piątek, 30 września 2016

Niezawodny Naturativ dla dzieci

Było Pat&Rub, teraz jest Naturativ. Mają być kosmetyki Kingi Rusin, ale nie wiadomo, kiedy. Jest konflikt między firmami. Nie wiem, co wyprodukuje Kinga Rusin, ale wiem, co było do tej pory w Pat&Rub. Wiem też, że te same receptury są teraz w Naturativ. Ufam liście składników, a nie reklamie i tak też jest w tym przypadku.

Serię dla dzieci stosuję dla siebie i dziecka od dawna. Płyn do kąpieli cieszy się powodzeniem w całej rodzinie. Oliwkę regularnie podkradam dziecku, a balsam do ciała stosowałam na wakacjach jako krem do twarzy na noc. W nowej odsłonie zmieniła się tylko etykieta. Skład jest ten sam i - co najważniejsze - zawartość również ta sama.

Zauważyłam też znaczek na nowym opakowaniu certyfikatu NaTrue, co dla mnie oznacza, że faktycznie w składzie jest to, co deklaruje producent. Niewiele polskich firm produkujących kosmetyki naturalne, ma ten certyfikat. Szczerze mówiąc, jak zaczęłam myśleć, to chyba żadna ze znanych mi polskich marek nie ma, poza właśnie Naturativ.

Także dalej będę używać sprawdzonych i dobrze mi znanych kosmetyków, teraz pod nową nazwą. Oczywiście nie zmienia to faktu, że jestem ciekawa, co wyprodukuje Kinga Rusin. Póki co, ma opóźnienie, bo już kilkakrotnie zapowiadała na facebooku premierę swoich kosmetyków. Zakupiłam jej książkę - ekoporadnik, w którym m.in. podaje przepis na płukankę do siwych włosów z suszonego tymianku i rozmarynu. Nie mam czasu, ani nie lubię się bawić w samodzielne kręcenie tego typu specyfików. Wolę porządny eko kosmetyk dobrej jakości. 

A kaczuszka oczywiście co wieczór pływa w Tosiowej wanience:)


piątek, 23 września 2016

REN Skincare: hit i kit

Pisałam już kiedyś, że jeżeli jeden kosmetyk z danej firmy jest fajny, to nie oznacza, że wszystkie będą super. Tym razem też tak jest. Używam teraz dwa kosmetyki z REN Skincare - maseczkę złuszczającą z kwasami owocowymi i szybką maseczkę (oni to nazywają terapia) z witaminą C. Zacznę od tego produktu, z którego jestem niezadowolona.

Generalnie lubię witaminę C i chętnie wypróbowuję nowe kosmetyki z dużą dawką tej witaminy. Jak do tej pory najlepsze co miałam, to serum z witaminą C i wygląda na to, że tak  nadal zostanie. REN wymyślił produkt, który się nakłada na twarz, wmasowuje okrężnymi ruchami. Potem trzeba zwilżyć palce i dalej masować, żeby aktywować witaminę C, pozostawić na minutę i spłukać. Dla mnie to zbyt skomplikowane. Nakładam na sucho, potem na mokro, to mi odpada, nie wiem, kiedy minie minuta. Ufff..... no nie podoba mi się ta procedura. 

Ale jakby tego było mało, nie widzę efektów. Nie zauważyłam, żeby skóra była natychmiast wygładzona, błyskawicznie odżywiona. Oznak zmęczenia się nie pozbyłam, nie widzę żadnej jędrności. Skład dobry, wiem, że jest ta witamina C, bo nawet czuję ten specyficzny zapach, ale nie widzę niestety działania. Dlatego uważam, że ten produkt to strata pieniędzy, bo w tej samej cenie można sobie kupić coś lepszego z witaminą C (np. moje ulubione serum NuFountain, które zamawiam przez amazon). Na szczęście mam miniaturkę tego kosmetyku, więc szybko zużyłam i się z nim pożegnałam.

