sobota, 31 grudnia 2016

Prognoza na przyszły rok

Puls Biznesu na koniec roku sobie zażartował i postawił szokujące prognozy na Nowy Rok w różnych dziedzinach gospodarki. Jest też o kosmetykach.

Grupa posłów chce złożyć projekt zakazujący reklamy kosmetyków, bo te mają negatywny wpływ na młodzież. Opakowania mają być białe, niczym się nie wyróżniać, żeby nie kusiły do zakupu. Informacja o liście składników i danych producenta ma mieć ograniczoną powierzchnię. Od zasady będą pewne wyjątki. Producent, który jest na rynku 25 lat i zatrudnia Polaków w pewnych przypadkach może mieć kolorowe logo na opakowaniu. 

Wyobraźcie sobie Sephorę, która wygląda jak apteka, na półkach same białe opakowania!

Pojechali po bandzie redaktorzy z Pulsu Biznesu... Powinni to opublikować 1 kwietnia, a nie podnosić ludziom ciśnienie pod koniec roku.

Takiego projektu ustawy oczywiście nie ma i nie spodziewam się, że kiedykolwiek będzie. Ale skoro już mowa o kosmetykach, to chętnie życzyłabym sobie pewnych zmian w prawie w tym zakresie. 

Dobrze byłoby, gdyby lista składników była bardziej czytelna, dostępna, i żeby więcej się o niej mówiło. Żeby przekaz marketingowy nie robił z nas idiotów, konsumenci byli bardziej świadomi swoich wyborów, a kosmetyki dla dzieci nie zawierały kontrowersyjnych składników.

A Wam życzę na Nowy Rok udanych zakupów kosmetycznych - skutecznej pielęgnacji i efektownej kolorówki, oczywiście bez żadnych toksycznych składników:)


czwartek, 29 grudnia 2016

Świąteczne eko prezenty 2016

Prawda jest taka, że część kosmetycznych prezentów dostałam od Świętego Mikołaja, a część sama sobie podarowałam. I muszę przyznać, że obdarowywanie siebie sprawia mi ogromną przyjemność. Prezenty trafione, takie, jakie chcę, jakich akurat potrzebuję i dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam. Jedyne, czego mi brakowało w te Święta, to śniegu, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Choinkę postawiłam na zielonej od deszczu trawie.

Nie widać wszystkiego na zdjęciu, ale postaram się wszystko tak opisać, żeby można było się zorientować, co ukryłam pod tą mini choinką. Od razu rzuca się w oczy papierowa torebka z mojego ulubionego amerykańskiego sklepu Whole Foods. Kto się wybiera za ocean, to gorąco polecam. Jeżeli nawet nie planujecie dużych zakupów kosmetycznych, to warto wstąpić choćby po pomadki ochronne do ust. Zużywam jej w dużych ilościach, dlatego lubię mieć zapas i zawsze mam kilka pod ręką. Jedną z moich ulubionych marek jest Dr. Bronner's. W Polsce ta marka jest chyba dostępna, ale nie w pełnym asortymencie i nie jest tak popularna jak inne zagraniczne eko marki. Mam 3 pomadki - miętową, limonkową i bezzapachową. Miałam już miętową i bezzapachową. Zielona to moja nowość i nie mogę się doczekać, kiedy zacznę jej używać. Jest też nowa pomadka The Honest Company. Właścicielem firmy jest Jessica Alba, która zbudowała tę markę od podstaw i jest naprawdę eko. Podoba mi się, gdy gwiazdy (nie jakieś tam celebrytki, które wciągają gratisy na proszonych imprezach i robią z siebie wieszak na product placement, ale prawdziwe gwiazdy, takie hollywoodzkie) promują eko kosmetyki albo same je produkują. Wiem, że jest to prawdziwe, bo mają już kasę i jeśli inwestują w eko markę, to robią to z przekonania, a nie z powodu mody czy intratnego kontraktu reklamowego. 

Pod pomadkami jest dobrze znany (choć akurat słabo widoczny na zdjęciu) polski peeling cukrowy do ciała od Phenome. To sprawdzony porządny produkt, który znam od wielu lat. Jest mniej tłusty od innych dostępnych na rynku, o podobnej recepturze (cukier plus oleje), co uważam za zaletę. Nie zawsze mam ochotę być cała tłusta po peelingu i ślizgać się przy wyjściu z wanny. Tutaj nie ma takiego ryzyka. Skóra jest gładka, ale nie tłusta. I o to chodzi.

