, to są czyste oleje z tłoczni, na które nie potrzeba żadnej receptury. 

Redaktorka pogubiła się także w kwestii kosmetyków mineralnych. Tym mianem określa się zwykle sypką kolorówkę, a nie minerały z Morza Martwego. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto mówiąc o kosmetykach mineralnych ma na myśli coś innego niż kosmetyki do makijażu. 

Jeśli chodzi o przykłady produktów na zdjęciach to eko marką nie jest na pewno Rene Furterer i maska karite nie powinna się znaleźć w tym gronie (zielony słoiczek zdecydowanie nie wystarczy, by być eko). Nie jest też do końca eko marka -417. Bez parabenów i oleju mineralnego nie oznacza jeszcze naturalne. Poszukałam składów w internecie, co łatwe nie jest, bo na stronie producent ich nie podaje (to dla mnie domniemanie, że ma coś do ukrycia). Jednak udało mi się znaleźć skład kremu do stóp tej marki - jest propylene glycol, triethanolamine i dimethicone (silikon). To wyklucza bycie kosmetykiem naturalnym. Nie znalazłam niestety składu serum pod oczy prezentowanego w artykule, ale biorąc pod uwagę tamten skład, nie spodziewam się niczego znacznie lepszego. Avene też nie jest eko marką, jednak prezentowany jest puder bez filtrów chemicznych, co jest plusem. Musiałabym zobaczyć cały skład INCI. Może być w porządku, ale może być np. chemiczny zapach.

Na koniec ramka "co musisz wiedzieć o kosmetykach ekologicznych", która nie ułatwia, ale zniechęca do sięgnięcia po eko kosmetyki. Kontrowersyjne zapachy to stereotyp, który konsekwentnie obalam. Polecam balsam do ciała o zapachu róży marokańskiej - pani redaktor padłaby z wrażenia, że to też eko i czym prędzej usunęła to zdanie.

Żadne kosmetyki nie dają spektakularnych efektów (od tego jest chirurg plastyczny;)) Prawdą jest natomiast, że mają krótsze terminy ważności, bo leżenie latami na półkach sklepowych wymaga odpowiedniego nafaszerowania konserwantami. 

Nie jest prawdą, że eko kosmetyki się nie pienią. To kolejny mit. Tak było lata temu. Teraz pienią się tak samo, jak te chemiczne, tyle że bez rakotwórczej piany. Pani redaktor nie używała również porządnych ekologicznych odżywek do włosów, skoro uważa, że po umyciu kosmetykami ekologicznymi, włosy mogą być szorstkie w dotyku. Jako wieloletnia użytkowniczka eko szamponów i odżywek zdecydowanie zaprzeczam. Są na rynku też takie odżywki, które pozostawiają włosy wyjątkowo miękkie. 

To prawda, że silikony wygładzają skórę, ale dobre receptury eko kosmetyków też potrafią zdziałać cuda i pozostawić skórę gładką i miękką. 

Podsumowując, artykuł w połowie jest przydatny, a w połowie wprowadza w błąd. Szkoda, bo dobry artykuł mógłby zachęcić do stosowania eko kosmetyków osoby, które ich jeszcze nie znają, a tak dadzą sobie spokój, skoro eko kosmetyki nie mają ładnych zapachów i nie oferują porządnej odżywki do włosów. 










piątek, 26 sierpnia 2016

Czerwony Vianek

Vianek to kolejna marka z jednej firmy - Sylveco. Dobre polskie kosmetyki w przyzwoitej cenie. Tym razem biorę na tapetę balsam i peeling do ciała z serii ujędrniająco-wygładzającej. Szczerze? Nie spodziewam się szczególnie efektu ujędrniającego, bo ten zapewniają pływanie, przysiady i ewentualnie szorowanie ostrą szczotką pod zimnym prysznicem. Ale patrzyłam, czy będzie gładkie ciało, zwłaszcza po peelingu. Było gładkie. 

Peeling jest ze zmielonymi pestkami malin. I tu od razu przejdę do efektów ubocznych. Peeling ma czerwony kolor i niestety ten kolor zostaje najpierw na skórze, a gdy chcę się go faktycznie pozbyć, to da się, z tym, że czerwień przenosi się na ręcznik. Próbowałam zmyć dokładnie wszystko wodą pod prysznicem, ale ręcznik za każdym razem po użyciu peelingu był czerwony. Na szczęście wszystko się spiera (w temperaturze 60 stopni). Jednak używam wyłącznie białych ręczników i nie lubię, gdy po jednym użyciu nadają się tylko do kosza z brudną bielizną.

