poniedziałek, 31 października 2016

Mój zbiór kosmetyczny, czyli czego aktualnie używam - pielęgnacja i kolorówka

Na ostatnim spotkaniu z ramach grupy "Koleżanki z Wilanowa" opowiadałam o składnikach kosmetycznych i pokazałam, jakich kosmetyków sama używam. Zbiór okazał się całkiem spory. Po okresie minimalizmu związanego z zajmowaniem się noworodkiem, postanowiłam o siebie zadbać. W miarę im dłużej udawało mi się spać, a potem mieć w końcu trochę czasu dla siebie, zaczęło mi przybywać nowych kosmetyków. Uzupełniłam najpierw pielęgnację, a następnie kolorówkę (wróciłam do pracy i postanowiłam jakoś wyglądać;)).

Kolejne wpisy będę poświęcała poszczególnym kosmetykom. Teraz wrzucam całość z krótkim tylko opisem, co to jest. Jeśli macie jakieś konkretne pytania, to piszcie w komentarzach. 

Wszystkie kosmetyki, które mam, są do kupienia w Polsce, przeważnie przez internet, niektóre także stacjonarnie. Oto szczegóły:
Organicall – stąd mam produkty John Masters Organics, ILIA, True Organic of Sweden, Biarritz, Fine
Organic farma zdrowia – przez internet albo stacjonarnie Urtekram
Naturativ – pielegnacja Naturativ i kolorówka Zuii
Warsztat Piękna – Tata Harper, RMS Beauty, Beyond Organic, Juice Beauty
Galilu – stacjonarnie i przez internet REN SKincare, Erbaviva i Aromatherapy Associates
Fontanna Młodości – stacjonarnie i przez internet Jane Iredale
Ekodrogeria – Santaverde

Jeśli chodzi o pozostałe marki, to po nazwie znajdziecie sklepy firmowe internetowe, a w Warszawie także w niektórych przypadkach sklepy stacjonarne (np. Phenome, czy Annabelle Minerals). 

Zdjęcie nr 1 - pielęgnacja włosów:
John Masters Organics – szampon i odżywka do włosów
Urtekram – odżywka do włosów nie do spłukiwania
Vianek – żel pod prysznic
Urtekram – żel pod prysznic
Naturativ – płyn do higieny intymnej
Biolaven – płyn do higieny intymnej



Zdjęcie nr 2 – pielęgnacja twarzy i ciała + podkład:
Naturativ – krem do pielęgnacji biustu
Beyond Skincare – tonik do twarzy
Sylveco – płyn micelarny do demakijażu twarzy
True Organic of Sweden – krem wielofunkcyjny do suchej skóry
REN Skincare – różane masło do ciała
Mokosh – peeling do ciała kawa z pomarańczą
Phenome – płyn micelarny do demakijażu
Tata Harper – maseczka złuszczająco-odżywcza
Urtekram – krem do rąk brzozowy
Tata Harper – krem odżywczy do twarzy
Zuii Organic – podkład
Beyond Skincare – dezodorant
Make me bio – peeling do twarzy
Aromatherapy Associates – olejek zapachowy na stres



Zdjęcie nr 3 – makijaż i kilka kosmetyków do pielęgnacji:
Jane Iredale – cień do powiek podwójny
Tata Harper – pomadka
RMS Beauty – tusz do rzęs
Sylveco – pomadka pielęgnacyjna
Felicea – błyszczyk
Santaverde – serum pod oczy
Lavera – beauty balm (krem bb)
Sylveco – krem pod oczy
Pixie Cosmetics – korektor pod oczy
Zuii Organic – kredka korektor (kolor żółty)
Biarritz – krem z filtrem SPF 50
Juice Beauty – maseczka złuszczająca z kwasami owocowymi
Tata Harper – błyszczyk do ust i róż do policzków w jednym
ILIA – pomadka
Mokosh – balsam do ust
Annabelle Minerals – podkład, puder, róż mineralny
Felicea – róż do policzków z lusterkiem
Fine – dezodorant
Erbaviva – krem do stóp
RMS beauty - błyszczyk do ust i róż do policzków w jednym 







poniedziałek, 24 października 2016

Dlaczego lubię Ministerstwo Dobrego Mydła?