Maseczka z kwasami owocowymi - tu też mam miniaturkę, ale w przeciwieństwie do poprzedniego produktu, zdecydowanie chcę pełnowymiarowe opakowanie. Świetna maseczka wygładzająca. Te kwasy owocowe od razu czuć - lekko szczypie miejscami, ale absolutnie do zniesienia. Skład jest fantastyczny - ekstraktów owocowych jest tyle, że mogłabym z tych owoców zrobić sałatkę. Zapach w 100% naturalny, ale tak naprawdę nie czuję tam żadnego specjalnego zapachu, tylko lekko kwaskowatą nutę. 

Nie stosuję tej maseczki regularnie, bo nie mam na to czasu, ale za każdym razem jak mi się uda, to widzę, że twarz jest jaśniejsza i gładka. Omijam oczywiście okolice oczu szerokim łukiem, ale za to stosuję ją na szyję. Ten produkt zdecydowanie polecam. 





niedziela, 18 września 2016

Dlaczego nie lubię Bielendy?

Nie mam nic do zwykłych kosmetyków. Niech sobie mają skład, jaki chcą. Irytuje mnie tyko jedna rzecz - jeśli zaczynają udawać kosmetyki naturalne. Wolę szczerą chemię, niż oszukiwanie konsumentów, jacy to jesteśmy eko, a w składzie dramat. Dlatego dziś będzie o Bielendzie.

Żeby nie być gołosłowną pokazuję przykład. Balsam do ciała nawilżający, ultra bogata formuła, tam tamtaram tam tam. Formuła bogata, ale w parabeny i nie tylko. Balsam do ciała użyłam wyłącznie do zrobienia zdjęcia. Nie otworzyłam go nawet, ani tym bardziej się nim nie posmarowałam. 

Przede wszystkim zielony listek jako logo jest już zawoalowaną sprytnie informacją, która może wprowadzać w błąd i sugerować, że to marka kosmetyków naturalnych. To nie jest zabronione prawem, każdy może sobie taki listek, za przeproszeniem, przykleić. Niestety to my, konsumenci musimy się zorientować, czy za tym listkiem coś idzie, czy nie.

Jednak jest tu też coś, co wprost wprowadza w błąd. Przyjrzyjcie się nazwie producenta. Na odwrocie na dole mamy nazwę i adres. Co jest w nazwie? Bielenda Kosmetyki Naturalne Sp. z o.o. S. k. A to już mi się bardzo nie podoba. Powyżej mamy listę składników tego balsamu do ciała, która jasno wskazuje, że kosmetyk naturalny nie jest. Dlaczego?

Idę po kolei, według listy składników. Nie będę się czepiać drobnostek typu parafina, czy silikony. Bo są tam składniki znacznie gorsze. Mamy propylene glycol, który odkłada się w organizmie, uszkadza wątrobę, nerki. Oczywiście związek producentów kosmetyków uparcie twierdzi, że nie jest on toksyczny. Jeśli chcecie być królikiem doświadczalnym i sprawdzać na własnym ciele, czy tak faktycznie jest, to proszę bardzo. Ja tego składnika nie toleruję.

Dalej mamy dwa parabeny - czyli abecadło, czego unikać - tyle się na ich temat mówi, że chyba nie ma już ich zwolenników poza związkiem producentów kosmetyków i konsultantkami Forever Living Cośtam, które uważają, że parabeny są naturalne, bo występują w jagodach. Zawsze wtedy podaję przykład liści koki, które sobie rosną na dziewiczych pagórkach Ameryki Południowej i tam sobie je mieszkańcy żują jak my orbit bez cukru. 

Ale na tym nie koniec, bo w składzie tego jednego balsamu do ciała jest również DMDM Hydantoin - to rakotwórcza pochodna formaldehydu. Tego składnika używają Ci, których nie stać na nieco droższe, ale nie tak toksyczne konserwanty. Nawet znane koncerny kosmetyczne, które nie mają nic wspólnego z ekologią, nie używają tego składnika. 

Tak więc Bielenda NIE produkuje kosmetyków naturalnych i nazwa firmy wprowadza w błąd. Nie polecam. Omijam szerokim łukiem i współczuję Edycie Olszówce reklamowania takiego syfu. 






piątek, 16 września 2016

Co zamiast: płyn micelarny biopha organic

Co zamiast - mój nowy cykl, czyli czego używam zamiast zwykłych chemicznych kosmetyków, okrzykniętych mianem bestsellerów, najlepiej sprzedających się, mających najlepsze opinie. 

Na pewno macie albo miałyście swoje ulubione "chemiczne" kosmetyki, bez których trudno się obyć, a jeszcze trudniej znaleźć ich eko odpowiedniki. Większość koncernów kosmetycznych ma swoje bestsellery, kosmetyki, które ciągną całą markę za sobą i robią jej renomę. Ja też kiedyś używałam zwykłych chemicznych kosmetyków i miałam wśród nich swoje ulubione produkty. 

Gdy zaczynałam używać kosmetyków naturalnych, najpierw czytałam skład, który był dla mnie najważniejszy. Przymykałam oko na zapach, opakowanie, konsystencję, bo najważniejsze były składniki. Z czasem poznawałam nowe kosmetyki, odkrywałam kolejne marki i zdobywałam rozeznanie. Miałam coraz większy wybór. W końcu przyszedł taki czas, że mogę być wybredna. Nie każdy eko kosmetyk mi pasuje. Tu też są lepsze i gorsze. Droższe i tańsze. I są też perełki. Moje ulubione. Nie używam hasła "moje bestsellery", bo ja niczego nie sprzedaję. Ja je wybieram, kupuję i używam.

Płyny micelarne interesowały mnie odkąd pojawiły się na rynku. Mleczka zawsze mnie irytowały, a zmywając oczy, miałam potem ograniczoną widoczność - wszystko było za mgłą, dopóki nie zmyłam twarzy wodą. W dawnych przed-eko-czasach, a także w czasach singielskich-wysokich-zarobków używałam płynu micelarnego Lancome. Tak, tak. Duża ładna niebieska butelka, z pompką, delikatny zapach i wysoka cena. Makijaż zmywał się świetnie. Składu już nie pamiętam. Były tam chyba jakieś PEG-i, ale bardzo źle pod względem składu też nie było. W wersji tańszej, ale wciąż chemicznej, można go porównać do czerwonej Biodermy - również wody do demakijażu.

Jednak porzuciłam Lancome i Biodermę na rzecz olejków myjących i eksperymentowania demakijażowego przy pomocy eko kosmetyków. Brakowało mi takiej zwykłej wody do demakijażu, która nie będzie szczypać w oczy i skutecznie usunie resztki tuszu, bez piany, bez zapachu i niepotrzebnych fajerwerków. W końcu znalazłam. Biopha organic.

Jest lepszy niż Lancome, bo ma to wszystko, co miał Lancome plus rewelacyjny skład. To zwykła woda, w dużej butelce (no, może tylko tej designerskiej pompki brak), bez zapachu i świetnie usuwa makijaż. Czuję się czysta, mam odświeżoną twarz i szyję. I od razu czuję się jak w domu. Nadmieniam, że makijaż zwykle zmywam po przyjściu z pracy. Płyn micelarny daje mi poczucie oczyszczenia i zmycia z twarzy tej pracującej części dnia. Wieczorem jeszcze myję twarz wodą z preparatem do mycia twarzy, ale ten pierwszy etap demakijażu robię już po południu. Dlatego zależy mi na fajnym płynie, który pozwoli mi poczuć się czysto w domu. 

Płyn micelarny biopha można kupić w ekodrogerii. Pojemność 400 ml jest ekologiczna i ekonomiczna zarazem (duża butelka, mniej plastiku, mniej małych opakowań, mniej śmieci). Nie podróżuję z nim, ma swoje miejsce w łazience i codziennie go trochę ubywa.  

Nie umiem (jeszcze!) robić takich sprytnych grafik, żeby tu zestawić zdjęcie niebieskiego Lancome'a przekreślonego i obok umieścić cudny biopha. Po prostu zrobiłam mu zdjęcie na mojej łazienkowej półce-ściance, żebyście sobie mogły go obejrzeć. Nic więcej do ozdoby mu nie potrzeba. Sam w sobie jest moim demakijażowym przebojem. 