Jak na peeling to słoiczek ma małą pojemność (150 ml) i szybko się kończy, ale płakać za nim nie będę, tym bardziej, że prawie w każdej innej serii Vianek oferuje inny peeling do ciała. Miałam okazję wypróbować jeszcze wersję fioletową (kojąco-wygładzający) i tamten jak dla mnie ma bardziej przyjemny zapach i nie zostawia żadnych kolorowych plam ani na ciele, ani na ręczniku.

Balsam do ciała, w przeciwieństwie do peelingu ma dużą pojemność, jak na tego typu produkt (300 ml). Dość łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Zapach (podobnie jak peelingu) nie jest moim faworytem, ale i nie przeszkadzał mi na tyle, żebym nie mogła używać tego kosmetyku. Poza tym szybko się ulatnia. Nawilża, nadaje się do codziennego stosowania jako balsam odżywczy. Ale żeby zmniejszać objawy cellilutu w pierwszym stadium? Ja nie wiem, jakie ja mam stadium, ale to ewidentnie stadium w średnim wieku. Poza tym nie oglądam tego procesu zbyt wnikliwie, żeby się nie stresować. Tak, jak w przypadku ujędrniania - z pewnością działanie balsamu wspomagać będą przysiady. Zalecam kontynuować przysiady, nawet po skończeniu balsamu;)


środa, 24 sierpnia 2016

Przegląd prasy: amerykańskie ELLE lipiec 2016

Oto fantastyczny przykład rzetelnego dziennikarstwa zza oceanu. W lipcowym numerze amerykańskiego ELLE jest świetny artykuł o eko kosmetykach. 

Już 10 lat temu redakcja ELLE zaczęła przyznawać nagrody najlepszym kosmetykom naturalnym. U nas 10 lat temu dziennikarki nawet nie wiedziały, że takie kosmetyki w ogóle istnieją, ewentualnie pisały jako ciekawostkę, jak sobie w kuchni ukręcić krem. Ok, nie winię ich za to, bo sama wiem, jak trudno było wówczas sprowadzać kosmetyki naturalne, głównie przez zagraniczne sklepy internetowe. Ale od osób piszących artykuły do prasy wymaga się więcej - przede wszystkim researchu, a potem rzetelnej i merytorycznej publikacji, bo czytelnik chce się dowiedzieć czegoś nowego.

Amerykańskie dziennikarki cały czas się kształcą i przyznają w tym artykule, że kiedyś trzeba było szukać firm, które produkują prawdziwie naturalne kosmetyki (obawiam się, że nasze dziennikarki niestety nie czytają składów, co widzę po kosmetykach, jakie ilustrują ich publikacje). W lipcowym numerze redakcja ELLE prezentuje wyższą półkę kosmetyków naturalnych (czyli to, co najbardziej lubię). Podkreślają, że kosmetyki są bardziej wyrafinowane, jest większy wybór, lepsza jakość i pokazują najlepsze eko kosmetyki wybrane przez panel ekspertów, do makijażu, do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. I co najważniejsze - wszystkie mają dobry skład.

Co daje ten artykuł? Oczywiście rozeznanie rynku. Choć nie wszystkie z prezentowanych kosmetyków są dostępne w Polsce, to warto zapoznać się z niektórymi nieznanymi (przynajmniej dla mnie) markami i je zapamiętać na przyszłość. 
Kilka z nich można u nas kupić:
- ILIA w Organicall i Rose Town
- Physicians Organic Formula w internetowym Douglasie
- Tata Harper, Juice Beauty, Rahua w Warsztacie Piękna
- Weledę chyba wszyscy używający kosmetyków naturalnych znają:)

Chciałam też zwrócić uwagę na końcówkę artykułu - Co sprawia, że kosmetyk zostaje "Green Star"?
Każdy z kosmetyków prezentowanych w tym artykule na łamach ELLE musi być bez parabenów, ftalanów i SLS-ów. Ponadto przy produkcji kosmetyków nie wolno naruszać równowagi ekologicznej, co jeszcze szczególnie ważne np. przy produkcji oleju palmowego (tu nie chodzi tylko o eko surowiec, ale też o to, żeby nie niszczyć przy okazji środowiska naturalnego i całego ekosystemu). Kosmetyki nie mogą też zawierać pochodnych ropy naftowej.