Na początku nazwa Ministerstwo Dobrego Mydła nie przypadła mi do gustu, bo długa, skomplikowana, niekoniecznie kojarzącą się z ekologią, no i w sumie literalnie rzecz biorąc żadne inne (prawdziwe) ministerstwo nie jest takie sympatyczne, jak to;)

Teraz się przyzwyczaiłam do nazwy, choć bardziej przekonują mnie ich mydła. Są świetne, miękkie, pachnące, oczywiście roślinne i z wyjątkowo dobrym składem. Na czym polega ta wyjątkowość? Składnikiem naturalnych mydeł jest często olej palmowy. Sęk w tym, że pozyskiwanie go to karczowanie lasów tropikalnych, a tym samym pozbawianie orangutanów i innych podobnych gatunków ich domów. Dosłownie. W internecie krążą zdjęcia smutnych małpek przyczepionych kurczowo do ostatniego drzewa, bo im te drzewa są niezbędne do życia.

Także kupowanie ekologicznego mydła tylko dlatego, że nie zawiera sodium tallowate (tłuszczu zwierzęcego) to już za mało. Trzeba jeszcze patrzeć, czy w składzie jest sodium palmate. W składzie mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła ten składnik jest, ale przy nim jest gwiazdka-odnośnik. I co możemy przeczytać poniżej? Że ten olej palmowy został zebrany bez szkody dla środowiska naturalnego i gatunków obok żyjących. To oznacza, że małpki dalej mają gdzie mieszkać, więc mamy czyste sumienie, że nasze naturalne mydło nie wyrządziło po drodze więcej szkody niż pożytku. 

Aktualnie mam mydełko ryżowe, które ma bardzo delikatny zapach, jest miękkie i dzięki temu, że ma dobry skład, nie wysusza skóry podczas mycia. 

Mydło - niby prosta rzecz, ale jak widzicie, ważne jest też to, skąd się bierze ten naturalny skład. Bo nie chodzi o to, żeby udawać, że się jest eko, ale żeby uważnie czytać listę składników. 



czwartek, 20 października 2016

Dozownik, czyli duża oszczędność czasu

Zrobiłam się wygodnicka. Dobry skład to dopiero początek. Chcę czegoś więcej. Szukam nowości, przebieram w zapachach, a jako praktyczna i nudna Waga przyglądam się sprytnym rozwiązaniom. Opakowanie z dozownikiem to niby nic, ale ułatwia życie, co ma szczególne znaczenie, gdy biorę prysznic i liczy się dosłownie każda sekunda. 

Przedstawiam więc dzisiaj dwa żele pod prysznic z dozownikiem - jeden dla mnie, a drugi dla Tosinki. Zacznę od dziecięcego - Bioselect z grecką oliwą z oliwek. Fajny produkt dla dzieci, zdecydowanie nie dla matek, które oczekują zapachu (sztucznego) i pieniącej konsystencji. To faktycznie mleczko (zgodnie z nazwą), a nie żel pod prysznic. Nie pieni się w ogóle, zapach naturalny, nie dla początkujących z eko kosmetykami, bo im się może nie spodobać. Za to jest to produkt dobry dla dzieci. 

Brak sztucznego zapachu (czy to kwiatowego, czy owocowego, czy innego równie "atrakcyjnego") powoduje, że moje dziecko nie ma ochoty tego kosmetyku zjeść. Obecnie jesteśmy na etapie pakowania do buzi wszystkiego, co jest pod ręką, niezależnie od przeznaczenia. Tu nie ma takiej obawy. Tosia dobrze zgaduje, że to nie nadaje się do jedzenia i grzecznie sama myje rączki. Konsystencja mleczka też ma tu znaczenie, bo nie kusi do podjadania tak jak piana (tak, moje dziecko usiłuje zjeść pianę, a przynajmniej jej spróbować w kąpieli). 

Mleczko poza tym nie podrażnia, łagodnie myje, nie wysusza skóry (myślę, że to zasługa dobrej jakości oliwy z oliwek, która jest lepsza niż niejedna z działu spożywczego!) i ma wygodny dozownik, który zdecydowanie ułatwia używanie tego mazidła, bo inaczej musiałabym pewnie walić w denko, żeby coś wypadło. Także mleczko polecam do kąpieli i do mycia małego ciałka. Włosów nie myłyśmy, bo przy tej ilości (zbliżamy się do dwóch lat i wciąż obcy się mylą mówiąc, że to chłopiec!) nie jesteśmy jeszcze na etapie mycia włosów, tylko ich płukania od czasu do czasu samą wodą.

Natomiast dla mam pragnących cukierkowych zapachów, karmelowych kolorów i żelowych konsystencji polecam kokosowy żel pod prysznic Urtekram. Ach, cóż za doznanie kąpielowe! Świetnie się rozprowadza na skórze, delikatnie pieni, pachnie słodko i w związku z tym znika z butelki w ekspresowym tempie. Nie jest to gęsty żel, więc trzeba go trochę zużyć, a ja nie jestem oszczędna, jeśli chodzi o żele pod prysznic.

Dozownik ratuje mi życie, czyli cenne sekundy rano, kiedy zawsze, ale to zawsze, mam za mało czasu. A tutaj ciach, ciach i nie trzeba zakręcać, zatykać, wyginać się w wannie, nic nie leci, nie ucieka, nie spada. Rozważam nawet to, żeby potem przelać do tej butelki inny żel pod prysznic, choć tego nie lubię, bo przyzwyczajam się do oryginalnej zawartości i w krótkim czasie po takiej podmiance wyrzucam to opakowanie zastępcze. Póki co żel się nie skończył, więc mogę się nim jeszcze trochę nacieszyć i zaoszczędzić czas pod prysznicem.

PS. Załączone na zdjęciu ferrari (tak, to prawdziwe ferrari z oryginalnym znaczkiem zastrzeżonym, a nie jakaś marna podróbka!) należy oczywiście do Tosi. Nie, nie jeździ nim. Usiłuje je zjeść podczas kąpieli.





wtorek, 18 października 2016

Wypadek na planie, czyli dziś recenzji nie będzie

Wykorzystując piękny słoneczny dzień, co w październiku należy do rzadkości, postanowiłam zrobić zdjęcie toniku Pure Skin Food. Nówka sztuka opakowanie, jeszcze nie używana szklana buteleczka (to szkło ma tu zasadnicze znaczenie). A potem sobie poużywam i za jakiś czas napiszę, czy mi się podoba, czy nie.

Wyszłam więc na spacer z dziecięciem, żeby połączyć dwa w jednym, przyjemnie z pożytecznym, Tosia na spacerze, a ja zrobię zdjęcie kosmetyku, żeby było ładne tło, a nie tylko w kółko moja łazienka (bardzo atrakcyjna do zdjęć, ale po jakimś czasie jednak monotonna).

Tosia tuptusia, a ja szukam fajnego, najlepiej zielonego, tła, co na moim osiedlu wcale nie jest takie proste. Udało mi się końcu znaleźć małą alejkę między blokami, odpowiednio zadrzewioną i z trawnikiem. Przestrzeń mała, Tosia nie ucieknie. Jest ławeczka, a więc na czym postawić buteleczkę toniku. W tle zieleń, popołudniowe słońce świeci odpowiednim ciepłym światłem. 

Ustawiam, przymierzam, przestawiam, łapię od dołu, potem od góry. Wciąż nie to. Tosia tuptusia w moją stronę i pyta się stanowczym "yyyyyyyy?!" - czyli co to jest? Więc jej tłumaczę, że to taka ładna zielona buteleczka, kosmetyk naturalny, jak będziesz starsza, to też będziesz takich rzeczy używać, itd. W tym samym czasie złapałam odpowiedni kąt przymierzałam się do ujęcia. Tosia była gdzieś w pobliżu.

Dostrzegłam małą rączkę z boku kadru. Za chwilę wysunął się rękaw w kwiatki. Z prędkością światła Tosia zbliżała się do ławeczki, na skraju której stała pięknie oświetlona zielona buteleczka naturalnego toniku Pure Skin Food o zapachu orange blossom. Wiedziałam już, co się stanie, ale nie mogłam temu w żaden sposób zapobiec. Nieuchronne nadciągało nieubłagalnie. W ułamku sekundy podjęłam decyzję, żeby uwiecznić ostatnie chwile toniku na ławeczce, skąpanego w popołudniowym słońcu, które odbijało się w butelce, podkreślając jej wyjątkową zieleń. 

Nastąpiło zderzenie rączki z tonikiem i usłyszałam "plask!"...

Rozbita buteleczka leżała na chodniku. Atomizer przetrwał nienaruszony. W powietrzu unosił się zapach gorzkiej pomarańczy. Tosia skwitowała całe zajście pytającym "uuuueeee?" i oddaliła się na wszelki wypadek z miejsca zdarzenia.    

Nie przekonam się już o odżywczych i nawilżających właściwościach toniku, nie dowiem się, jak bardzo poprawia koloryt skóry, nie sprawdzę czy nada mojej skórze blasku. A jego skład był taki piękny.

Zostało mi po nim na pamiątkę zdjęcie. Ładne, prawda?



piątek, 14 października 2016

Zużyłam - polecam: regenerujące masło do ciała Phenome

Denko, a właściwie wyciśnięta do końca tubka, czyli moja opinia o balsamie do ciała rozgrzewającym od Phenome. 

Zużyłam mniejsze opakowanie 50 ml. Taka pojemność wystarczyła mi na kilkudniowy wyjazd. Balsam faktycznie pachnie migdałowo. Rozróżniam dwie migdałowe nuty - duszącą i spokojną. To jest zdecydowanie wersja spokojna, zapach jest delikatny, ale przez jakiś czas utrzymuje się na skórze. 

To wygodny kosmetyk do ciała, do pielęgnacji rąk i stóp. Konsystencja gęsta, ale zwarta. Nie jest oleisty, w związku z czym szybko się wchłania. Nie nazwałabym go masłem, bo kojarzy mi się zwykle z bardzo tłustym oleistym kremem, a takich nie lubię zabierać w podróż. To raczej bogaty krem niż tłuste masło. 

Trzymałam go w torebce i stosowałam też jako krem do rąk. To nie jest jakiś super odżywczy kosmetyk, ale za to idealny do codziennej pielęgnacji. Początkującym polecam właśnie w takiej małej objętości. Można się nim nacieszyć i wyrobić sobie zdanie, czy chcemy go więcej, czy wolimy spróbować czegoś innego. 

Akurat Phenome ma jeszcze kilka fajnych tego typu kosmetyków. A że robi się coraz chłodniej, więc następny pewnie wybiorę z serii rozgrzewającej. 


środa, 12 października 2016

Październikowa różowa wstążka, która działa na mnie jak płachta na byka

Jak co roku, w październiku, miesiącu walki z rakiem piersi, pojawiają się limitowane edycje kosmetyków z różową wstążką. Sęk w tym, że przodują kosmetyki, których składniki podejrzewane są działanie rakotwórcze właśnie. Błędne koło albo... zamierzona strategia. Nie będę snuć tutaj teorii spiskowych, ale wyjaśnię Wam, dlaczego nie znoszę różowych limitowanych edycji. Jako przykład posłuży mi najnowszy artykuł z ostatnich Wysokich Obcasów (z 8 października 2016 r.).

Hasło brzmi: "kupując kosmetyki oznaczone różową wstążką, wspierasz badania naukowe i edukację kobiet dotyczące nowotworów piersi". Nic bardziej mylnego, zwłaszcza dla Clinique, Estee Lauder i La Mer. Te firmy używają składników, które mogą przyczyniać się do rozwoju raka piersi (na czele z parabenami). Zamiast więc przekazywać pieniądze ze sprzedaży potencjalnie rakotwórczych kosmetyków na badania nad rakiem piersi, lepiej byłoby wyeliminować kontrowersyjne składniki i w ten sposób promować profilaktykę. 

Od lat wiele środowisk (głównie organizacje pozarządowe w Stanach Zjednoczonych) piętnuje za to koncern Estee Lauder, który przoduje w tej hipokryzji. Jeśli chodzi o Bobbi Brown, to nie znam składu tej kredki, ani innych kosmetyków. Być może nie są one tak toksyczne, jak pozostałe wymienione przeze mnie firmy, ale nie dałabym głowy, że cały ich asortyment kolorówki i pielęgnacji nie zawiera kontrowersyjnych składników, podejrzewanych o działanie kancerogenne.

Jedynym pozytywnym wyjątkiem w tym artykule jest spray do twarzy Jane Irelade z certyfikatem ecocert (który zresztą od razu widać nawet na zdjęciu). To w pełni ekologiczny kosmetyk, który nie wpuszcza tutaj nikogo w maliny. Co znamienne, Jane Iredale nie ulega manii różowej wstążki i się w ten sposób nie promuje. 

Zamiast więc kupować bezsensowne różowe wstążki, lepiej zapisać się na mammografię i czytać listę składników kosmetyków, które wcieramy w swoje ciało. Bo to ich składniki przenikają w głąb naszej skóry i mogą się odkładać w wątrobie, czy w nerkach. 

Takie niby świadome Wysokie Obcasy, a poszły ślepo za różową wstążką. Po tej redakcji spodziewałabym się raczej fachowego artykułu o organizacji Think Before You Pink, która przestrzega przed pochopnymi zakupami produktów, które nijak się mają do walki z rakiem piersi, a wykorzystują różowy kolor i wstążkę do wzrostu sprzedaży w październiku, bo o ten przecież miesiąc tu chodzi. 

Także za tytuł artykułu "Przyjemne z pożytecznym" stawiam dwóję - wśród wymienionych kosmetyków jest tylko jeden dobry przykład - Jane Iredale. Reszta ani przyjemna, ani pożyteczna.






poniedziałek, 10 października 2016

Wytwórnia mydła - to nie tylko mydła

Lubię polskie eko marki i cieszę się, że powstaje ich coraz więcej. Wszystkim kibicuję, niech się rynek rozwija, używajmy naszych rodzimych eko produktów bez względu na uzasadnienie - patriotyczne, polityczne, listy składników, konsystencji i zapachu. Każdy pretekst jest dobry, pod warunkiem oczywiście, że skład też jest dobry.

Wytwórnia mydła urzekła mnie, wbrew pozorom, wcale nie mydłem, ale musem do ciała na ratunek, który uroczo pachnie olejem konopnym. Nie jestem fanką palenia czegokolwiek, żeby była jasność, ale tym zapachem trawki chętnie się odurzam;)

Stąd mus znika ze słoiczka w błyskawicznym tempie. Świetnie się nadaje do suchej skóry, czyli na łokcie, kolana, stopy i do dłoni. Z tym że jest dość tłusty, więc potem nie da się  pisać na komputerze, czy prasować, bo wszędzie będą tłuste plamy. Dlatego do rąk mus najlepiej sprawdza się na noc. I do tego oczywiście ten zapach... Konsystencja jest lekka, ale jak się go wetrze, to okazuje się zaskakująco treściwy. Dlatego lojalnie uprzedzam, że to tłuścioch. 

Mydło peelingujące mydlany bobas, znów wbrew pozorom, zostało zużyte przeze mnie, a nie przez mojego bobasa. Miękkie, delikatne, czuć roślinne oleje, ale peeling jest bardzo delikatny, taki owsiany, a nie solny (jeśli chodzi o moc ścierną). Dlatego nadaje się do codziennego stosowania pod prysznicem. Drobnym minusem może być tutaj fakt, że mydło szybko się topi. Mnie ta miękkość nie przeszkadza, ale trzeba zadbać o dobrą mydelniczkę, bo zacznie się z niego robić mydło w płynie. 

Na koniec proszek kąpielowy caffe latte o bardzo łagodnym kawowym zapachu. Bardziej przypomina kawę inkę niż mocne espresso. Skład bardzo dobry, w wodzie się szybko rozpuszcza, nie ma żadnej piany i nie brudzi wanny (co też istotne). Jak na moją wannę proszku było jednak trochę za mało w saszetce. Wolałabym, żeby proszek był w większym, przynajmniej półkilogramowym opakowaniu, to wsypałabym tyle, ile sama uważam za stosowne. 

Wytwórnia mydła ma potencjał. Życzę im dalszego rozwoju i doskonalenia linii konopnej. Z tym zapachem biorę od razu wszystko!

 


niedziela, 2 października 2016

Duńczyk do rąk

Zawsze miałam problem z nazwą Urtekram. Cały czas mi się myliła i błędnie ją wypowiadałam.  Jeśli chodzi o duński język, to umiem powiedzieć tylko "truskawki ze śmietaną", co brzmi jak skrzyżowanie szczekania psa i prychania kota. Nie wiem, co znaczy Urtekram, ale Duńczyków lubię za najbardziej restrykcyjne prawo w Europie, jeśli chodzi o kosmetyki. Nigdzie indziej parabeny nie są zakazane w kosmetykach dla dzieci do lat 3.

Dlatego chętnie sięgnęłam po tę markę, tym bardziej, że jest już łatwo dostępna w Polsce w sieci Organic Farma Zdrowia. Zaczęłam od kremu do rąk, bo to kosmetyk, który zawsze mam pod ręką (w domu i w pracy) i który jest dla mnie czasami takim papierkiem lakmusowym, czy warto dalej inwestować w markę, czy nie. 

Różowy krem z nordycką brzozą (jakkolwiek to brzmi) jest kremem nawilżającym. Czyli nie spodziewam się tłuściocha, ale chcę mieć nawilżone i nietłuste dłonie. Krem zdał egzamin. Wchłania się bardzo szybko. Nie zostawia na skórze tłustej warstwy. Jak każdy krem, stosuję go kilka razy dziennie, po każdym myciu rąk. 

Skład potwierdzony przez najnowszy certyfikat Cosmos Organic by Ecocert. Tubka poręczna, nie za duża, nie za mała. Nie mam do niego zastrzeżeń. Na pewno na tym kremie nie zakończę używania Urtekram. Także za jakiś czas pojawią się na blogu moje opinie o kolejnych kosmetykach tej marki.