wtorek, 29 listopada 2016

Targi eko - nie wszystko - cuda

Mam mieszane uczucia po targach Ekocuda. Nastawiłam się na to, że organizatorzy przeselekcjonują wystawców i na targach będą TYLKO kosmetyki naturalne, ekologiczne, organiczne - nie ważne, jak je nazwiemy (w polskim prawie nie ma definicji kosmetyku naturalnego), ale chodzi o to, żeby miały dobry skład. 

Niestety na targach nie wszystkie firmy, które się wystawiały miały dobry skład. Ba! Niektóre miały skład fatalny, wystawcy o tym wiedzieli i nawet mnie informowali. Tak było w przypadku kosmetyków z Morza Martwego. Naturalna było tylko sama sól z Morza Martwego i chyba błoto. Reszta miała całkowicie nienaturalny skład. Litanie parabenów i innych rakotwórczych składników, których tak dawno nie widziałam, że nawet zapomniałam, że istnieją. 

Zaczepił mnie też pan z firmy Forever Living coś tam z aloesem. Nie wiedział, co robi. Zadał mi, spacerującej między stoiskami, pytanie, czy chcę poznać nowe kosmetyki. Rzuciłam okiem na jego koszulkę z logo i już wiedziałam, że będzie tego pytania żałował. Grzecznie odmówiłam, ale on był chyba prosto po szkoleniu ze sprzedaży, bo nie dawał za wygraną i dalej mnie nagabywał. Powiedziałam: - ok, proszę mi pokazać dowolny kosmetyk, bo chcę zobaczyć listę składników. Następnie odczytałam mu 3 parabeny, propylene glycol i oznajmiłam, że to dla mnie dyskwalifikacja na całej linii i takich kosmetyków nie używam. Lekko się zdziwił, ale nie miał już więcej pytań. 

Denerwuje mnie to, że takie osoby w ogóle znalazły się na tych targach. Ja umiem czytać listę składników, robię to bardzo wnikliwie. Rozróżniam totalny syf, eko ściemę i kosmetyki, które mają w miarę fajny skład poza np. zapachem, który jest ewidentnie sztuczny. Ale to wyższa szkoła jazdy. Na targi przyszły przecież także dziewczyny, które chciały poznać kosmetyki naturalne, bo o nich słyszały i spodziewały się, że tutaj dostaną wszystko w jednym miejscu. Wiele z nich nawet nie zdawało sobie sprawy, że zostały wpuszczone w maliny przez organizatorów. Bo zaufały organizatorom, że tutaj są eko cuda, czyli kosmetyki naturalne, wybrane przez organizatorów, którzy wiedzą, co wystawiają, nie idą na ilość, tylko na jakość.

Wiosną planowana jest kolejna edycja targów. Liczę, że organizatorzy wyciągną wnioski, bo jeśli okaże się, że hasło "eko" to tylko dobra przynęta do zrobienia interesu na kosmetykach, to mnie się to nie podoba. Jak się organizauje eko targi, to chcę, żeby tam było tylko eko. Trzeba było podzielić wystawców na producentów i dystrybutorów kosmetyków naturalnych i powiedzmy pół-naturalnych, a osobno umieścić pozostałych, bo zostało jeszcze miejsce w holu Domu Braci Jabłkowskich.

A propos miejsca - to wychodzenie do holu też mi się nie podobało. Oczekiwałabym, że przestrzeń będzie lepiej zaaranżowana. Tymczasem prosto z dmuchawy przy wejściu były już stoiska kosmetyków, gdzie biedne dziewczyny, które się tam wystawiały na zmianę marzły i się pociły. 