Jednym słowem świetnie przygotowana publikacja, wszystkie prezentowane kosmetyki spełniają te kryteria. Podoba mi się też hasło: przechodzenie na kosmetyki naturalne nie oznacza, że mamy chodzić bez makijażu.

Polskie dziennikarki piszące o urodzie - uczcie się od najlepszych!









niedziela, 21 sierpnia 2016

Marokańska róża REN Skincare

REN Skincare to wyższa półka kosmetyków ekologicznych. Nie ma ich w popularnych drogeriach internetowych. W Polsce są do nabycia tylko w perfumerii Galilu - stacjonarnie w Warszawie, Krakowie i Gdańsku, a także przez ich stronę internetową. To niszowa perfumeria, która ma w ofercie także kilka marek eko, choć tego nie podkreślają.

Znam tę markę jeszcze zanim się pojawiła w Polsce. Strona w Wielkiej Brytanii wysyła także do Polski. Kosmetyki są drogie, rzadko goszczą w mojej łazience, ale zdecydowanie są warte swojej ceny. Tym razem chciałam Wam pokazać krem do ciała ujędrniający o zapachu marokańskiej róży.

Ten zapach uwodzi od pierwszego powąchania. To nie jest jakaś tam róża z kwiaciarni, czy popularna w hydrolatach róża bułgarska. To głęboki różany zapach, który kojarzy mi się z ciepłym zachodem słońca. Nie byłam w Maroko, ale tak sobie wyobrażam zapach tamtejszego wieczoru. Róża jest olejkowa, intensywna, południowa, ale nie dusząca. Zapach długo utrzymuje się na ciele, więc można potraktować ten krem jak perfumy.

Kojarzycie kremy do ciała perfumowane z tej linii zapachowej, co perfumy? Wiele producentów perfum ma je w ofercie, z tym że normalnie są to beznadziejne i uczulające balsamy oparte o parafinę, parabeny i ftalany (jakoś ten zapach trzeba utrzymać). W przypadku REN jest zupełnie inaczej - nie dość, że rewelacyjnie odżywczy skład, to jeszcze piękny naturalny różany zapach. Naturalność zapachu gwarantuje producent, który podkreśla na opakowaniu, że zapach jest w 100% pochodzenia naturalnego, czyli żadnych syntetycznych dodatków. To nie jest wcale takie oczywiste nawet w kosmetykach naturalnych, bo znam wiele firm z dobrym składem, które mają sztuczne zapachy (np. babydream z Rossmanna). 

Konsystencja jest bogata, gęsta. Za pierwszym razem nałożyłam zbyt wiele balsamu i zostały białe smugi, które na szczęście się wchłaniają po jakimś czasie (nie śmiałabym wycierać nadmiaru ręcznikiem, bo po prostu szkoda by mi było tego kremu). Jest tak, jak pisze producent - to jest bogaty krem do ciała. 

Krem odżywia i wygładza. Jeżeli lubicie różane aromaty, to warto sprawić sobie taki prezent. Słoiczek starcza na długo, co rekompensuje wysoką cenę. Jeden taki kosmetyk w zupełności zaspokoi apetyt na różany zapach. Ja właśnie się nim delektuję.




sobota, 20 sierpnia 2016

Moje nowości - atw beautylab

O tej firmie kilka razy już słyszałam, zdjęcia kosmetyków przewijały mi się w internecie na różnych forach. W końcu postanowiłam się z nią zapoznać. 

Lubię polskie marki i cieszy mnie, że na rynku kosmetyków naturalnych jest ich coraz więcej. Nie mam pojęcia, co znaczy skrót atw. Nie jest to może najszczęśliwsze rozwiązanie, ale w końcu liczy się skład, który w tych produktach jest jak najbardziej w porządku. Minusem jest tu jednak to, że nie znalazłam listy składników na stronie internetowej. Dla firmy produkującej kosmetyki naturalne to powinna być podstawa. Deklaracje, czego kosmetyk nie zawiera to jedno, a lista składników to drugie. Ja zawsze czytam listę INCI i chcę mieć do niej dostęp.