W czarnym pudełeczku jest zestaw miniaturek kosmetyków mineralnych earthncity. Nazwa dla mnie trudna do zapamiętania (choć nie mam problemów z angielskim), ale kosmetyki świetne. Miałam już ich puder rozświetlający. Był bardzo wydajny i rzeczywiście rozświetlał (dlatego trzeba z nim ostrożnie postępować, żeby się za bardzo nie świecić). Teraz dodatkowo będę mogła wypróbować podkłady, korektor i oczywiście pędzel. Przyzwyczaiłam się do pudrów i podkładów mineralnych i sypka konsystencja nie jest dla mnie problemem. Wyjątkiem jest korektor. Nie ukrywam, że wolę w kremie, więc nie wiem, jak sobie poradzę tutaj. Ale się tym zbytnio nie martwię, bo w razie czego zużyję tę miniaturkę mieszając z pudrem.

W łososiowym woreczku był dezodorant Fine. Niemiecka niszowa marka - zrobili perfekcyjnie dezodorant w kremie. Dołączona jest do niego drewniana szpatułka, która ułatwia aplikację i ma swoją eko historię (szpatułki powstają na warsztatach terapeutycznych w Berlinie). Ma szansę zdetronizować mój numer jeden (jeśli chodzi o eko dezodoranty w kremie), tj. soapwalla. Po pierwsze pięknie pachnie - zapach Vetiver Geranium jest ziołowo-perfumowo-niszowy. Nie jestem dobra w opisywaniu zapachów, ale ten jest dla mnie niski, głęboki, wytrawny, momentami ostry, szybko wyczuwalny, ale nie kłóci się z perfumami. Co ciekawe, utrzymuje się cały dzień. Ładnie się rozprowadza pod pachą, nie osypuje się, ma zwartą konsystencję, coś na kształt miodu, ale się nie klei. Za to blokuje wilgoć, bo jak chcę spłukać ręce, to widzę, jak woda spływa i muszę go dobrze zetrzeć z dłoni, co bez mydła zajmuje sporo czasu. W tym tkwi też sekret tego dezodorantu - działa bardzo dobrze. Ok, wiem, że jest zima, ale nie czuję ani potu, ani przykrego zapachu pod swetrem, czy wełnianą sukienką. Nie zostawia też śladów na ubraniu. Słoiczek jest mały, ale widzę już, że starczy na długo.

Na koniec klasyka gatunku - niemiecka Lavera. Tutaj nie znam kosmetyku, który by mnie zawiódł. Marka ma nieprzyzwoicie dobrą jakość w porównaniu do ceny. Uważam, że spokojnie mogliby podnieść ceny o 100% i dalej byłoby to warte zakupu, bo to naprawdę doskonałe eko kosmetyki. Znam ten rynek dość dobrze i wiem, że za 30 zł trudno znaleźć równie dobry balsam do ciała, jak to mleczko z żurawiną i olejem arganowym. Czuję, że tutaj zużyję dość szybko całą tubę. Zapach bardzo delikatny, nietrwały. Konsystencja w sam raz - to mleczko, ale nie tłuste (mimo oleju arganowego), dzięki czemu szybciej się wchłania, choć trzeba je dobrze rozetrzeć, jeśli się nakłada za dużo (to ja tak robię, bo po prostu lubię ten balsam do pierwszego użycia). Na zimę będzie świetny. Błyskawicznie nawilża. Używam go też jako kremu do rąk. 

Nie ma to jak trafione eko prezenty. Cóż, czasami warto wyręczyć Świętego Mikołaja i po prostu cieszyć się tym, co się naprawdę lubi.



wtorek, 13 grudnia 2016

Pierzga, czyli super witaminy pszczół

Kto ma pszczoły, ten ma nie tylko miód, ale i pierzgę. Kilka lat temu dostałam od znajomego pszczelarza kawałek plastra z ula z tymi charakterystycznymi wzorkami i wypustkami, i tam właśnie ukryta była pierzga. Co to w ogóle jest?

Oględnie rzecz ujmując, pierzga to zapluty i ubity przez pszczoły pyłek kwiatowy wymieszany z miodem. A fachowo mówiąc - to coś najcenniejszego w ulu. Mieszanka witamin, mikroelementów i przeciwutleniaczy. Same biologicznie aktywne składniki. No więc wracając do podarunku od pszczelarza, to dał mi pierzgę w czystej postaci, żebym sobie ją wydłubała z tego wielkiego plastra. A że zapracowana byłam i w kółko odkładam to na później, wsadziłam plaster do zamrażarki i... w końcu o nim zapomniałam. 

Pierzgi nigdy nie wydłubałam samodzielnie. Kupowałam później miód z pierzgą, ale mi za bardzo nie smakował, wolę delektować się samym miodem. Pierzga nadaje gorzki smak, więc należy ją traktować jak lekarstwo, a nie jak coś słodkiego.

W końcu trafiłam na kapsułki z ekstraktem z pierzgi od beepearl i postanowiłam się wzmocnić przed zimą. Zaczęłam je brać akurat w dniu, kiedy podejrzanie często kichałam. W ramach uderzeniowej dawki wzięłam dwie (raz dziennie). Jeszcze przez dwa kolejne dni brałam po dwie dziennie, a potem przeszłam na jedną kapsułki dziennie. Kończę właśnie opakowanie i mam się bardzo dobrze. Mróz, odwilż, deszcz mi nie straszne. Oczywiście wspomagam się moją ulubioną kaszą jaglaną na śniadanie, ale wierzę pszczółkom, że ta ich zapluta pierzga naprawdę działa.


niedziela, 11 grudnia 2016

Żużyte - Vianek i Mokosh

Zużyłam, dno ujrzałam, więc mogę się podzielić wrażeniami. Dziś na tapecie żel pod prysznic Vianek oraz peeling do ciała Mokosh.

Żel pod prysznic to produkt, od którego nie oczekuję zbyt wiele. Oprócz składu chcę, żeby się dobrze rozprowadzał, nie był tępy na skórze. Niektóre ekologiczne żele mają taką tendencję i mimo dobrego składu ich nie aprobuję. Nie będę się męczyć z galaretką, która tylko spływa po ciele. Na szczęście Vianek jest w porządku. Łatwo się rozprowadza, dobrze mydli i szybko spłukuje. 

Nie przeceniałabym natomiast jego właściwości nawilżających. Takowych - szczerze mówiąc - nie zauważyłam. Nie rozpaczam jednak z tego powodu, bo jak już wcześniej pisałam, nie oczekuję zbyt wiele po żelu pod prysznic. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że ten żel nie wysusza skóry, więc jest to jego niekwestionowany plus. Jeżeli chcę porządnego nawilżenia, to muszę potem zastosować olej albo balsam do ciała.

Vianek ma dobry skład, przyzwoite działanie i to mi wystarczy za niewielką cenę. To taki żel, który kupuje się w drogerii bez szczególnego zastanawiania się. Marzy mi się, żeby tego typu kosmetyki były łatwo dostępne w każdej drogerii i zastąpiły te wszystkie Palmolive i inne Nivea, po których skóra robi się swędząca i sucha jak papier.

Peeling Mokosh - jak o nim teraz pomyślę, to od czuję zapach kawy i pomarańczy. Ten zapach jest obłędny. Filozofii tutaj nie ma wielkiej, bo peeling oparty jest o fusy z kawy, które pozyskać nie jest wcale trudno. Można wziąć garść fusów z ekspresu ciśnieniowego, wymieszać z żelem pod prysznic i będzie tani peeling. Ale to nie to samo. Poza tym intensywny kawowo-pomarańczowy zapach jest unikatowy. 

Od czasu do czasu mam ochotę na taki gadżet. Wiem, że fusy mogę sama ukręcić na peeling, ale nie o to chodzi. Tu mam wszystko gotowe, pięknie zapakowane, przyprawione olejami roślinnymi i olejkami zapachowymi. Samo sięganie do ciężkiego szklanego słoja jest już przyjemne. Aromaterapia działa już jak go odkręcam. Peeling jest kremowy, tłusty. Świetnie wygładza skórę. Nie trzeba używać po nim żadnego balsamu do ciała. Skóra jest gładka, nawilżona i oczywiście pachnie kawą i pomarańczami. Polecam szczególnie zimą. Teraz jest sezon na takie luksusy!



środa, 7 grudnia 2016

Zielony Beyond Organic Skincare

Kiedy we wrześniu zrobiłam to zdjęcie, dopiero zaczynałam używać dwóch kosmetyków Beyond Organic Skincare z Warsztatu Piękna. Tonik już całkowicie zużyłam, a dezodorant właśnie się kończy. To dobry czas na recenzję obu kosmetyków. A przy okazji wspominam ciepłe wrześniowe popołudnie nad jeziorem Garda, gdzie wówczas zawiozłam oba kosmetyki, żeby im zrobić zdjęcie;) 

Zacznę od dezodorantu, bo to trudniejszy temat. Toczą się dyskusje w internecie na temat ekologicznych dezodorantów, aluminium, skuteczności (często wątpliwej) i desperacji fanek kosmetyków naturalnych, które szukają produktu idealnego z idealnym składem i najlepiej w cenie do 15 złotych. Odpowiadam od razu - takich dezodorantów nie ma. W ogóle nie ma tanich kosmetyków naturalnych z bardzo dobrym składem. To się po prostu wyklucza. Nie można zrobić kosmetyku super jakości i sprzedawać go w cenie zwykłego masła shea (do tego najczęściej rafinowanego).

Wróćmy jednak do moich dzisiejszych kosmetyków. Oba są w cenie poniżej 70 zł. Czy to dużo, czy mało - odpowiedzcie sobie same. Ja cenię sobie wysoką jakość i skuteczność. Dezodorant Beyond Organic Skincare jest w kulce, czyli klasyka gatunku. Zawiera ałun potasowy (potassium alun). Tu zaraz zaczną się pytania i wątpliwości co do tego ałunu. Tak, tak... Też czytałam, że ałun jest bardzo podobny do aluminium i dlatego nie powinien się znajdować w eko dezodorantach. Z drugiej strony znam firmę Beyond i wiem, że są bardzo ortodoksyjni, jeśli chodzi o skład. Tam nie ma lipy, tylko drogie składniki, naprawdę wyselekcjonowane. Dlatego postanowiłam zaczerpnąć wiedzy u źródła, o co chodzi z tym ałunem.

Zawartych w tym dezodorancie soli mineralnych ałunu potasowego nie wolno wrzucać do tego samego worka, co glin i aluminium. Dlaczego? Bo cząsteczki ałunu mają negatywny ładunek jonowy, przez co nie są w stanie przejść przez ściany komórkowe, czyli nie wnikają w skórę. Dlatego ten ałun nie będzie się kumulować w organizmie, co ma miejsce w przypadku glinu. Nie jestem chemikiem, ale to wyjaśnienie do mnie trafia. 

Dlaczego tyle o tym pisze? Bo ten dezodorant działa. To prawda, że nie sprawdzałam go w największych upałach. Zaczęłam go używać we wrześniu, ale aż do dziś sprawdza się bardzo dobrze. Przy okazji widać, że jest ekonomiczny - to małe opakowanie starcza naprawdę na długo. A sam dezodorant działa przez cały dzień. Nie ma zapachu, nie zostawia żadnych smug na ubraniu. Jest neutralny, co mi bardzo odpowiada. Zaliczam go do swoich dezodorantowych faworytów i polecam z czystym sumieniem.

Obok dezodorantu nad basenem stoi tonik Beyond o lekko ziołowym zapachu. Mój nos lubi taki zapach, ale wiem, że nie każdemu może on odpowiadać. Trzeba do niego dojrzeć, czyli odzwyczaić się od sztucznych zapachów chemicznych. Wtedy docenia się to zielsko. Poza tym ten zapach sprawa, że ja od razu lepiej się czuję i mam wrażenie, że moja skóra szybko chłonie ten tonik. Są toniki, które pozostawiają na skórze coś w rodzaju smugi, jakieś warstwy. Ten taki nie jest. Skóra go pije, od razu i w całości. 

Na początku stosowałam spryskiwacz, ale z czasem... się zepsuł, więc zmuszona byłam przerzucić się na wacik. Nad opakowaniem trzeba jeszcze trochę popracować, ale prosty, a zarazem bogaty skład (tylko 5 składników) to rekompensuje. Uważam wręcz, że mógłby być droższy, bo w takiej Sephorze pierwszy lepszy chemiczny tonik Clinique z byle jakim alkoholem kosztuje drożej. 

Marka Beyond jest dla mnie wyjątkową marką niszową, nawet jak na kosmetyki naturalne, bardzo wysublimowaną i dopracowaną. Oni mają gdzieś PR, opakowania, czy marketing sieciowy. Nie znajdziecie blondynek na instagramie z ich kremami przy twarzy. Po prostu robią kosmetyki bardzo dobrej jakości i tyle. Mają proste składy, ale nikt ich nie podrabia, bo wcale nie jest tak łatwo zrobić te kosmetyki. To pielęgnacja dla zaawansowanych. Nie dla każdego. 





czwartek, 1 grudnia 2016

Nie polecam: Łowicz sok (udający) malinowy

Zrobiło się w końcu zimno, zaczął padać śnieg. Sezon na herbatkę z sokiem malinowym uważam za otwarty. Kto nie zrobił sam, musi posiłkować się tym, co znajdzie na sklepowej półce. Dlatego ułatwię Wam wybór i dziś prezentuję sok, którego absolutnie nie należy kupować, bo malin tam tyle, co kot napłakał.

Oto bohater dnia, niechlubny przykład - Łowicz malina - syrop o smaku malinowym. Oczywiście nazwa jest sprytna i przemyślana. Czerwone maliny na etykiecie biją po oczach. Butelka z ciemnego szkła sugeruje nam, że w środku mamy słodkie wygotowane maliny, które umilą nam długie grudniowe wieczory. Nic bardziej mylnego. 

Przejdźmy do rzeczy najważniejszej, czyli listy składników. Na pierwszym miejscu tego specyfiku mamy cukier (A) albo syrop glukozowo-fruktozowy (B). Cukier to byłoby pół biedy, ale żeby się upewnić, trzeba zerknąć na nakrętkę, czy mamy tam literkę A czy B. Myślę, że wylosowanie literki A to niemal jak wygrana w Totka. Króluje B, czyli tani, uzależniający i powodujący otyłość syrop glukozowo-fruktozowy. 

Dalej w składzie mamy wodę - nie wiem, po co. Jeżeli produkujemy coś o nazwie syrop, to po co to rozcieńczać wodą? Chyba, że syrop glukozowo-fruktozowy jest w postaci tak gęstej mazi, że trzeba go rozcieńczyć. Innego uzasadnienia nie widzę. 

Po tej uroczej mieszance spalonej kukurydzy przetworzonej chemicznie, rozcieńczonej wodą mamy w końcu coś, co leżało obok malin. Pojawia się sok malinowy z zagęszczonego soku malinowego. Czyli dawno, dawno temu został zrobiony sok malinowy, który został zagęszczony (nie wiadomo czym, bo tego już nam producent nie mówi). I właśnie tego zagęszczonego soku producent dolał do naszej uroczej mazi. Ale nie dolał go zbyt wiele, bo aż...2,8% (sic!).

Potem okazało się, że w sumie to ma mało owocowy smak, więc dorzucili zagęszczonego soku wieloowocowego (ale sobie przypadkiem nie wyobrażajcie szklanki soku, którą ktoś wlewa do butelki z sokiem). Też nie wiemy, czym go zagęścili, ani z jakich owoców jest ten sok. Przy czym określenie "owoców" jest tutaj nieco na wyrost. Bo spodziewam się, że to jakieś zlewki, resztki i ogryzki, a nie obrane ze skórki i pestek zmiksowane jabłuszko, gruszeczka i śliweczka. Koniec marzeń, wracamy do Łowicza. 

Otrzymana mieszanka wciąż była za jasna. Nie dziwię się, bo syrop glukozowo-fruktozowy jest gęstą żółtą cieczą, która nijak nie przypomina soku owocowego i z PR-owego punktu widzenia wygląda bardzo źle. Dlatego Łowicz wpadł na pomysł, żeby to podkolorować koncentratem czarnej marchwi. Jak się czarną marchew doda do żółtej rozcieńczonej mazi z dodatkiem resztek soku po-malinowego, to akurat wyjdzie pożądany kolor. 

Kolor jednak idealny wciąż nie był, więc zdesperowany producent poszedł w chemię - antocyjany i karmel amoniakalno-siarczynowy robią teraz za kolor malinowy, gdyby ktoś poszukiwał do przetworów owocowych. 

Gęsty ubarwiony syrop okazał się nieco za słodki, więc trzeba było dorzucić kwas cytrynowy. Na koniec kropelka witaminy C, żeby można było się chwalić, że zdrowy, na przeziębienie, wspomaga odporność, itp. Całość nie pachniała specjalnie malinami, więc uzupełnili syropek odpowiednim aromatem. Sztucznym oczywiście.

Czy ktoś ma jeszcze ochotę na herbatkę z soczkiem malinowym?!

Oczywiście producent łatwo się wykpi. To NIE jest sok malinowy, tylko syrop o smaku malinowym. Nie oczekujcie niczego szczególnego, nie myślcie o malinach, nie sugerujcie się obrazkiem. Samo najlepsze (to hasło reklamowe Łowicz)? Na pewno nie.