Pomysł zorganizowania targów był świetny, ale organizacja i dobór wystawców pozostawał wiele do życzenia. Jestem krytyczna, bo pierwsza edycja powinna być perfekcyjnie zorganizowana. Rynek kosmetyków naturalnych się rozwija, jest coraz większa świadomość konsumencka, więc trzeba było to zrobić na takim poziomie, żeby zachęcić nowe klientki, a nie zrażać je tym, że nagle w domu otwierając torbę z zakupami okaże się, że wcale nie kupily kosmetyków naturalnych, choć były na targach Ekocuda. 



poniedziałek, 28 listopada 2016

Włoskie siemię lniane

Włosi kojarzą mi się z modą, dobrą kuchnią, winem, jeziorem Garda i nartami, ale jakoś mało z kosmetykami ekologicznymi. Mimo że jest sporo włoskich firm produkujących eko kosmetyki, to do mnie jakoś dociera niewiele z nich.

Będąc we Włoszech, nigdy nie widziałam tam sklepu z rodzimymi kosmetykami ekologicznymi. Znam jeden super zaopatrzony (będzie o nim w swoim czasie), ale paradoksalnie nie ma tam włoskich kosmetyków. 

Dlatego włoską odżywkę o ciekawej nazwie Bio Balsamo firmy la Saponaria wynalazłam u nas, a nie w czasie zagranicznych wojaży. Z nowymi firmami, z którymi mam do czynienia, jestem zawsze ostrożna. Przyglądam się i wybieram pojedyncze produkty. Sprawdzam jeden - spodoba mi się, to będzie następny. Długo wyrabiam sobie opinię na temat poszczególnych kosmetyków i potrzebuję do tego czasu. 

Odżywka do włosów z siemieniem lnianym i mandarynką nie nazywa się po prostu odżywka do włosów, tylko balsam. I taka też jest. Tak jak balsam do ciała, tutaj mamy balsam do włosów. Działa też podobnie. Nie pieni się, tylko trzeba nim posmarować końcówki i poczekać, aż włosy go wchłoną. 

Na początku obawiałam się, że taki balsam będzie nadto obciążać włosy. Zupełnie niepotrzebnie. Ale inna rzecz, że używając odżywki staram się omijać skórę głowy, żeby niepotrzebnie jej nie przetłuścić. Bio balsam ładnie odżywia włosy, ale ich nie obciąża. Jest lekki, tak jak balsam do ciała, który się szybko wchłania. 

Zapach ma delikatny, raczej neutralny, który specjalnie nie zapada w pamięć. I dobrze, bo nie zawsze mam ochotę na aromatyczne odżywki do włosów. Najważniejsze, że końcówki są ujarzmione i się nie puszą. Czasami używam jeszcze odrobinę na suche już końcówki jako preparat do układania włosów. Tego już nie spłukuję. Chodzi mi o to, że je trochę przyklepać. Mam grube włosy i czasami odstają jak pędzel. Bio balsam sobie z tym radzi. W końcu jest balsamem, a nie zwykłą odżywką do włosów.


środa, 16 listopada 2016

Przegląd prasy: Vogue listopad 2016

Ach, znowu amerykański Vogue! I artykuł o tym, jak kosmetyki Twojego dziecka mogą być bardziej eleganckie/ szykowne niż Twoje.

Ilustracją do tego artykułu są wyłącznie kosmetyki ekologiczne dla dzieci. Wymienione w treści marki też są tylko naturalne. Artykuł jest lekki, przyjemny, ale przede wszystkim merytoryczny. To cecha, której niestety brakuje wielu artykułom w polskiej prasie kobiecej. 

Możemy przeczytać o zaletach naturalnych składników, o certyfikatach i ekonomicznym podejściu do pielęgnacji (jedno opakowanie dla mamy i dziecka). Każde zdanie coś wnosi, zwłaszcza dla osób, które nie znają kosmetyków naturalnych. Może też przekonać tych, którzy sądzili, że kosmetyki dla dzieci nie nadają się dla dorosłych.

Do tego zdjęcie supermodelki Sashy Pivovarovej z własnym dzieckiem, a nie tylko same packshoty kosmetyczne. Już mam ochotę poznać tę markę, o której wcześniej nie słyszałam. 

Zamieszczam skan, żebyście sobie mogły poczytać. Polecam lekturę!




środa, 9 listopada 2016

Po amerykańsku, czyli moje nowości w Whole Foods

Dziś mamy nową amerykańską rzeczywistość po wyborach prezydenckich, więc będzie o moich nowościach z ekologicznej amerykańskiej sieci Whole Foods. Nie wiem, czy nowy prezydent lubi zdrową żywność, ale wiem skądinąd, że nowa pierwsza dama używa ekologicznych produktów do włosów (ale to osobna historia). 

Tymczasem wróćmy do mojej łazienki. Jeśli czytacie mojego bloga to wiecie, że jestem zagorzałą fanką Whole Foods. Oprócz świetnego jedzenia mają też dział z ekologicznymi kosmetykami i można tam w ciemno brać wszystko. Chciałabym, żeby pewnego dnia zagościły tam również polskie kosmetyki naturalne, bo jest ich coraz więcej i są naprawdę dobrej jakości. Na to jednak musimy jeszcze poczekać.

Tym razem mam dwa duże mydła w kostce i krem do rąk. Mydła, jak przystało na USA, są w rozmiarze XXL. Obie kostki ciężkie i naprawdę duże. U nas sprzedaje się mydła czasami nawet dwa razy mniejsze, a cena niemal identyczna. Używam obecnie mydło z minerałami z Morza Martwego, które ma bardzo delikatny zapach, lekko słony, bo w końcu soli tam nie brakuje. Mydło ma świetną konsystencję. Wiele mydeł opartych o oleje roślinne się ślimaczy i szybko topi leżąc na mydelniczce. To takie nie jest. Ani za twarde, ani za miękkie, w sam raz. 

Moja córeczka przeżywa obecnie fascynację tym mydłem i codziennie w kąpieli bawimy się w uciekające mydło - tak jej podaje, że nie może go złapać, wpada do wody i szukamy mydła w wanience. Ale chcę powiedzieć, że ona też w pewnym sensie tego mydła używa i ono się dla młodej skóry jak najbardziej nadaje. Nie ma po nim żadnych uczuleń, ani podrażnień. Zresztą po takim składzie podrażnień się nie spodziewam.

Drugie mydło to marka własna Whole Foods. Ma zniewalający zapach i dlatego jeszcze go nie używam, tylko sobie od czasu do czasu wącham. To zapach świeżej orzeźwiającej zielonej herbaty. Po latach używania kosmetyków naturalnych odkryłam w sobie umiejętność rozpoznawania sztucznych zapachów w kosmetykach, które poza "parfum" mają całkiem niezły skład. Ale do tego jednego składnika nie można mieć 100% zaufania, bo o ile producent sam nie zadeklaruje, że zapach składa się z olejków eterycznych albo nie ma certyfikatu ekologicznego, to jest spora szansa, że zapach jest w mniejszym bądź większym stopniu sztuczny. Jeśli chodzi o mydło z zieloną herbatą, to nie wyczuwam tu żadnej fałszywie sztucznej nuty zapachowej, pachnie naturalnie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Krem do rąk z kolei to taki kosmetyk, który jest moim niezbędnikiem. Mam zawsze miniaturkę w torebce, tubkę w pracy i kolejną w domu. Nubian Heritage jest do domu (bo ma największą pojemność, więc nie będę go dźwigać ze sobą). Choć też ma w składzie ekstrakt z zielonej herbaty, to nie pachnie tak jak mydło. Ale jest odpowiednio tłusty i dobrze odżywia. Co ciekawe, to kolejny mój kosmetyk, który nie zawiera wody. Pierwszym składnikiem na liście jest oliwa z oliwek, a potem masło shea. Cały jego skład jest wręcz wzorcowy. Jak go poużywam dłużej, to powiem o nim więcej. Teraz czekam, aż się zrobi mróz, bo wtedy to będzie dla tego kremu prawdziwy test, czy formuła bez wody faktycznie chroni dłonie przed pierzchnięciem. Także stay tuned!