Mam dwa produkty od atw beautylab - płyn do higieny intymnej i peeling do twarzy.

Płynów do higieny intymnej nie ma sporo na rynku eko kosmetyków. Tym bardziej cieszę się, że ten jest naprawdę dobry. Delikatny, wygodny w użyciu (pompka, która w tego typu produktach jest dla mnie niezbędna), dobry skład, nic nie podrażnia, ma nienachalny delikatny zapach. Niczego innego od płynu do higieny intymnej nie oczekuję. Mam też dla niego jeszcze jedno zastosowanie. Czasami myję nim twarz i też doskonale się sprawdza. 

Peeling do twarzy ze skałką wulkaniczną - nie wiem, dlaczego nazywa się profesjonalny. Nie widzę w nim nic niezwykłego, w sensie profesjonalnego, w odróżnieniu hmmm.... no właśnie, od czego? Czy to produkt używany w gabinetach kosmetycznych? Czy inne peelingi są amatorskie? No dobra, nie będę się znęcać dalej nad nazwą.

To delikatny peeling, który w mojej ocenie mógłby mieć trochę mniej intensywny zapach (to wzbudza moje wątpliwości co do naturalności tego zapachu, ale niczego nie przesądzam). Drobinki do twarzy są w sam raz, nie za drobne, ale i nie za ostre. Twarz po użyciu nie jest ściągnięta, ani zaczerwieniona. Faktycznie nawilża, co do tej pory wydawało mi się niemożliwe, jeśli chodzi o peeling. Nie zauważyłam jednak jakiegoś spektakularnego wygładzenia, a drobne krostki nie zniknęły. 

Jeśli miałabym ponownie sięgnąć po któryś z tych produktów, to na pewno będzie to płyn do higieny intymnej. Wpisuję ten płyn na listę moich ulubieńców kosmetycznych. 


A tak wygląda skład żelu do higieny intymnej:


czwartek, 11 sierpnia 2016

Co zabrałam na wakacje w tym roku?

Wakacje z dzieckiem to zupełnie inne pakowanie niż wakacje tylko dorosłych. Małe dziecko wymaga  zabrania wielu rzeczy, więc trzeba nauczyć się pakować kompaktowo. To samo dotyczy szczególnie kosmetyków, bo kilka małych buteleczek mało nie waży i nagle kosmetyczka robi się (nie wiadomo jakim cudem) bardzo ciężka.

Chciałbym Wam pokazać kilka kosmetyków, które zabrałam ze sobą na wakacje. Oczywiście to nie jest cała moja letnia kosmetyczka, ale te produkty, które nadają się zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Są wielofunkcyjne i nie obciążają nadmiernie bagażu. Można ich używać na różne sposoby i nadają się dla wszystkich członków rodziny. Żaden nie ma intensywnego zapachu, co latem postrzegam jako zaletę. Wolę morską bryzę i jod nad morzem.

Oto mój letni multifunkcyjny niezbędnik:

1. pianka do mycia ciała mikkolo NOVA - fantastyczna kremowa pianka do mycia. Zwykle pianki są lekkie i mam wrażenie, że uciekają mi w rękach zanim zdążę się umyć. Z tą jest inaczej - nie wiem, w czym tkwi sekret tej konsystencji, ale jest obłędnie kremowa, czyli wiem, że coś konkretnego nakładam na dłoń, a po chwili miękko rozprowadza się po całym ciele. To był przebój tegorocznych wakacji wśród wszystkich członków rodziny, starczyło dla mamy, taty i dwóch dziewczynek. Starsza (9-latka), która nie zawsze lubi prysznic, tym razem była co wieczór pierwsza w kolejce, żeby tylko móc jej użyć. Pianka cieszyła się takim powodzeniem, że skończyła się wraz z końcem naszego wyjazdu. Piankę mam stąd.

2. krem dla dzieci calendula Weleda - klasyka gatunku i klasyka kosmetyków eklogicznych. Używam tego kremu od urodzenia Tosi. Jest świetny dla niemowlaków, ale również dla mnie. Jest gęsty, ale niezbyt tłusty. Dla mnie świetny pod oczy, dzięki czemu nie musiałam brać osobnej tubki dla siebie. Weledę sprowadzam z Austrii.