Mam jeszcze w zanadrzu kilka innych eko zamienników dla chemicznych kosmetyków-hitów, które wydają się być niezastąpione. Będę o nich pisać oznaczając je hasłem "co zamiast". Podpowiem tylko tyle, że następny będzie produkt do makijażu:)



poniedziałek, 12 września 2016

Co można rąbnąć dziecku? (jeśli chodzi o kosmetyki;))

Wiele razy pisałam o tym, że kosmetyki dla dzieci nadają się dla dorosłych. Tym razem nie jest inaczej, choć pierwotnie chciałam napisać tylko o tym, jak te kosmetyki sprawdzają się na skórze mojej córeczki. Mowa o oliwce i balsamie do ciała Mikkolo od NOVA kosmetyki.

Generalnie obie jesteśmy bardzo zadowolone. Miałyśmy też piankę do mycia ciała, o której możecie przeczytać tutaj. Pianka się skończyła, ale do używania zostały nam jeszcze oliwka i krem do ciała. 

Jeden i drugi Mikkolo sprawdza się na niemowlęcej skórze. Gdy mamy mniej czasu, bo dziecię już marudne i chce spać - używam oliwki. Przelecę na oko, nie przejmując się, czy wszędzie dokładnie jest posmarowane. Nie w tym rzecz. Oliwka i tak dotrze, gdzie trzeba. Jest bez zapachu, szybko się wchłania i na szczęście nie ma dużego poślizgu, że dziecko trudno utrzymać. Tosia zaczyna sama używać kosmetyków, tzn. tam, gdzie ją posmarowałam, musi sama poprawić i rozsmarować, a resztę... usiłuje zjeść. Oliwka jest niegroźna pod tym względem, skład jak najbardziej w porządku, więc nie mam się czego obawiać.

Balsam do ciała dla dzieci również jest bezzapachowy, co dla mnie jest szczególnie ważne w dziecięcej pielęgnacji. Ma fajną delikatną konsystencję, w słoiczku wygląda trochę jak mus, ale w rzeczywistości to lekki krem. Szybko się wchłania i łatwo rozprowadza. Na młodziutkiej skórze nie wywołuje żadnych podrażnień. 

A teraz co ja z tymi kosmetykami robię:

Przede wszystkim oliwki do kąpieli używam PO kąpieli. W kąpieli nie widzę spektakularnych korzyści dla skóry, natomiast widzę ewidentną wadę takiej kąpieli z oliwką - zarówno mała  dziecinna wanienka, jak i duża wanna jest bardziej tłusta niż ja. Więc zamiast się cieszyć nawilżonym ciałem, tracę czas na mycie armatury łazienkowej. 

Oliwką smaruję się szybko i niedbale. Skóra mimo to jest dobrze nawilżona. Oliwka ma wygodny dozownik, wchłania się w miarę szybko - jak na oliwkę i nie zostawia tłustej warstwy. Mogę założyć białą koszulę bez obawy, że będzie wyglądała, jakbym zjadła właśnie tłusty rosół. Brak zapachu umożliwia wyperfumowanie się dowolnym zapachem.

Balsam do ciała dla dzieci, wbrew nazwie, nadaje się również dla dorosłych. Nie tylko do ciała, ale także do twarzy. Używam go jako kremu nawilżającego. Jest świetny pod makijaż. Lekki, dobry na ten wyjątkowo upalny wrzesień (przynajmniej jego pierwszą połowę). Polecam do wypróbowania tego balsamu właśnie do twarzy. Przy okazji okaże się, że jako krem do twarzy jest całkiem niedrogi.


czwartek, 1 września 2016

Mój artykuł: Weranda Country wrzesień 2016

We wrześniowym numerze Weranda Country możecie przeczytać mój kolejny artykuł o kosmetykach naturalnych. Tym razem piszę o mydłach w kostce. 

Dlaczego unikać tych z sodium tallowate w składzie? Czym się kierować przy zakupach mydła? Co to jest mydło glicerynowe, a co ma w składzie mydło marsylskie. Jest też kilka słów o moim ulubionym mydle Aleppo, od którego jestem wręcz uzależniona.

Artykuł ilustrują pozytywne przykłady, czyli mydła dostępne w Polsce, które mają dobry skład. Polecam, zwłaszcza że niektóre z nich dobrze znam i sama używam. 

Miłej lektury:)