3. krem do rąk Melissina KucaMagicneTrave - ja nie potrafię powtórzyć nazwy firmy i chyba powinni ją zmienić, bo nie umiem jej też wymówić;) To chorwacka marka, a nazwa produktu w oryginale to krema za ruke. Trochę czeski film, ale skład w porządku, marka fajna, więc nie będę się nabijać. Bez kremu do rąk nie ruszam się z domu. Mam zawsze jakiś w torebce. Ten dobrze nawilża i pachnie lekko cytrusowo. Krem można kupić tutaj.

4. maść z cynkiem Zink-Salbe Bioturm - apteczne ekologiczne niemieckie solidne mazidło. Wielofunkcyjny produkt na odparzenia pieluszkowe, na trądzik, na drobne otarcia i podrażnienia. Oprócz zastosowań dziecięco-Tosinkowych stosowałam go na wakacjach jako krem na noc na twarz i szyję. W Polsce nie widziałam tej maści, ale bez problemu można kupić na ecco-verde.

5. krem z filtrem SPF50 Algamaris Biarritz - świetny filtr z algami. Dla mnie służył jako krem z filtrem do twarzy (szkoda mi było tak dobrego składu do całego ciała). Głównie to filtr dla dzieci, niezwykle łagodny, bez zapachu. Więcej o dziecinnym zastosowaniu i dołączonej do niego uroczej koszulce do opalania dla niemowląt tutaj.

6. mus do ciała na ratunek wytwórnia mydła - odurzałam się codziennie zapachem oleju konopnego (to na szczęście jeszcze legalne;)). To naturalny zapach tego oleju, a nie żaden aromat, żeby była jasność. Olej konopny jest bazą lekkiego musu, ręcznie robionego w niewielkiej polskiej manufakturze kosmetyków naturalnych. Mus służył całej rodzinie, jest świetny dla suchej skóry. Tatę łagodził po opalaniu, ja oczywiście odurzałam się naturalnym zapachem nawilżając nogi, a Tosinka uwielbiała się bawić nim wsadzając paluszek do słoiczka i robiąc wcierkę za uchem. Po kilku dniach zauważyłam, że ma niezwykle miękką skórę za prawym uchem, gdzie go używała. Mogę więc stwierdzić, że mus nadaje się także dla małych dzieci. Do nabycia tutaj






piątek, 5 sierpnia 2016

Dziecko na słońcu

Przed słońcem się chronimy, ale też nie przesadzamy i nie siedzimy non stop pod parasolem słonecznym. Trochę witaminy D jest wszystkim potrzebne, zwłaszcza dzieciom. Nie zmienia to faktu, że krem z filtrem mineralnym towarzyszy mi od dawna, a Tosi od tych wakacji. 

W zeszłym roku, gdy miała pół roku, nie opalała się w ogóle i siedziała (głównie leżała i spała) w namiocie. W tym roku namiot nie jest już tak atrakcyjny, a dziecko ciekawe świata. Aktualnie rozpoznajemy trawę pod stópkami. Piasku się boimy, a od wody uciekamy. 

Tak więc krem z filtrem musi być, jak również odpowiedni strój na plażę. Na małym dziecku nie eksperymentuję - krem z filtrem mineralnym SPF 50 na wakacjach to podstawa.  Aktualnie używamy Algamaris od Biarritz z wyciągiem z różowych alg. Oczywiście ja też się nim smaruję. Nie jesteśmy w tropikach, tylko na Mazurach, ale młoda skóra wymaga szczególnej pielęgnacji. 

Jednak zanim się posmarujemy, Tosię trzeba nad jezioro odpowiednio ubrać. W zestawie z kremem jest urocza koszulka z długim rękawem. Ten długi rękaw niech Was nie odstrasza. Koszulka jest wykonana z lekkiego szybkoschnącego materiału, a jej zadaniem jest ochrona przed słońcem, a nie ciepłe okrycie. Do tego obowiązkowo kapelusz z dużym rondem na głowę. Na pieluszkę zakładamy gustowne figi kąpielowe. W ten sposób mamy najbardziej odkryte nogi, które smarujemy kremem. 

Krem z koszulką jest do nabycia w sklepie organicall.pl tutaj

A tak się prezentuje Tosia na wakacjach: